Grupa naTemat

"Poleciałem do Korei Płn. z biletem w jedną stronę". Polak spędził tam miesiąc i pokazał kraj, jakiego nie znamy

"Poleciałem do Korei Płn. z biletem w jedną stronę". Polak spędził tam miesiąc i pokazał kraj, jakiego nie znamy
"Poleciałem do Korei Płn. z biletem w jedną stronę". Polak spędził tam miesiąc i pokazał kraj, jakiego nie znamy Fot. Piotr Nowak / Winglet.pl
Są dwie możliwości wjazdu do kraju. Jedną jest wykupienie drogiej wycieczki z Pekinu. Charakteryzują się one pełnym zaaranżowaniem, starannie dobranym planem i brakiem jakiejkolwiek swobody. Turyści pod okiem “opiekunów” wożeni są od pomnika do pomnika i na noc zamykani w hotelu.

Tylko wąska grupa ma możliwość zobaczenia więcej. Zaliczają się do nich pracujący tu dyplomaci, przedstawiciele międzynarodowych organizacji pozarządowych (ONZ, WHO itp. ) i nielicznych firm operujących w kraju.


Jako przedstawiciel jednej z opisanych wyżej grup spędziłem w Korei Północnej prawie miesiąc, w sierpniu 2014 roku. Zupełnie inny charakter miejsca sprawił, że wyjazd również pod każdym względem wyglądał inaczej.

Poza swobodnym przemieszczaniem się po Pjongjangu, miałem możliwość kilkukrotnego wyjazdu poza stolicę, o których części piszę w dalszej części niniejszej relacji. Większość z przedstawionych tu miejsc jest nieosiągalna dla turystów i nigdy nie była opisana.

Zacznijmy od początku. Pierwszym etapem była konieczność otrzymania wizy w Ambasadzie KRLD w Warszawie. Nie wnikając w szczegóły techniczne, mając załatwioną sprawę z koreańskim MSZtem udałem się z paszportem i wypełnionym wnioskiem do warszawskiej placówki i po wpłaceniu 60 euro otrzymałem pozwolenie na wjazd. Muszę przyznać, że wiza do Korei Północnej była na razie dla mnie najszybciej załatwioną wizą, a tych w paszporcie nie brakuje. Jak na ironię, naklejka KRLD znajduje się dwie strony od wizy Korei Południowej, w której spędziłem kilka miesięcy. Wcześniejsza obecność u braci na Południu nie stanowiła jednak przeszkody w załatwieniu sprawy, chociaż z pewnością została zauważona.

Wiza z pieczątką wjazdową i wyjazdową. Turyści nie dostają wizy (ani pieczątek) do paszportu.
Po przyjeździe i przed wylotem dostałem także pieczątki w urzędzie imigracyjnym (czarne).
Kolejnym etapem był zakup biletu lotniczego. Do Pjongjangu można dolecieć z Pekinu liniami Air China lub koreańskim Air Koryo. Ten drugi operuje jeszcze z Shenyangu i Władywostoku.

Do Pekinu kupiłem lot w kilka minut, ale następny odcinek stanowił większe wyzwanie. Z początku próbowałem kupić lot u koreańskiego przewoźnika. Na stronie internetowej firmy znalazłem lot za zaledwie 9 imperialistycznych dolarów. Cena zapewne była wynikiem błędu na prymitywnej witrynie. Po przejściu przez proces rezerwacji nie można zapłacić, jak to zazwyczaj bywa, kartą kredytową. Wyświetla się numer konta przedstawiciela linii w Pekinie, na który trzeba przelać odpowiednią sumę.

Tak też zrobiłem, jednak 5 minut po wysłaniu pieniędzy zadzwonił do mnie bank z pytaniem, czy aby na pewno chcę przelać pieniądze do firmy z Korei Północnej. Odpowiadając twierdząco otrzymałem informację, że niestety, ze względu na międzynarodowe sankcje przelew nie może być wykonany. Zostałem więc zmuszony do zakupu lotu chińskimi liniami Air China, za 330$. Tu już odbyło się bez problemu. Warto zaznaczyć, że do Korei Północnej można kupić bilet tylko w jedną stronę, a dopiero na miejscu w drugą. W ten sposób miałem ruszyć do najbardziej odizolowanego kraju na świecie z biletem w jedną stronę.

Ruszamy!

Boarding w Pekinie odbył się bez żadnych rewolucji, tak jak to zawsze wygląda. Ciekawostką jest, że przy dwóch sąsiednich okienkach odbywała się odprawa do wrogich sobie Seulu i Pjongjangu. Tak blisko i tak daleko…
Samolot leciał w połowie pusty, z dyplomatami i kilkoma Koreańczykami na pokładzie. Linie Air China słyną z odwoływania lotów na tej trasie w przypadku gorszej pogody (Air Koryo lata zawsze), ale na szczęście w u mnie obyło się bez opóźnień. Jeszcze przed lądowaniem musiałem wypełnić formularz zdrowotny i celny. W tym drugim musiałem zaznaczyć dokładną ilość wwożonej gotówki, a także opisać posiadane sprzęty elektroniczne, książki, urządzenia GPS itp.
Na lotnisku zostałem przeszukany, a sprzęty elektroniczne zostały dodatkowo spisane. Dwukrotnie celnicy sprawdzali jaką instytucję reprezentuję, dostałem kolejną pieczątkę do paszportu i po sprawdzeniu zgodności luggage tagu z moimi dwiema walizkami stałem się “wolny” w Korei Północnej. Tuż obok obecnego lotniska budowany jest nowy terminal, który z zarządzenia odgórnego ma być gotowy w październiku z okazji jednej z wielu wspaniałych rocznic. Jednak zdążyłem zauważyć, że świeżo wybudowany wiadukt do hali odlotów był właśnie… burzony. Ktoś musiał się pomylić, ktoś musiał stracić głowę. Plan ma być w październiku zrealizowany. Witaj w Korei Północnej! Było bardzo gorąco i przez wysoką wilgotność powietrza jeszcze goręcej. Z lotniska zostałem odebrany samochodem, nie ma transportu publicznego do centrum Pjongjangu.

Po zakwaterowaniu w mieszkaniu służbowym udałem się do sklepu dla dyplomatów, znajdującym się w dzielnicy dyplomatycznej. I tu pierwsze zaskoczenie. Przy wejściu przywitałem się po koreańsku (znam dobrze podstawy), jednak mój entuzjazm nie został przez ekspedientki odwzajemniony. Później dowiedziałem się, że na Północy mówi się innym, bardziej sformalizowanym-wojskowym koreańskim niż na Południu. Jest podobny, ale są liczne różnice, do których ciężko było mi się przystosować.

Ceny produktów wzięte są nie wiadomo skąd. Podane w koreańskich wonach (innych niż na Południu) i przeliczane są na obce waluty według sztywnego przelicznika. Płaci się w dolarach, euro lub chińskich yuanach. I tu drugie zaskoczenie. Zapłaciłem za zakupy dolarami i otrzymałem resztę w dolarach, euro, yuanach i… GUMACH DO ŻUCIA! Tak bywa, brakuje waluty, więc radzą sobie jak mogą.

Sklep dla dyplomatów
Pełny wybór piw, nawet z wrogiej Japonii.
Jedna transakcja i pełen zestaw walut, z gumą do żucia włącznie.
Dyplomatyczny nie znaczy luksusowy. Na świeże marchwie czekałem cały pobyt. Nie doczekałem się.
Ze względu na nieturystyczny charakter mojego pobytu w Korei Północnej, mogłem przemieszczać się po stolicy bez ograniczeń, o każdej porze, z czego chętnie korzystałem. Dla bezpieczeństwa miałem zawsze przy sobie lokalny telefon komórkowy (polski nie działa), na który też trzeba mieć pozwolenie. Mimo swobody należy pamiętać, że jest się w kraju militarnym i należy respektować lokalne prawo. Co prawda nie musiałem i nie kłaniałem się przed pomnikami wodzów, ale wystarczyłby byle “gest pogardy”, nawet przypadkowy, na który Koreańczycy są wrażliwi i mogłoby się skończyć bardzo tragicznie.
Po drugiej stronie nowa dzielnica, tzw. Dubaj.
Wieża Idei Dżudże – systemu politycznego Korei Północnej.
Plac Kim Ir Sena, punkt centralny Pjongjangu. Tu odbywają się pokazywane na całym świecie parady wojskowe.
Znaki na asfalcie są pomocą dla grup podczas parad.
"Dubaj"
Selfie w odbiciu budynku w “Dubaju”. Najprawdopodobniej jestem jedyną osobą w kraju ze słuchawkami w uszach i w krótkich spodniach. Koreańczycy noszą tylko długie. W tle Teatr Ludowy.
Z napotkaną wycieczką. Dzieci krzyczały za mną “hello”, ale szybko zostały sprowadzone na ziemię przez opiekunów. O zdjęcie poprosiłem po koreańsku, chyba tylko dlatego się zgodzili.
Pjongjang jest swoistym państwem w państwie. Mieszka tu wybrana, najbardziej zasłużona i uprzywilejowana elita. Miasto zdecydowanie wyróżnia się wyglądem, infrastrukturą i dostępnymi rozrywkami na tle pozostałych koreańskich miast. W ostatnich dwóch latach pojawiły się na ulicach samochody, głównie chińskiej i krajowej produkcji. Nierzadko można zobaczyć najnowsze samochody z wyższej półki. Zgodnie z panującym systemem nie są one prywatne, chociaż do prywatnych celów są używane. Ciekawostką jest, że paliwo kupuje się tu na… kilogramy. Również w ostatnim czasie kobiety w stolicy zaczęły nosić różnokolorowe ubrania (wcześniej tylko ciemne) i buty na obcasie. Powyższe fakty nie znaczą jednak, że kraj się otwiera i liberalizuje. Jest przeciwnie.
W tle widoczny stadion im. 1 Maja. Jeden z największych na świecie, mieszczący 150 tys. widzów.
Na dole widoczne dzieci odrabiające “wolontariat”.
Trolejbusy jeżdżą powoli. Bardzo powoli. Często spadają im szelki lub brakuje prądu.
Wieża widmo – hotel Ryungyong. W budowie od 1987 roku.
Szkoła:
Nie wiem czy i jak się kupuje bilety na tramwaj. Po prostu raz wsiadłem i ku zdumieniu Koreańczyków przejechałem kilka stacji. I tak nikt nie chciał rozmawiać.
Niemal identyczna brama znajduje się w Seulu.
Światła drogowe są tu nowością. Na wielu skrzyżowaniach ich nie ma. Są policjantki.
Ambasada RP w Pjongjangu. Jedna z siedmiu ambasad państw UE.
Ambasada znajduje się “od frontu” dzielnicy dyplomatycznej. Koreańczycy nie mogą obok przechodzić. Muszą przejść na drugą stronę ulicy, a sprawy pilnują żołnierze. Do rejonu ambasad też nie ma wolnego wstępu.
Dzielnica dyplomatyczna…
… to samo miejsce po zmroku. Reszta miasta w zdecydowanej większości jest nieoświetlona. W nocy kompletnie ciemno, trzeba chodzić z latarką… I być przygotowanym na wyłaniających się z ciemności żołnierzy.
Tuż za centrum miasta zaczynają się pola. Kraj jest w większości górzysty, wykorzystuje się więc każdy skrawek ziemi pod uprawę.
Poza Pjongjang miałem okazję wyjechać dwukrotnie. Dyplomaci/pracownicy międzynarodowych organizacji muszą o wyjeździe uprzedzić koreański MSZ. Wyprawie musi zawsze towarzyszyć Koreańczyk (najczęściej jest to kierowca). W kraju obowiązuje paszport wewnętrzny, zatem przeciętni Koreańczycy nie mają możliwości odbycia swobodnych podróży. Co jakiś czas na drodze ustawiony jest szlaban, na których samochody są kontrolowane przez uzbrojonych żołnierzy. Pojazdy dyplomatyczne mają osobne tablice rejestracyjne, zazwyczaj są od razu przepuszczane.

Ruszamy na prowincję!

Tego dnia konwojem przemierzyliśmy 650 kilometrów. Celem wyjazdu była nadmorska miejscowość Wonsan na wschodzie kraju, a także kilka punktów na południowym wschodzie, blisko granicy z Południem.

Na czerwono zaznaczona część trasy.
Łuk zjednoczenia przy wjeździe na autostradę zjednoczenia. Kobiety mają na sobie tradycyjny strój koreański.
Tu już nie będzie aut. Są natomiast malownicze widoki i ukryte wioski za wzgórzami.
Droga bardzo nierówna. Czasem beton zmieniał się w ziemię lub trzeba było przejechać w poprzek rzeki.
Zapora
Droga na południe
Płaskowyż Sepho. Ma tu się “jeszcze w tym roku” pojawić wielkoskalowe pastwisko zwierząt, liczące 10 tys. sztuk bydła.
Cały rok wieje tu mocny wiatr, a zimą temperatura spada do -30 st. C. Na horyzoncie Korea Południowa.
Fabryka drutu kolczastego na potrzeby pastwiska. BHP jeszcze tu nie dotarło. Maszyny były szybko uruchamiane na nasze powitanie.
Gospodarstwo sadownicze Kosan.
Wygląda ładnie, bo…
…”Kim Dzong Un złożył tu wizytę i udzielił farmerom wskazówek z zakresu sadownictwa.” Z tej okazji jest tu teraz pomnik o tym przypominający.
Miejscowe owoce smakowały zupełnie inaczej-lepiej. Nie dotarła tu jeszcze chemia.
Korea Północna jest w większości krajem górzystym. Dlatego wykorzystuje się tu każdy płaski teren pod uprawę.
Wonsan
Międzynarodowy Obóz Młodzieżowy Sangdowon (Wonsan). Wybudowany w 1960 roku, w bieżącym roku ponownie otwarty po remoncie. Docierają tu najzdolniejsze dzieci koreańskie. Wygląda pozytywnie, chociaż pusto.
Oceanarium.
Drugi wyjazd obejmował kopalnię żelaza w okolicy miejscowości Nampo w południowo-zachodniej części kraju. Ze względu na zamykaną po południu zaporę, na której jest również ruch samochodowy, trzeba było zaczekać na pobliskiej plaży na ponowne otwarcie.
Uzbrojony check point. Można tu już wyczuć bliskość granicy z Południem. Z zarządzenia odgórnego wiele miejsc i pojazdów jest gotowych na bój poprzez… przykrycie siatką.
Centrum dowodzenia kopalnią.
Malowidła zagrzewają do walki o lepsze jutro.
Po wizycie zmuszeni byliśmy przeczekać na ponowne otwarcie zapory, którą można wrócić do Pjongjangu. Pojechaliśmy na pobliską plażę, a jako obcokrajowcy musieliśmy zapłacić “haracz” za wjazd (tak, dosłownie wjazd autem) na plażę, ok 5 euro/samochód. Innej opcji nie było.
W każdym z tych namiotów Koreańczycy grillowali, a między nimi musiał przejechać konwój. Ze sportów króluje zdecydowanie siatkówka.
Dyplomaci/pracownicy organizacji itp. mogą swobodnie poruszać się po stolicy. Czas wolny trzeba sobie organizować we własnym gronie. Nie ma tu popularnych rozrywek, jak w innych krajach. Ale można iść na operę rewolucyjną, do cyrku, na strzelnicę, czy po prostu przespacerować do jednej z knajp czy restauracji.
Ciekawym miejscem jest cyrk. Wstęp kosztował 20 euro, ale było warto. Akrobacje wykonane mistrzowsko, widać, że gimnastycy ćwiczą od urodzenia.
Nie zabrakło przerywnika wyśmiewającego USA.
Miejsce narodzin Wiecznego Prezydenta Kim Ir Sena. Dla Koreańczyków święte miejsce.
Przewodniczka ubrana w tradycyjny strój.
Muzeum wojny koreańskiej. Wybudowane z rozmachem, w środku niestety nie można robić zdjęć. Wizytę zaczyna się ukłonem przed potężną rzeźbą Kim Dzong Una. Ja się nie kłaniałem, ku niezadowoleniu Koreańczyków. Ekspozycja jest na światowym poziomie, zwłaszcza obrotowa panorama na szczycie. Przebieg wojny został tu przedstawiony oczywiście w subiektywny sposób, zdecydowanie inaczej niż w podobnym muzeum w Seulu i na lekcjach w szkole. Tu spotkałem pierwszy raz turystów. Normalnie są odizolowani.
Przed muzeum można zobaczyć dumnie prezentowane zdobycze wojenne. Amerykańskie czołgi, samoloty itp.
W dzielnicy dyplomatycznej znajdują się 3 restauracje. Pierwsza nazywana jest powszechnie “Indonezją”, ze względu na sąsiedztwo z ambasadą Indonezji. Druga to “na górce”, obok przedstawionego wcześniej sklepu. Trzecia to popularny wśród dyplomatów “Friendship” i tu poza posiłkiem można wieczorem przyjść na drinki, bilard i karaoke.
Obszerna lista karaoke. Panie z obsługi (jedyne Koreanki, z którymi mogłem swobodnie rozmawiać) potrafiły zaśpiewać wszystko, w tym najnowsze hity. Chociaż nie wiedziały, że Grease i Titanic to także filmy. Znały jednak Szekspira i Chopina.
W Pjongjangu można również odwiedzić mauzoleum, w których wystawieni są na widok publiczny zmumifikowani Kim Ir Sen i Kim Dzong Il. Niezwykle święte miejsce dla Koreańczyków. Wstęp darmowy, trzeba się ładnie ubrać, nie wolno nic wnosić, ani robić zdjęć. Najpierw jedzie się długimi taśmami (jak na lotniskach), w tle leci wzniosła muzyka patriotyczna. Wodzowie znajdują się w osobnych przyciemnionych pomieszczeniach, w szklanych trumnach. Koreańczycy (i z tego co widziałem turyści też) głęboko kłaniali się z wszystkich czterech stron zmarłych. Dyplomaci absolutnie tego nie robią. W mauzoleum są też wystawy orderów i darów od zaprzyjaźnionych krajów. Wśród nich można znaleźć sporo z PRLu, niektóre nawet z 1989 roku. Ponadto można zobaczyć wagon pociągowy, w którym zmarł poprzedni przywódca. Na jego biurku lśnił… imperialistyczny MacBook.
Jednyny targ, na który zostałem wpuszczony. Produkty z Chin. Zdjęcia z ukrycia. Wdarł się tam mały kapitalizm – sprzedawcy widząc mnie próbowali przekonać do kupna. A było tam wszystko, od drabiny, po psa (na obiad).
W połowie pobytu udałem się do biura koreańskich linii lotniczych Air Koryo. Za 314 USD kupiłem wylot z kraju, do Pekinu.

Na lotnisku byłem 40 minut przed wylotem. Miałem za ciężki bagaż, ale kilka uśmiechów i słów po koreańsku do pani z bramki załatwiło sprawę. Ponownie musiałem wypełnić deklarację celną, przedstawić instytucję, którą reprezentuję oraz zadeklarować wartość wywożonej waluty. Wszystko odbyło się bez problemów.

Air Koryo, północnokoreańskie narodowe linie lotnicze uznawane są za najgorsze na świecie. Znajdują się na czarnej liście UE, z wyłączeniem dwóch nowych Tupolevów (Tu-204), z których jednym leciałem. Samolot leciał pełny, głównie z Koreańczykami na pokładzie. Podczas startu i lądowania leciała patriotyczna muzyka, w trakcie lotu pokazani byli na telewizorach koreańscy akrobaci oraz wpadki tych amerykańskich. Podany został “KimBurger”, zupełnie niejadalny. W Chinach wylądowałem o czasie, można było odetchnąć, użyć polskiej komórki, zapłacić kartą i znów cieszyć się XXI wiekiem.
Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Winglet.pl
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
PolacyKorea
Skomentuj