Leszek Miller i Janusz Palikot właściwie jednym głosem mówią o konieczności pragmatyzmu w relacjach z Rosją
Leszek Miller i Janusz Palikot właściwie jednym głosem mówią o konieczności pragmatyzmu w relacjach z Rosją Fot. Sławomir Kamiński / AG

W sprawie konfliktu na Ukrainie i relacji z Rosją polska polityka stanęła na głowie. Kiedy prawica krytykuje premiera Węgier Victora Orbana za bratanie się z Putinem, lewicowe partie idą w wyznaczonym przez niego kierunku "pragmatyzmu", czyli oddzielenia interesów od polityki. – SLD i Twój Ruch od Orbana różni tylko to, że żadna z tych partii nie rządzi. Pomysł polskiej lewicy na relacje z Rosją jest niesłychanie naiwny i populistyczny – mówi naTemat Marek Siwiec.

REKLAMA
Rozkrok z Budapesztu
Victor Orban od początku konfliktu na Ukrainie zachowuje się tak, jakby siedział okrakiem na barykadzie. Z jednej strony potępia aneksję Krymu przez Rosję i popiera integralność terytorialną Ukrainy, z drugiej – deklaruje bezstronność, by nie drażnić Kremla. Najpierw sprzedaje broń Ukrainie, potem zaprasza Putina do siebie i robi z nim interesy (załatwił m.in. tańszy gaz i kredyt na eletrownię atomową). Godzi się na nałożenie sankcji na Moskwę, by później w obecności prezydenta Rosji stwierdzić, że są krzywdzące i w imię zacieśnienia współpracy gospodarczej powinny zostać zniesione.
Dla tej części polskiej prawicy, która chciała "Budapesztu w Warszawie", taka polityka – jak to powiedział Orban – "pragmatycznych więzi", jest nie do przyjęcia. Antyrosyjski PiS nigdy nie powie: róbmy interesy z Putinem nie oglądając się na historię czy imperialne zapędy Kremla. Nie ma też mowy, by taki kształt przyjęła polityka polskiego rządu. Co innego lewica, która szukając swojego pomysłu wyraźnie dryfuje w stronę Budapesztu.
Dobrze pokazał to przypadek Magdaleny Ogórek. Kandydatka SLD na prezydenta została dostrzeżona w rosyjskich mediach, bo na konwencji wyborczej powiedziała, że chce dialogu z Kremlem. Potępiła "rosyjską agresję wobec Ukrainy", by w następnym zdaniu dodać, że nie wahałaby się zadzwonić do prezydenta Rosji. Skrytykowała też pomysł sprzedaży broni na Ukrainę. Ogólny wydźwięk jej wypowiedzi był taki, że wojna na Ukrainie swoją drogą, ale z Rosją po prostu trzeba się dogadać, czyli "normalizować stosunki". I argumentuje, że "nie stać nas na to", by być wrogiem Putina.
Odcinając się nieco od groteskowych sformułowań o "depeszy od Putina" pewnie można byłoby sobie wyobrazić, że podobne słowa padają z ust Orbana.
Kurs na gospodarkę
Ogórek to nie wyjątek. Przez kilka dni poprzedzających konwencję także szef SLD Leszek Miller dawał do zrozumienia, że Sojusz chce obrać "węgierski kurs" na współpracę z Rosją. Goszcząc w TVN 24 stwierdził, że zajęcie Krymu, Doniecka i Ługańska to nic takiego, bo to "niewielki skrawek Ukrainy", zaznaczył, że "Putin zabija cywilów, ale wojska ukraińskie zabijają innych cywilów" i zauważył, że przecież od początku było wiadomo, że spory procent ludności ukraińskiej czuje się silnie związany z Rosją.
– Obecna polityka rządu przynosi fatalne rezultaty. Przekonaliśmy się, że sankcje nic nie dały i nie wpłynęły na zachowanie Rosji. Tymczasem najbardziej cierpi na tym polska gospodarka – uzupełnił jego wypowiedź rzecznik SLD Dariusz Joński.
W podobnym tonie utrzymane są też komentarze innych polityków Sojuszu. Kiedy pytam o opinię wiceszefa sejmowej komisji spraw zagranicznych Tadeusza Iwińskiego, słyszę, że trzeba "zrozumieć Rosję". – W SLD mówimy jasno: Federacja Rosyjska naruszyła prawo międzynarodowe. I to jest poza dyskusją. Ale trzeba zachować zdrowy rozsądek. Trzeba zauważyć, że jest ogromny wzrost nie tylko nacjonalizmu rosyjskiego, ale i ukraińskiego. Ci, którzy mówią, że Putin to Hitler, a Mińsk to drugie Monachium, niczego nie rozumieją – przekonuje parlamentarzysta.
Tadeusz Iwiński

W ubiegłym roku eksport do Rosji spadł o 14 proc.. Nie możemy doprowadzić do tego, że Polska będzie główną ofiarą sankcji gospodarczych. Powinniśmy się też z Rosją spierać jeśli chodzi o wątki prawno-międzynarodowe, a nie historyczne. Powinniśmy kłaść nacisk na rozwiązania pokojowe. Nie może być tak, że nie mamy z Rosją kontaktów na wysokim szczeblu.

O tym samym jest mowa w Twoim Ruchu. Janusz Palikot nawet mocniej niż Leszek Miller podkreśla, że trzeba wrócić do normalnych stosunków z Rosją.
– Polski nie stać na prowadzenie totalnej wojny gospodarczej z Rosją. Nie mamy interesu jako kraj, żeby mieć wojnę z Rosją, żeby mieć nienawiść w rosyjskich sercach. Potrzebujemy powrotu do handlu, współpracy, do normalnych stosunków – mówił na początku lutego.
To, co charakterystyczne i dla niego, i kolegów z SLD, to brak konkretów. Lewica dużo mówi o konieczności normalizacji stosunków z Rosją, ale nie wiadomo, jak miałaby ona teraz wyglądać. Polska miałaby wyłamać się z europejskich sankcji? Zapraszać Putina do Warszawy, jak robi to Orban?
– Orban nie jest dla nas żadnym wzorem. To, co robi, jest wbrew Unii Europejskiej, a my jesteśmy partią prounijną. Nam bardziej chodzi o to, by przy okazji dyplomacji nie zabijać gospodarki. W każdej dyplomacji powinien być margines na przyszłe ocieplenie stosunków. I tego marginesu nam brakuje. A przecież prędzej czy później konfilkt na Ukrainie się zakończy i będziemy mieć swoje interesy Rosji, a oni swoje w Polsce – mówi naTemat rzecznik TR Andrzej Rozenek. Wciąż jednak nie wiadomo, co konkretnie kryje się pod słowami "nie zabijać gospodarki" czy "margines w dyplomacji".
Pułapka pragmatyzmu
Były eurodeputowany Marek Siwiec, który kilka dni temu odszedł z Twojego Ruchu, jest zdania, że SLD i TR przyjęły bardzo populistyczną linię w sprawie konfliktu na Ukrainie. I ocenia, że rzeczywiście tym partiom paradoksalnie blisko do ogólnej zasady pragmatyzmu w relacjach z Putinem, którą wytyczył Orban.
– To nie Polska decyduje o tym, że mamy ograniczone relacje z Rosją. Zdecydowała o tym Rosja. Mówienie, że oto w tej chwili można przeprowadzić jakiś autorski program, zrobić coś więcej i lepiej, jest populistyczne i obłudne. Taką politykę robi Orban. Wykonał ruch i teraz tylko czeka na konsekwencje – komentuje.
– Orban próbuje uprawiać populizm, mimo że ma pełnię władzy w swoim kraju. Lewica te same gesty wykonuje z pozycji zupełnego braku władzy, z niewielkimi nadziejami na jej zdobycie – dodaje.
Według niego Węgrzy już wkrótce odczują konsekwencje swojej "normalizacji". Dotknęłyby one z pewnością też Polski, gdyby poszła drogą wytyczaną dziś przez Palikota czy Millera. – Węgry wyłamały się z zasady unijnej solidarności. Kiedy Budapeszt zgłosi się do Berlina z pierwszym lepszym interesem, usłyszy "nie". Pewne rzeczy im się oczywiście należą, ale jest bardzo wiele obszarów uznaniowych, w których Orban pewnie zostanie ukarany. Niech Polska lewica się przygląda i wyciąga wnioski – podsumowuje.