Drugie życie korporacji. Poznajcie człowieka, który stworzył fanpage "Mordor Na Domaniewskiej"

"Sauron to ja!". Poznajcie człowieka korporacji, który stworzył Mordor Na Domaniewskiej
"Sauron to ja!". Poznajcie człowieka korporacji, który stworzył Mordor Na Domaniewskiej Fot: Mordor Na Domaniewskiej
Praca na słynnym "Domaniewie" („Mordorze”), czyli w korporacyjnym zagłębiu w okolicach ul. Domaniewskiej w Warszawie, jest dla wielu spełnieniem marzeń i społecznym awansem. Mimo to, w dobrym tonie jest ponarzekać na Mordor. Pracownicy korporacji mają do tego ulubione miejsce – fanpage "Mordor Na Domaniewskiej". Jego twórca, Rafał Ferber, opowiada nam o kulisach jego powstawania.

Z Rafałem Ferberem, twórcą fanpage "Mordor Na Domaniewskiej" spotykam się na kawie, w poniedziałek o godzinie 9:00.

Jesteśmy teraz w restauracji, z dala od Mordoru...

Rafał Ferber: Na szczęście [śmiech]

Szczęście bo? Co tam się teraz dzieje? 

Podejrzewam, że część ludzi właśnie spóźnia się do pracy, niektórzy stoją w korkach, wkurzają się i od wczoraj żyją w stresie bo: „znowu poniedziałek, znowu trzeba iść do roboty, znowu będę wysłuchiwał jaki fajny weekend mieli moi koledzy, a ja siedziałem i trzaskałem raporty.”

Czarna wizja poniedziałku.

Tak, ale spokojnie. W Mordorze są też tacy, którzy jadą do pracy uśmiechnięci i myślą sobie (właśnie w tej chwili), że za chwilę będą robić fajne, kreatywne i wartościowe projekty.

Czyli "orkowie" nie są jednolitą masą.

Jasne, że nie są. Znajdziesz wśród nich ludzi, którzy robią w Mordorze, bo muszą związać koniec z końcem i idą zarobić na spłatę swojej raty kredytu. Znajdziesz też ludzi, którzy dopiero tam trafili i czują, że właśnie złapali „Pana Boga za nogi”, bo załapali się na staż.

Wprawdzie płacą im jakieś śmieszne pieniądze, ale znaleźli "swoje" miejsce w wielkiej, światowej firmie. Wśród orków znajdziesz także ludzi, którzy zarabiają 20-30 tys. zł miesięcznie i mają problem, jak wydać taką kasę. 
Co napędza Mordor? Strach przed jutrem, kredyt, chorobliwa ambicja?

Często piszemy, że "Mordor” (nie tylko ten na Domaniewskiej) to stan umysłu. W Polsce wciąż mamy kult korporacji i większość ludzi chciałaby pracować w takim miejscu, bo kojarzy się ono z bezpieczeństwem. Ale znajdziemy tam również wielu młodych menadżerów, którzy zachłysnęli się kapitalizmem lat 90., pracują w znaczącej firmie i myślą, że są Bogami, a zapominają o tym, że i nad nimi są akcjonariusze, którzy w każdej chwili mogą ich zwolnić. Mordor napędzają profity, które dają korporacje oraz to wszystko, co można by nazwać naszą małostkowością. Ludzie myślą, że jak są menadżerami, to mają prawo do pomiatania innymi ludźmi i do patrzenia na nich bardzo, bardzo z góry. 

Lata 90. dawno za nami, a to właśnie wtedy "wyścig szczurów" był najbardziej brutalny. Ludzie zaczynają dostrzegać inne wartości niż kariera. Czy się mylę?

Ja jeszcze nie pracowałem w latach 90., kiedy dominowało pokolenie YUPPIE. Są dziś menedżerowie, którzy świeżo po zmianie systemu poszli na SGH (dawne SGPiS), wyrośli w latach kultu YUPPIE i zarabiania, ale muszą dziś współpracować z pokoleniem Y i Z, dla których kasa nie jest już jedynym motywatorem. Młodzi chcą się szeroko rozwijać, budować osiągnięcia na wielu polach. To powoduje starcia między nimi.

Co jest główną motywacją pracowników Mordoru?

Ich się o to spytaj – nie mnie. My obśmiewamy nieco podejście „kasa, kariera, "pracuj więcej, abyś mógł zarobić więcej". Ludzie przyjeżdżający do Warszawy z różnych miast i miasteczek muszą gdzieś się załapać i zaczynają na przykład pracę w callcenter. To mega ciężką robotą, dlatego bardzo szanuję wszystkich ludzi, którzy muszą to robić, mimo iż niechętnie z nimi rozmawiam, gdy dzwonią mi coś sprzedać . Wielu przyjezdnych zostaje też stażystami. Chcą coś w życiu osiągnąć i harują w korporacjach. Pozostaje kwestia, czy się w tym zatracą, czy nie. Niektórzy wchodzą w ten tryb, a inni dochodzą do wniosku, że to nie dla nich. 

Co masz na myśli mówiąc zatracą? Zostaną orkami, a przestaną być ludźmi, ze wszystkimi konsekwencjami tego słowa?

Wynik zacznie być dla nich ważniejszy niż kolega, a czas pracy wydłuża się do 14-16 godzin. Znam historię jednego z bardziej znanych polskich menadżerów, który ma trzy niańki i dwójkę dzieci, które widuje głównie na zdjęciach. Jedzie przy tym na różnego rodzaju wspomagaczach, które nie są do końca legalne. Nasuwa się pytanie, po cholerę zarabiać kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie, jeśli żyjesz w ciągłym stresie i nie masz czasu przytulić swojej córki. 

Widocznie ktoś wyprał mu mózg i wydaje mu się, że to jest sukces.

Każdy ma swoją definicję sukcesu. Najprostszą można wyrazić w trzech słowach: kasa, kasa, kasa. Ludzie myślą, że to ona determinuje, jakim jesteś człowiekiem. Bardzo często ludzie się przechwalają swoimi zarobkami. 

Kiedyś byłem na kawie w "Charlotte". Siedziałem przy stoliku z koleżanką, a obok dosiadły się dwie młode dziewczyny. Mimowolnie dowiedziałem się od nich, że facet zaczyna się od 8 tys. netto. Jedna z tych pań pracowała jako sekretarka w Mordorze. 

A kto jest Sauronem warszawskiego Mordoru?

Ja! ;) [śmiech]

Ty?

Ludzie czasami piszą do nas "Cześć Sauronie". Ale jest to oczywiście kwestia konwencji, bo nie ma jednego Saurona w naszym Mordorze, podobnie jak nie ma jednego Mordoru. Tworzą go również małe i średnie firmy, a wiem to, bo sam pracowałem w firmach 10-20 osobowych. Czasami szefowie w takich miejscach byli bardziej „sprani”, niż szefowie ogromnych korporacji.

A jaka jest Twoja historia z korporacjami? Odbębniłeś swoje w Mordorze?

Swego czasu bardzo dużo pracowałem dla korporacji w małych firmach. Poznałem dzięki temu, jakie ciśnienie panuje w korpo i jak poważnie podchodzą do rzeczy, które w rzeczywistości nie są aż tak istotne. Pamiętam, jak jedna pani wpadła w paranoję, bo ulotka była zrobiona z jednodniowym opóźnieniem (z jej winy – ona za późno nam dostarczyła swój wkład a potem wymagała, abyśmy nadrobili jej opóźnienie). Niesamowicie to odreagowała. To były pierwsze miesiące mojej pracy i dopiero się docierałem z korpoświatem.
Korporacja to zło?

Ja wyciągnąłem z niej to, co jest moim zdaniem najlepsze. Bardzo dużo nauczyłem się o prowadzeniu biznesu i na ile rzeczy trzeba zwracać uwagę. Nie bez przyczyny masz tam dział prawny, HR, IT, a Ty jesteś tylko małym trybikiem i robisz wyłącznie swoje. Jak zakładasz swój biznes, robisz to wszystko sam.

Gdy spotykałem jakieś złe rzeczy w korporacji, to wyciągałem z nich nauczkę. Dowiedziałem się, jacy potrafią być ludzie i zapłaciłem za to trochę „frycowego”. Mimo to, zakładając fanpage "Mordor Na Domaniewskiej" robiłem to z uśmiechem, duża dozą ironii i sarkazmu. Ale dzięki temu profilowi dowiedziałem się, że moja historia w korporacji to był lajcik w porównaniu do tego, o czym piszą mi ludzie. 

A wspomniane frycowe, które zapłaciłeś? Co masz na myśli?

Niedotrzymane obietnice, zaburzony work-life balance, bo też na chwilę zachłysnąłem się tym, że fajnie jest zarabiać bardzo duże pieniądze. Dotknęły mnie też rozgrywki korporacyjne, przez co musiałem nauczyć się w nich funkcjonować. Straciłem też trochę pieniędzy... proza życia. 

Mordor ma dziś blisko 60 tys. fanów. To nie są martwe dusze, tylko osoby bardzo aktywne. Gdy umieścicie coś w serwisie, szybko sypią się lajki, komentarze, udostępnienia. Skąd bierze się tak duże zaangażowanie?

Wydaje mi się, że nasi czytelnicy traktują to jako „swoje” miejsce. Patrząc na statystyki widziałem, że liczba interakcji użytkowników jest równa liczbie użytkowników. Wielu Facebookowiczów znam już "z widzenia", bo często zaglądają i coś piszą. Kiedyś mieliśmy też etatowego hejtera, ale się wycofał. Jak to mówią, „nie ma sukcesu bez hejterów”. To jest strona, którą tworzą ludzie. Owszem, wrzucamy swoje zdjęcia, najczęściej w weekend programujemy content na najbliższy tydzień. Ale jak czytelnik nam coś podrzuca, jest to najfaniejsza treść, bo sytuacyjna i prawdziwa.

I tak już od trzech lat.

Mniej więcej pod koniec 2012 roku usłyszałem od kolegi, że miejsce, w którym pracuję nazywa się Mordorem. Tak mi się ta nazwa spodobała, że zacząłem wrzucać na swojego Facebooka treści korporacyjne oznaczając się w miejscu - "Mordor na Domaniewskiej", które stworzyłem. Te posty cieszyły się dużą popularnością wśród moich znajomych, dlatego uznałem, że trzeba założyć fanpage. Najpierw polubili go moi znajomi, ale wciąż było to może ze sto osób. W kwietniu 2014 roku wrzuciłem na profil grafikę z pvek.org, która szeroko się rozeszła. Wtedy przekroczyliśmy 1000 użytkowników. 

Nie, absolutnie. Chociaż bardzo często nam zarzucają, że jesteśmy hejtem na korporacje. Świat nie jest czarno-biały, a my pokazujemy życie w korpo w krzywym zwierciadle. Niejednokrotnie pisaliśmy, że własny biznes nie jest dla każdego i że duża firma może być świetnym miejscem do pracy. Trzeba żyć w zgodzie ze sobą. Ja też pracuję w korporacji, ale takiej, która nie jest Mordorem. Jest mi w niej świetnie, w przeciwieństwie do wielu osób, które czują coś zupełnie innego, a mimo to w nich tkwią i nic z tym nie robią. 

Jest przypowiastka o psie, który leży na gwoździu i skomli. Ktoś pyta, dlaczego ten pies się nie przesunie. Wtedy pada odpowiedź, że nie boli go na tyle, żeby ruszyć się z miejsca. Wielu ludzi korporacja uwiera, a nie musi. Ludźmi trzeba wstrząsnąć, aby wybić ich z marazmu i skłonić do ewentualnej zmiany. 

A jak wiele osób uwiera wasz fanpage? Co piszą wasi krytycy?

Nie ma tych osób zbyt wiele. Czasami pojawiają się komentarze, że jesteśmy bezmózgim hejtem na korporacje, albo że się sprzedaliśmy, gdy upublicznimy coś charytatywnego. Często też promujemy osoby, które odeszły z korpo i założyły własne biznesy. Bardzo modne jest dziś rzucanie korporacji i "wyjazd w Bieszczady", a jest cała fala ludzi, którym się nie udało. O ile przed laty obserwowaliśmy bezrefleksyjną falę pracy w korporacji, to boję się, że teraz mamy trend, by ją rzucić i założyć własny biznes. To się wcale nie musi udać, a sam miałem przygodę z biznesem i odniosłem porażkę.

I tak ze sfery luźnego fanpagea przechodzimy na poważne problemy. Czy fani traktują cię jak terapeutę, któremu mówią o swoich problemach w życiu zawodowym?

Tak, zdarza się. Kiedyś jeden człowiek wysłał mi korespondencję mailową z szefami, którzy go wykorzystywali. Obiecali mu coś i nie dotrzymali słowa. Prosił nas, abyśmy to upublicznili. Ostatecznie ustaliliśmy, że nie ma to sensu, bo tylko pogłębi jego kłopoty. Ludzie wysyłają nam materiały, z których nie usuwają danych osobowych lub są łatwi do namierzenia. Zdarzało się, że ktoś prosił nas o wrzucenie materiału na fanpage, a później błagał o jego usunięcie. 
Dlaczego?

Bo szef się wkurzył, a śledzi „Mordor na Domaniewskiej” i grozi konsekwencjami. Ludzie opisują drastyczne historie z korporacji, ale i pytają, jak się do nas dostać, jak starać się o pracę itd. Sporo osób pyta też, gdzie warto zjeść. Na szczęście większość materiałów, które otrzymujemy są śmieszne i absurdalne. 

Mordor Na Domaniewskiej bywa miejscem do wylewania żalu, choć w żartobliwy sposób. Tymczasem istnieje coś takiego, jak lans na Mordor. Ludzie wcale nie kryją, że pracują przy ul. Domaniewskiej - cieszą się z tego. Tak naprawdę Domaniewo to powód do dumy, nawet awans społeczny.

Rzeczywiście, jest w tym lans. Dobrze jest się oznaczyć na Domaniewskiej z kubkiem kawy za 12 zł z firmy z zielonym logo i ponarzekać. Robi się to rozmawiając przez służbowego iPhone'a, stojąc w korku służbowym autem. W Polsce ogólnie mamy kult narzekania. Znam człowieka, który zarabia 8 tys. zł podstawy i ma służbowe benefity, a też narzeka. Może musi dojrzeć, że tak naprawdę nie ma powodów do zmartwień (w sferze zarobków). Tak – dla wielu młodych ludzi, praca na Domaniewskiej bywa synonimem sukcesu.

Psycholog Jacek Santorski powiedział ostatnio w wywiadzie dla "Mamadu", że 80 proc. pracowników korporacji to ludzie z prowincji. Co Ty na to?

Nie jestem pewien tych statystyk, ale z moich obserwacji również wynika, że ci ludzie są bardziej pracowici. Gdy przyjeżdżają do dużego miasta, to zapierniczają. Nie mają swoje życia osobistego, albo je dopiero budują. 

Pisałem o tym w naTemat. Ten artykuł trafił nawet na twój fanpage. Powiedz jeszcze, dlaczego świat korporacji jest tak wdzięcznym tematem do wyśmiania?

Bo środowisko pracujące w Mordorze jest bardzo płodne. Szacunkowe dane mówią, że Mordor na Domaniewskiej to sto tysięcy ludzi. To osoby kreatywne, ambitne, z "jajem" i ci ludzie chcą tworzyć ten content. Korporacje produkują rzeczy, które są absurdalne. Pamiętam jak jeden z banków zrobił wyjątek i pozwolił w intranecie na korzystanie z Facebooka. Szefowie wysłali wiadomość, że dzięki temu można złożyć życzenia siatkarzom z okazji wygranych mistrzostw. W większości korporacji na Facebooka wchodzi się po prostu z komórki, tabletu lub przez specjalną bramkę. 

To rzeczywiście bzdura, biorą pod uwagę długa listę metod, jak obejść te blokady. 

Tak, drugim przykładem, który mi się przypomina to historia, gdy firma chciała wspierać osoby niepełnosprawne, a baner informujący o tym ustawiła na miejscu dla osób niepełnosprawnych. To pokazuje, jak wiele rzeczy robi się w korporacjach bez chwili zastanowienia. Wprowadza się absurdalne przepisy, na przykład że pismo można wypełniać tylko danym rodzajem długopisu, albo że maile do szefa należy rozpoczynać od określonej formułki. 

One doesn't simply drive into a Mordor!

Posted by Mordor Na Domaniewskiej on Monday, March 30, 2015


Absurdalna bywa też nowomowa. 

Tak, to stały element naszego fanpage'a. Gdy idziesz na piwo z kolegami, i są tam osoby spoza świata korporacyjnego, to posługując się tym korposlangiem kaleczą innym uszy. Jest wiele rzeczy, które można powiedzieć po polsku, ale to kolejny obok służbowego telefonu i samochodu atrybut bycia w społeczności Mordoru. Z drugiej strony, jak jesteś w tym środowisku, siłą rzeczy łapiesz te nawyki nieświadomie.

Słowo ASAP jest dziś niemal tak oczywiste, jak "siema".

To przeszło do normalnego życia, bo na to pozwalamy. Można być w korporacji i pozwalać na jakieś zachowania, albo się na nie nie godzić. Czasem w głowie może pojawić się myśl: "zarabiam fajne pieniądze, ale to, co robię, nie przynosi żadnej wartości, więc to rzucam". Są ludzie znacznie szczęśliwsi, którzy nie zarabiają 25 tys. tylko 5 tys. zł, ale za to robią coś wartościowego. Dla większości społeczeństwa może się to wydawać absurdem. 

Rozmawiamy o specyficznym, oderwanym od reszty Polski środowisku. Większość osób ma prawo stwierdzić, że poruszamy nieistniejące problemy, bo oni zastanawiają się, za co zrobić obiad. 

Tak, i dla tych osób może być nie do pomyślenia, że ktoś rezygnuje z pracy w której zarabia 20 czy 30 tys. zł miesięcznie, bo jest ona niezgodna z jego wartościami lub sumieniem. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 

Jasne. Kiedy macie największy ruch na fanpageu? Nie chcę szpiegować tylko zastanawiam się, czy pracownicy korporacji nudzą się i zaglądają do was w trakcie pracy.

Bardzo trudno zarządza się dużymi strukturami. Polacy lubią pogadać, wypić razem kawę, zapalić. Badania pokazują, że ludzie pracują efektywnie jedynie przez około cztery godziny, a reszta czasu ucieka im przez palce. Czasem musisz się spiąć, bo masz deadline, ale na co dzień zawsze znajdzie się czas na opierniczanie się. Stąd coraz nowsze systemy motywacyjne. 

Na przykład?

W jednej z firm wprowadzono zarządzenie nakazujące raportowanie każdej rozpoczętej czynności. Pracownik musiał określić co robi i jaki czas mu to zajmie. Na przykład: Piszę list do klienta, przewidywany czas - 3 minuty.

Wytrzymali to? Nie wyobrażam sobie takiego rygoru pracy. 

Ja też nie. To jeden z korporacyjnych absurdów, bo samo raportowanie wszystkich czynności dezorganizuje całą pracę. 

Dokąd zmierza Twój profil "Mordor Na Domaniewskiej"? Będzie się zmieniał?

Mordor nie jest mój, a raczej nas wszystkich - korpo-szczurów i orków. Mordor się zmieni i rozszerzy swoja formułę. 12 maja zobaczycie coś dodatkowego. Na Facebooku dalej będzie mniej więcej tak, jak jest. Ale wprowadzimy coś nowego, bo coraz więcej ludzi podsyła nam swoje materiały i angażuje się we współpracę z nami. Chcemy zrobić coś, czego w Polskim internecie jeszcze nie ma.

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl

Trwa ładowanie komentarzy...