Literacki konkurs Biedronki z budżetem dwa razy większym niż Nagroda Nike. To z znak czasów, ale wcale nie smutny

Książka musi wychodzić do klienta. Czyli czekać na niego także w dyskoncie...
Książka musi wychodzić do klienta. Czyli czekać na niego także w dyskoncie... Maciej Świerczyński/Agencja Gazeta
Literatura staje się nieodłączną ofertą dyskontów. Czy to powód do narzekania? - Książka musi wyjść do klienta - mówią eksperci.

Masz niezłe pióro i głowę pełną fantazji? Potrafisz na poczekaniu wymyślać opowieści, które z miejsca wciągają słuchaczy? A może już coś piszesz, ale raczej do szuflady? W takim razie konkurs, jaki ogłosiła największa sieć dyskontów w Polsce, jest właśnie dla ciebie.



Biedronka czeka na najlepszy tekst dla dzieci. I kusi autorów, którzy jeszcze nigdy nie publikowali, nagrodą w wysokości 100 tys. złotych, czyli tyle samo, co przy Nagrodzie Nike. To jednak nie wszystko. Nagrodzony tekst stanie się kanwą dla drugiego etapu konkursu skierowanego do ilustratorów (do wygrania jest drugie 100 tysięcy), a następnie zostanie wydany w formie książki w nakładzie kilkudziesięciu tysięcy egzemplarzy, która będzie do nabycia w ponad 2600 sklepach Biedronki w całej Polsce - czytamy na stronie dyskontu.
Inspiracja pośród palet?
Wzmianki o konkursie wywołały wśród internautów falę kpin, że inspiracji do pisania będzie można szukać pomiędzy paletami w sklepach. Ale biedronkowy plebiscyt to całkiem poważna sprawa z ambitnym celem. Honorowy patronat nad konkursem objął Rzecznik Praw Dziecka, Marek Michalak, zaś w jury zasiądzie m.in. reprezentant wydawnictwa Zielona Sowa, dziennikarz Jarosław Gugała, autorka książek dla dzieci Renata Piątkowska czy ilustrator Bohdan Butenko.

Celem konkursu Biedronki jest zatrzymanie spadku zainteresowania książkami wśród dzieci. Według najnowszych badań TNS Polska przeprowadzonych na zlecenie Biblioteki Narodowej, aż 58 proc. Polaków deklaruje, że nie czyta książek.

Wśród wniosków z badania znalazła się również informacja, iż nawyk czytania należy zaszczepiać u najmłodszych dzieci poprzez wpływ rodziny i przyjaciół, gdyż szkoła nie jest w stanie wykształcić go sama – poziom czytelnictwa po ukończeniu edukacji spada. Przy okazji konkursu Biedronka ma przeprowadzać akcje, promujące książki jako najlepszą drogę rozwoju dziecięcej wyobraźni i intelektu.

Lepsza literatura z dyskontu, niż żadna
Akcja Biedronki to jednak nie tylko filantropia. Nie jeśli chodzi o rynek wart 2,6 mld złotych. A sieć dyskontów w ciągu jednej tylko akcji sprzedażowej może osiągnąć przychody na poziomie 10 mln złotych. Tak było w 2014 roku, kiedy w ramach promocji do dyskontów miały trafić 2 mln egzemplarzy książek po 4,99 zł.

To cena nieosiągalna dla księgarni i normalnych, które zmagają się z zarzutami, że książki są po prostu za drogie, co przyznają nawet sami autorzy.
Zygmunt Miłoszewski

Długo kłóciłem się z wydawcą o jej obniżenie, ponieważ moim zdaniem nieprzekraczalną barierą dla powieści w miękkiej oprawie jest 40 złotych. Jak widać, bezskutecznie się kłóciłem.

Rozwiązaniem jest wyszukiwanie ofert tańszych księgarni, na przykład prowadzących sprzedaż internetową. Oferty na Matras.pl, Bonito.pl czy na Allegro są naprawdę konkurencyjne. Ale i tak na głowie biją je ceny z... dyskontów.

Półka dla inteligenta
Początkowo w sklepach, takich jak Lidl czy Biedronka inteligentowi trudno było znaleźć coś dla siebie. W pierwszej fali książkowego podboju markety zalały tanie romansidła, niskich lotów kryminały czy w końcu wywołujące prawdziwy szał (i równie wielkie oburzenie) „50 twarzy Greya”. Ale już w 2014 roku w Biedronce pojawiły się pozycje Jerzego Pilcha, Ignacego Karpowicza czy Andrzeja Stasiuka. Swoje miejsce wśród dyskontowej literatury miał również Wojciech Cejrowski i jego bijące rekordy sprzedaży książki podróżnicze. Dyskonty od pewnego czasu starają się nadążać za wydawniczymi trendami i w swojej ofercie mają także literaturę wyższych lotów. Wkrótce po tym, jak Joanna Bator dostała Nike, jej „Ciemno, prawie noc” można było dostać w marketach za całkiem rozsądną cenę. Historia powtórzyła się w przypadku autobiografii Karola Modzelewskiego.

Katarzyna Bonda, nagrodzona „Różami Gali” przekonywała w rozmowie z naTemat, że mało prestiżowy konkurs albo sprzedaż książek w dyskontach to nie powód do wstydu, ale sposób na dotarcie do szerokiego grona czytelników.

Uważam, że skoro ludzie nie mają w swoich miejscowościach księgarni, ale mają za to “Biedronkę” w której mogą kupić dobrą książkę, to dlaczego ja mam się obrażać?

Ile musiałby sprzedać autor w "normalnym" trybie, żeby zarobić 100 tys. złotych? Jak mówi w rozmowie z naTemat Paweł Waszczyk, redaktor naczelny "Biblioteko Analiz" zajmującej się rynkiem wydawniczym, żeby tyle zarobić, autor musiałby sprzedać kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy. Tu honorarium Biedronka oferuje jednak już na starcie. – Jeśli mówimy o autorze z wydawniczego topu, to 100 tys. złotych może on otrzymać już jako zaliczkę. Ale to zdarza się coraz rzadziej – tłumaczy. Kiedyś takie zaliczki miał dostawać na przykład Janusz Głowacki, dziś nie tylko debiutant za książkę dla Biedronki i dzieci, ale też ilustrator.

– To jest już absolutnie rekordowe honorarium – dodaje redaktor naczelny "Biblioteki Analiz".

Książka musi wyjść do klienta
Waszczyk zastanawia się, jak książka z konkursu zostanie sformatowana jako produkt. Jak będzie promowana? Ile będzie kosztować? To w przypadku książek z dyskontów jest kwestią kluczową. W Lidlu czy Biedronce pojawia się literatura wyższych lotów, a jej cena stanowi przewagę nad „normalnymi” księgarniami. Jeśli cena jest niska, to książka rzeczywiście ma szansę dobrze się sprzedać.

– Mówi się, że książka nie powinna stać na półce obok ogórków czy żeberek. Z drugiej strony książka to także produkt. Jednym z argumentów wystawiania książek w dyskontach jest to, że ich klienci w życiu nie odwiedzają księgarni. Książka musi wychodzić do klienta, nie może czekać na półce w księgarni, to już nie te czasy - komentuje Waszczyk. A skoro klient jest w Biedronce, to musi być tam również książka. 
Trwa ładowanie komentarzy...