Marek Roleski – wyjątkowy milioner. Nie chce mieć więcej, chce dawać więcej. "Po co mi 10 helikopterów?"

Marek Roleski - biznesmen, którego firma jest liderem produkcji  keczupów, musztard, koncentratów, sosów majonezowych.
Marek Roleski - biznesmen, którego firma jest liderem produkcji keczupów, musztard, koncentratów, sosów majonezowych. Mat. prasowe
Marek Roleski rzadko udziela wywiadów. Gdyby robił to częściej, byłby stale cytowany. W grupie najbogatszych Polaków ma bowiem wyjątkowo wyraziste, medialne poglądy na kapitalizm, demokrację, urzędników (z którymi z zasady się nie spotyka). Właśnie ruszyła nowa kampania reklamowa Roleskiego. Inna niż wszystkie kampanie ketchupu, majonezu i musztardy. – Ile można mówić ludziom, żeby jedli kiełbasę z musztardą – pyta Roleski. I zatrudnia słynnego fotografa Oliviero Toscaniego.

W co pan wierzy?


W Boga.

W którego?

Jedynego.

W króla?

Też.

Którego?

Swojego.

Pytam o króla, bo przedstawił pan dość oryginalną reklamę ketchupów i majonezów w formule Republiki Roleski.

Chcieliśmy z Oliviero Toscanim pokazać światu, że jedzenie może być i powinno być sztuką. Chcieliśmy kręcić reklamę w Wersalu. Oliviero zaproponował Republikę królewską. On powiedział, że musimy na nasz produkt popatrzeć innowacyjnie. I tak od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że nic nas nie ogranicza. Że chcemy zrobić coś ciekawego, coś szokującego.

Znalazł pan właściwego autora. Toscani szokuje od lat.

Znaliśmy się wcześniej. I on, i ja kochamy konie. On ma stadninę, ja mam stadninę. Znałem jego kreacje dla Benettona. W naszej kampanii miałem kilka agencji. Czytałem scenariusze i to były same bzdety. Znów mieliśmy mówić ludziom, żeby jedli kiełbasę z musztardą.

Jakiś przykład?

Biegnie facet po schodach, spóźnia się, rodzice siedzą z narzeczoną tego chłopaka, czekają z obiadem, on wpada z majonezem, czy musztardą, mówi: Spóźniłem się bo szukałem Roleskiego. Wtedy nie wytrzymałem i wyrzuciłem to wszystko. Mówię: Oliviero, tego się nie da oglądać, to są jakieś jaja, można zwymiotować, robimy coś innego. I zrobiliśmy.
Jedzenie jest dla pana sztuką?

Oczywiście, że tak.

Od urodzenia, czy to był moment objawienia?
Praktycznie od urodzenia wiedziałem, że jedzenie jest sztuką i to dużą. Wymaga olbrzymiej wiedzy, dużego zaangażowania. Dania bardzo proste można podać w sposób nietuzinkowy. Nawet ziemniaki można podać na tyle różnych sposobów. Świat zaczyna udowadniać, że jedzenie jest jedną z największych przyjemności.

W polskich reklamach jedzenia nie pokazuje się jako sztuki.

Ktoś musi zacząć. Ja pierwszy robiłem wiele rzeczy w życiu. To ja rozbiłem państwowy monopol na produkcję majonezu. Teraz też pierwszy rozbijam sztampę reklamową, że ketchup to grill i rodzina.

W końcu idzie majówka.

Dlatego Toscani. Ma fantastyczne pomysły i jest kreatywny. Ja jestem z innego pokolenia niż młodzi ludzie. Żyłem w innych czasach. Młodzi zostali oszukani przez nas wszystkich, przez twórców globalizacji, bankierów rządzących światem. Układ który powstał po socjalizmie nie był wiele od niego lepszy. Mówił to co Ameryka kazała. Dlatego teraz pracujemy w Anglii. Dlatego nie ma u nas ludzi do pracy. Już dawno otworzyłem własną szkołę zawodową. Wiedziałem, że trzeba sobie samemu szkolić kadry, bo u nas nie będzie komu pracować. Co drugi młody skończył zarządzanie, a nie ma ludzi którzy umieją najprostszą rzecz naprawić, nie ma mechaników precyzyjnych, nie ma ludzi do obsługi maszyn. Są tylko tacy, którzy żyją w wirtualnym świecie. Siedzą przed laptopami i myślą że to jest prawdziwy świat. Nie mają perspektyw, urzędy ich blokują, wymiar sprawiedliwości jest jaki jest.

Boli to pana.

No pewnie że boli. Jak jasna cholera.

W tej pana republice jakie reguły obowiązują?

Demokracja, jako wolność wyobraźni. Nie taka krótkowzroczna, która działa tylko w perspektywie 3-5 lat. W mojej każdy może swoją wyobraźnię kształtować. Demokracja nie ogranicza wyobraźni. Nasz powszechny system ustrojowy jest krótkowzroczny. Nie przewiduje, że za 25 lat nie będziemy mieli co jeść. Myśli się tylko od wyborów do wyborów.

To jest pana zdaniem wrodzona cecha demokracji polskiej, czy każdej?

Absolutnie każdej demokracji. Demokracja była dobra do lat 70., gdy rozwój świata następował organicznie. Potem zaczęły się wielkie zbrojenia, dodruk pieniędzy na prawo i lewo, wydawanie nie miało żadnego umiaru, nikt nie zastanawiał się nad przyszłością, pojawiła się koncepcja globalnego kapitalizmu. Ameryka eksportuje kapitalizm wmawiając całemu światu, że jest to jedyna słuszna droga. Nie pokazuje konsekwencji tych działań.

Jaka jest więc gospodarcza idea w pana republice?

Taka, która stara się odebrać część rynku tym korporacjom. One mają pieniądze znikąd, prezesi grają w golfa i myślą, jak tu komu coś jeszcze ukraść. Są przekonani, że zachłanność jest czymś dobrym. Jak ja mogę z tym walczyć? Przecież nie wejdę do środka z karabinem maszynowym. Mogę tylko zabierać im część tortu przez rozwój własnej marki. Będę tak właśnie walczył z kapitalizmem światowym – pokazując, że można robić swoje produkty lepiej, za rozsądną cenę, że można zdrowiej, że można smaczniej, że można kulturalniej. Trzeba przekonać ludzi, że można inaczej. Trzeba zabrać korporacjom oręża.

Żeby wygrać z kapitalizmem przyjmuje pan reguły kapitalizmu.

Oczywiście. Nie ma innego wyjścia. Powrót do socjalizmu niczego nie rozwiąże. Mamy mieć monarchię? Przyjmując kapitalizm zmierzam do innego niż on celu. Uważam jednak go za jeden z wielkich błędów ludzkości. Ale odwrotu od niego nie widzę. Chcę natomiast byśmy się na świecie rozwijali organicznie, krok po kroku, wróćmy do tego, że żyjemy w regionach, mamy regionalne produkty, a nie wszędzie na świecie ten sam jeden produkt, jak to mój konkurent w ketchupie chce ludziom wmówić.

Pana konkurent właśnie tak się teraz reklamuje.

Amerykanie nie bacząc na koszty będą swoją utopię jak najszerzej promować. Ja nawołuję: Zwolnijmy. Jak ktoś pędzi samochodem i widzi przeszkodę, to nie hamuje w ostatniej chwili, ale już wcześniej powoli naciska hamulec. My tymczasem dochodzimy do ściany. Rozwój musi mieć wymiar ludzki. Rozwój nie musi następować tylko przez konsumpcjonizm.

Czy pan się nie chce rozwijać jak najszybciej?

Ja się rozwijam w miarę jak najszybciej.

Ale mógłby pan się rozwijać szybciej…

Oczywiście. Mógłbym kupować inne firmy. W Polsce mógłbym w mojej branży kupić przynajmniej 10 firm, ale nie zrobiłem tego.

Dlaczego nie?

Dlatego, że uważam, że trzeba się rozwijać organicznie. Tworzyć we własnej społeczności lokalnej, żyć w niej, funkcjonować, rozwijać siebie i innych.

Ma pan w swojej wsi helikopter. Mógłby mieć pan po helikopterze w 10 innych wsiach.

Tym się nie da wtedy normalnie, uczciwie zarządzać. Ja nie chcę mieć więcej. W trumnie z tymi milionami będę wyglądał lepiej? Na jaką cholerę miałbym to robić?

Wcześniej miliardami by się pan chwalił, nie tylko milionami.

A ja chrzanię. Nie chcę tego.

To czego pan chce?

Spokojnego, normalnego widzenia innych ludzi, sąsiadów. Do widzenia ludzi nie jako narzędzia do zarabiania pieniędzy, a po prostu i przede wszystkim jako ludzi, nie muszę mieć bardzo wysokich marż. Chcę za rozsądną cenę dawać dobrą jakość. To brzmi trochę judymowo, ale naprawdę tak jest. Niczym innym się nie kieruję.

Ma pan fabrykę w Małopolsce. Ma pan jakiś kontakt z ludźmi zza szyby limuzyny?

Co pan! Jestem z całą moją wsią na „ty”. Czasem na rowerze jeżdżę po całej wsi. Czasem wylatuję helikopterem. Każdy mnie zna, ludzie mnie szanują, przynajmniej mam takie wyobrażenie. Nikt za mną nie pluje, nikt psów nie spuszcza. Z pełną świadomością nie nastawiam się na maksymalny drapieżny zysk, a po prostu na godziwy zarobek.

Zysk jest celem samym w sobie w kapitalizmie.

Nie, w kapitalizmie pracuje się dla zaspokajania ludzkich potrzeb przede wszystkim, a dopiero później zysk. To my wszystko odwróciliśmy do góry kołami. Już w pierwszej misji firmy napisałem, że celem jest spełnianie ludzkich oczekiwań. Spotkało się to z reakcją, że jestem wariat. 42 lata już to robię. Pochodzę z rodziny, która od trzech pokoleń pracuje na własny rachunek. Przy stole w domu rozmawiało się o ludziach nie o zysku. Dopiero później mówiło się o realizacji projektów. Dla mnie dziś to czy mam 50 zł czy 50 mld złotych, to wszystko jedno.

Bo ma pan miliony.

Do mnie co miesiąc piszą wszystkie fundusze i różni inwestorzy i chcą mnie od ręki i bez targowania kupić za miliard. To jest 300 mln dolarów. Można za to dużo kupić sobie samolotów. Tylko co dalej.
Nigdy się pan nie sprzeda?

W konstytucji spółki napisałem, że mamy trwać wiecznie. Moi spadkobiercy, moje dzieci nie mogą nic z tym zrobić. Nie mogą firmy sprzedać. Jeśli ktoś chce odejść, nie chce uczestniczyć w rozwoju firmy, to pozostali go spłacają, ale tylko w części inwentarzowej – maszyny, urządzenia. I to przez 10 lat. Żadna jednorazowa spłata. I to tylko wtedy, gdy firmę na to stać. Więc jeśli ktoś nie chce, to odchodzi goły i wesoły.

Nie da się tej konstytucji podważyć?

Jest nienaruszalna. Zabezpieczona testamentem i różnymi aktami prawnymi. To nie znaczy że dzieci muszą fizycznie pracować w firmie. Mogą mieć managerów. Nie wierzę w jednoosobowe zarządzanie, jakiś czas temu zwolniłem dyrektora zarządzającego, który prowadził firmę właśnie w sposób jednoosobowy i postawiłem na zespół zarządzający – nie „zarząd” ale właśnie zespół zarządzający, bo to słowo „zespół” podkreśla całą moją ideę zarządzania, czyli współpracę, przenikanie i dzielenie się wiedzą. Bez tego jednoosobowego zarządzania przez ostatnie trzy lata rozwinęliśmy firmę o kilkadziesiąt procent! Po co mam kupować innych, wydawać pieniądze, jeśli mogę udoskonalać to co mam, dbać o swój kręgosłup, wprowadzać nowe technologie. Mam znajomego, który kupił pięć zakładów i mówi że nie daje rady. Prędzej czy później mu się to rozpadnie. Hoduję konie więc wiem, że konia nie można pogrubić 10 razy. On się staje niewydolny, niesterowalny.

Jakie rady biznesowe przekazuje pan dzieciom?

Stałej rozmowy, stałego uczenia się, dbałości o jedność w rodzinie. Żeby była jasność: w konstytucji firmy zapisałem, że mężowie córek nie mają nic. Muszą pracować w innych firmach, nie mają prawa do majątku mojej. Wykluczyłem zięciów. Nie wiadomo co w nich siedzi. To nie są moje dzieci. Polegam tylko na więzach krwi. System wartości jest dla mnie rzeczą najważniejszą. Mój ma 10 punktów, jak Dekalog.

Nie przepada pan za urzędnikami?

Im chodzi tylko o to, żeby obrzydzić, gnębić. Urzędnikowi nie zależy, żeby był jeszcze jeden przedsiębiorca więcej. Po co? Przecież on wtedy będzie miał tylko pracy więcej. Po co mu to. Urzędnik chce mieć spokój do końca nominacji a więc do śmierci. Robi więc wszystko, aby nic nowego nie postało.

Urzędnicy próbowali Panu zaszkodzić?

Bo to raz? W 1981 roku dałem sobie słowo honoru, że nie pojawię się w żadnym urzędzie i w żadnym sądzie. Mam pełnomocników. Gdybym sam poszedł, to nie wiem czy bym wytrzymał i nie uderzył kogoś. Przed 81 rokiem chciałem coś załatwić u naczelnika gminy. Jakiś drobiazg, ale on mi zaczął pyskować, idiotyzmy opowiadać. Wywlekłem go zza biurka i ciągnąłem przez korytarz. Dobrze, że mnie nie zamknęli. Od tej pory unikam takich wizyt.

Pan trochę choleryk jest?

No z lekka.

Jeszcze jakie wady?

Niech mnie inni osądzają. Na pewno grzeszę. Czasami szampana wypiję dwie butelki.

Ceni pan przyjemności życia?

Samo życie jest wielką przyjemnością i przygodą. Miałem wszystko co można. Mam samolot, zaczynałem od akrobacyjnych, teraz latam businessjetem (odrzutowcem biznesowym, Cessna Citation XLS) własnym. Mam śmigłowiec, miałem jachty. Sprzedałem, nie miałem kiedy pływać. Nie miałem z kim pływać. Moja biedna żona boi się wody. Jest cudowna, wierna, oddana, ale krępuje ją przepych, nie znosi wizyt.

A pan?

Nawet jak nie lubię, to robię dla firmy, więc muszę. Poza tym ja lubię wyjeżdżać, patrzeć na świat z innej perspektywy. Mam wielu przyjaciół. Po całej Europie latam. Najczęściej za słońcem. Moi piloci patrzą na prognozy pogody i jak gdzieś widać ładną, to lecimy.

To ile czasu pan teraz poświęca pracy?

Praktycznie cały czas, 24 godziny na dobę. Jak lecę za granicę, to mam telefon satelitarny. Poza tym żona zostaje, a my się uzupełniamy. Mamy wspólnotę małżeńską absolutnie od samego początku, nigdy nam do głowy nie przychodziło, że możemy się w życiu rozstać.

Długo jesteście małżeństwem?

42 lata.

Co ona wniosła do firmy?

Miłość.

A bez miłości się nie da?

Kiepsko jest. To jej praca – jest z zawodu poligrafem – dała nam w PRL pieniądze na dalszy biznes. Potem mieliśmy fermy drobiu, potem majonezy. Tak poszło krok po kroku.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
BiznesWywiad
Skomentuj