
Iwona Frasek z gminy Ozimek w województwie opolskim chciała sprzedawać sok, który tłoczy z własnych jabłek. Jak wielu innych rolników zderzyła się jednak z absurdalnymi przepisami, które zabraniają takiego handlu - nawet na małą skalę - dopóki nie założy przetwórni i nie spełni szeregu wymogów. W rozmowie z naTemat opowiada o tym, jak sobie z tym poradziła, dlaczego państwo podstawia nogę drobnym producentom i na czym polegają absurdy kontroli sanepidu.
REKLAMA
Skąd i kiedy wziął się u pani pomysł na biznes z sokiem z jabłek?
Od lat mamy sad ekologiczny. Jabłka się nie dały przechować, więc wymyśliliśmy sobie, że będziemy je po prostu przerabiać. Rodzina jest duża, przyjaciół dużo, więc tak sobie to ćwiczyliśmy przez jakiś czas. W pewnym momencie przychodzili już do nas nie tylko znajomi, ale i obcy, z pytaniem, czy można ten sok dostać. Wtedy zaczęliśmy się orientować, jak mogłaby wyglądać sprzedaż. I dowiedzieliśmy się, że to wcale nie jest tak proste, że trzeba sprostać wielu wymaganiom, które nas skutecznie od tego pomysłu odstraszyły.
Co to za wymagania?
Sanepid, inspekcja pracy – lista warunków koniecznych do spełnienia jest długa. Na przykład, mimo że jesteśmy sami, tylko rodzina, musielibyśmy na dole w tłoczni stworzyć osobną toaletę dla pracownika. Nie potrzebujemy ani jego, ani toalety, ale taki jest przepis. Poza tym największym problemem jest sama konieczność założenia działalności gospodarczej. Produkcja jest bardzo mała. Mamy stare i duże drzewa, z których raz jabłka są, a innego razu nie ma. Czasem przez sezon, czyli trzy miesiące, to jest tysiąc czy 1,5 tys. litra soku, a czasem 500 litrów albo i nic. Dla tych ilości mi jako rolnikowi w ogóle nie opłaca się zakładać działalności. Kto mi opłaci ZUS? To jest problem większości małych przetwórców. Rolnicy chcieliby wyjść z inicjatywą, ale ich po prostu na to nie stać. Jeśli zarobię 2 tys. zł, a przez cały rok muszę opłacać ZUS, to dziękuję bardzo.
Ze świniami ma pani jeszcze większy problem.
Tak, bo ja wiem, jak je chowam, mam ekologiczne, zdrowe i bezstresowe mięso, a przepisy zmuszają mnie do tego, by od tej jakości odejść. Przewidują, że mogę ubić świnię dla siebie, ale nie mogę jej dać czy sprzedać. Jeśli chcę prowadzić sprzedaż, to mogę to robić wyłącznie przez ubojnię. Różnica jest duża, bo jak świnia jest ubita tutaj na miejscu, to mięso jest bez adrenaliny i stresu – po prostu wysokiej jakości. W innym wypadku, jeśli np. zwraca się do mnie restaurator, zwierzę musi pojechać do ubojni i tam mięso traci na jakości.
No dobrze, ale czy nie jest tak, że zarówno przy jabłkach, jak i świniach, te wymogi to efekt regulacji UE?
To nie są unijne regulacje. Wszystko co u nas w Polsce nie wychodzi, zawsze zwala się na Unię. A przecież np. w Niemczech ubój świń na łąkach funkcjonuje. Są specjalnie uregulowania i niektóre typy krów czy świń mogą być ubijane na miejscu. U nas dwie rzeczy nie docierają do ludzi, którzy piszą przepisy – że klient nie jest głupkiem i że rolnik niekoniecznie chce kogoś przechytrzyć. Przecież nam zależy na jakości, chcemy sprzedać i żeby klient wrócił. Jeśli sprzedamy coś wątpliwego, wiadomo, że tak nie będzie.
To nie są unijne regulacje. Wszystko co u nas w Polsce nie wychodzi, zawsze zwala się na Unię. A przecież np. w Niemczech ubój świń na łąkach funkcjonuje. Są specjalnie uregulowania i niektóre typy krów czy świń mogą być ubijane na miejscu. U nas dwie rzeczy nie docierają do ludzi, którzy piszą przepisy – że klient nie jest głupkiem i że rolnik niekoniecznie chce kogoś przechytrzyć. Przecież nam zależy na jakości, chcemy sprzedać i żeby klient wrócił. Jeśli sprzedamy coś wątpliwego, wiadomo, że tak nie będzie.
W artykule z „Nowej Trybuny Opolskiej”, w którym była pani cytowana, padło takie zdanie: w Wielkiej Brytanii wymogi do wyciskania soku to czysty nóż, stół i pomieszczenie. W Polsce mieszczą się one na dziesięciu kartkach. Skąd się to bierze? Z przesadnej dbałości o higienę?
Naprawdę trudno mi to wytłumaczyć. Niech będzie nawet te 10 kartek, ale żeby było jasno powiedziane, co trzeba zrobić, żeby otworzyć swój biznes. W Niemczech jest konkretna instrukcja i nie ma żadnych wątpliwości. U nas nawet jak się spełni wymogi z 10 kartek, to zaraz okazuje się, że są trzy „podkartki”, o których nikt wcześniej nie wiedział, a które nie pozwolą mi na prowadzenie działalności.
Często trudno też dostrzec w działaniu kontrolerów sanepidu logikę. Słyszałam opowieści rolników, którzy mieli z nimi do czynienia. Nikt nie sprawdzał higieny, a np. szerokość drzwi do lodówki. To są absurdalne historie. Nie wiem, skąd się to w Polsce bierze.
Pani poradziła sobie z barierami sprytnie je obchodząc. W jaki konkretnie sposób?
Pani poradziła sobie z barierami sprytnie je obchodząc. W jaki konkretnie sposób?
To były alpejskie kombinacje. Oficjalnie nie możemy soku sprzedawać i nie chce nam się w to bawić. Może gdybym pochodziła po urzędach, jakoś by się udało, ale nie jestem pewna, bo nasze pomieszczenie tłoczni jest za niskie na wymagania sanepidu. Stwierdziliśmy więc, że gra jest niewarta świeczki, bo przecież chodzi o małą produkcję. Teraz robimy to czysto usługowo i raczej okazjonalnie: przy okazji robienia własnego soku nadarza się okazja dla klientów przynoszących własny towar, żeby sobie go przetworzyć. Ponadto tłoczymy sok z dziećmi na warsztatach i jest to wraz z edukacją konsumencką jeden z naszych najważniejszych tematów. Mąż ma działalność gospodarczą, m.in. edukacyjną, więc ten cały kompleks z sokiem w nią wprowadził. Gdyby jednak ta działalność odbywała się w ramach typowo rolniczego gospodarstwa, po prostu nie dalibyśmy rady z tego wybrnąć.
Ale dzisiejsza tłocznia soku jest mniej opłacalna niż byłaby w przypadku normalnej sprzedaży?
Oczywiście. Chcieliśmy posadzić więcej drzew, może nawet pół hektara, ale jak zaczęły piętrzyć się problemy, doszliśmy do wniosku, że nie warto. Poczekamy – może doszlusujemy do Unii, która przecież tak absurdalnych wymogów na rolników i drobnych producentów nie nakłada. To, co jest teraz, jest nie do utrzymania. Co jakiś czas odbieram telefony od ludzi, którzy chcieliby się wziąć za tłoczenie soku z jabłek. Zawsze na początku jest entuzjazm, ale po poznaniu szczegółów rezygnacja. I potencjał drobnej przedsiębiorczości po prostu się marnuje.
