Czy jesteśmy tak związani z setkami znajomych z mediów społecznościowych, żeby dzielić się z nimi intymnymi szczegółami z naszego życia?
Czy jesteśmy tak związani z setkami znajomych z mediów społecznościowych, żeby dzielić się z nimi intymnymi szczegółami z naszego życia? Fot. Luc Legay / http://bit.ly/1GrZWzc / CC - BY - SA / http://bit.ly/1dsePQq

Media społecznościowe z każdego użytkownika robią blogera lub vlogera, a każdy profil staje się prywatnym pamiętnikiem, który jeszcze 15 lat temu nie ujrzałby światła dziennego. Chwilami ekshibicjonizm, na który sobie na nich pozwalamy, staje się naprawdę nachalny.

REKLAMA
Codziennie poszukując inspiracji do tematów i nowości, o których mówią i którymi dzielą się wszyscy, przeglądam swojego facebooka. Profil założyłam po kilku latach, jak już mieli go wszyscy moi przyjaciele i wysyłali sobie zdjęcia z mojego ślubu i wesela, do których ja nie miałam dostępu. Czy ktoś pytał mnie o pozwolenie? Nic podobnego! Moje roztańczone, roześmiane fotki z wesela dotarły nawet do osób, o których zapomniałam, że je znam. Gratulowały mi znajome z branży, chwaliły sukienkę i piękny ogród przyjaciółki mojej mamy z Frankfurtu i Miami. Wściekła i zdesperowana, założyłam więc konto i moje życie częściowo wylądowało na widoku wszystkich tych pań i panów.
Pamiętam swoje pierwsze reakcje, kiedy zszokowana obserwowałam zdjęcia znajomych z hamburgerem czy krabem na talerzu, wyznania o zaręczynach i zdjęcia z rodzinnych imprez. Świat oszalał – pomyślałam, ale weszłam w tę konwencję, nie pozbywając się jednak do dziś, czyli już piąty rok, uczucia niesmaku, kiedy ktoś naprawdę ze swoimi wyznaniami przesadza.
logo
Instagram i inne portale społecznościowe są dostępne dziś niemal wszędzie. Każdy może je sprawdzić w swoim smartfonie Fot. Jason Howie / http://bit.ly/1L1g0L9 / CC - BY / http://bit.ly/1mhaR6e
„Spójrzcie na moją pupę”, „Nikt mnie nie kocha”, „Seksu!!!”
Mistrzostwem świata, przynajmniej wśród moich 521 znajomych są wyznania dotyczące pożycia seksualnego. Zdjęcia dekoltów, pośladków, wyznania tuż obok nich: „takie ciało się marnuje”, „schudłam 20 centymetrów w biodrach, a nikt ich nie dotyka” są wołaniem o pomoc. A facebook „pomaga”. Zaraz pojawiają się komentarze: ach ty piękna, śliczna, cudna, chuda, seksowna, gratuluję efektów diety / treningu / Chodakowska byłaby z ciebie dumna. I tak dalej.
Terapia trwa przez cały dzień, bo niektórzy wrzucają spocone zdjęcia podpisując je kilometrami, które przebiegli i czekając na oklaski od samego rana, inni takimi zdjęciami kończą dzień dodając kilka błyskotliwych hasztagów w języku angielskim. Oczywiście z błędami. Może to śmieszne i zabawne, może „wypada” polubić takie wysiłki poranne i wieczorne, ale jest to jak dla mnie wołanie o uwagę. Jestem taka samotna, że jak nie wrzucę zdjęcia w trampkach, to nikt nawet nie będzie wiedział, że biegałam, żeby schudnąć czy być w formie.
Natomiast wyznania dotyczące braku seksu lub orgazmu u niektórych pojawiają się co najmniej raz w tygodniu. Tak jakby mówiąc o tym 500 osobom miałoby to przynieść ulgę / zaspokojenie / odczarować złą passę. Przecież są portale randkowe, jak tinder, gdzie ludzie samotni się spotykają. Gdzie profile zakłada się po to, żeby kogoś poznać. Przecież mówiąc o tym publicznie, tym setkom osób, tak naprawdę nie mówimy tego nikomu. Jeśli mamy realny ból istnienia z powodu niepowodzeń w życiu uczuciowym lub seksualnym, najlepiej pogadać z bliskim przyjacielem, albo zgłosić się do specjalisty, jeśli nie mamy do nikogo zaufania.
Klepiąc takie wyznania w klawiaturę telefonu czy komputera dostaniemy kolejne klepanie po pleckach. „trzymaj się” bądź dzielny”, „ ja też mam ciężko”, „taka fajna dziewczyna na pewno kogoś zaraz znajdzie”. Czy znajduje? Wątpię. Na pewno kilka osób, które potencjalnie mogłyby się z nią czy z nim spotkać, pukają się w czoło i raczej nie odważą się zaryzykować. Chociażby z obawy, że będzie z tego pożycia zdawać relację on-line. Swoją drogą do końca świata nie zapomnę intymnych zdjęć moich znajomych, które wrzucali prosto z sypialni, kiedy istniało jeszcze grono.net. Ciekawe czy do tej pory gdzieś te ich soft porno portrety nie krążą po sieci…
logo
Prywatność? Powoli przechodzi do lamusa. A powinniśmy o nią dbać! Fot. Opensource.com / http://bit.ly/1f2Cqi4 / CC - BY - SA / http://bit.ly/1dsePQq
Prześwietlenia, zdjęcia USG płodu i z sali porodowej
Wybaczcie, jeśli ktoś z Was poczuje się urażony. Ale prześwietlenia, pozowanie w tomografie lub fotki ze szpitala, naprawdę nie są powodem do publicznego chwalenia i dzielenia się. Nie wspominając o zdjęciach USG płodu z kolejnych tygodni ciąży. Rekordzistki wrzucają także zdjęcia całej karty ciążowej z dokładnymi zapisami wagi, ciśnienia, badań krwi i moczu. Ekstra. Brakuje tylko relacji z porodu i zdaje się, że wśród mojej puli znajomych mam kilka chętnych pań, które z rozkoszą ją zamieszczą, o ile kamerzysta w trakcie nagrywania nie zejdzie na zawał.
Rozmawiałam ostatnio z kilkoma osobami i jednak jest to pewna granica, której przekraczać nie powinniśmy. Wrzucając tak osobiste rzeczy na Instagrama czy Facebooka nie pozostawiamy dla siebie i swoich bliskich już zupełnie nic. Rozumiem, że kobieta, która długo walczyła o zajście w ciążę chce się z tym podzielić z całym światem. Rozumiem szczęście rodziców po udanym porodzie. Ale zdjęcia nagiego dziecka z kawałkiem pępowiny naprawdę jest pamiątką - którą jeśli macie potrzebę w ogóle posiadać - zachowajcie dla siebie.
Wkraczanie z aparatem do sali porodowej już ma miejsce i są tatusiowie bądź babcie, którzy namiętnie takie wydarzenia filmują. I niech tak robią, ale nie pokazują ich przypadkowym osobom. Bo nie można mieć 500 bliskich przyjaciół. Tak naprawdę utrzymujemy bliższy kontakt z jakimiś 15 z nich. Ale nawet tych kilkanaście może nie mieć ochoty przyglądać się takim rzeczom na Instagramie. Nie dlatego, że nie cieszą się waszym szczęściem, ale dlatego, że to jest wasze. Osobiste. Intymne. I powinno pozostać między tymi osobami, których dotyczy.
Zapraszamy na ślub i wesele
10 lat temu moja siostra dostała najbardziej oryginalne zaproszenie na ślub i wesele o jakim słyszałam. Było to nagranie państwa młodych na youtube.com, pijących piwo i słuchających głośnej muzyki disco, którzy jakby od niechcenia zapraszali swoich gości. W mejlu dołączona była także mapka wydarzenia, data i godzina. Pamiętam, że zaproszenie to obiegło dosłownie wszystkich naszych znajomych, bo nikt wcześniej takiego nie otrzymał. Ale to była córka znanego artysty, również artystka, niezwykle oryginalna i stąpająca nieco nad ziemią. Zresztą charakter zaproszenia był spójny jak się później okazało z charakterem imprezy.
Natomiast dziś zapraszanie przez facebooka na tak ważne wydarzenia staje się standardem. Z pewnością jest to oszczędność papieru – lasy równikowe giną – i czasu. Można odpuścić sobie wypicie kilku butelek nalewki podczas zapraszania wujków, cioć i kuzynów (wiem coś o tym, bo nam rozdawanie zaproszeń zajęło równy miesiąc).
Ale kiedy dostałam ostatnio takie zaproszenie, myślałam, że to żart. Że nasi przyjaciele, którzy przez naście lat deklarowali, że się nigdy nie pobiorą organizują zwykłą imprezę i nazwali ją dla zgrywy: weselem. Jednak byłam w błędzie. Wesele odbyło się naprawdę, podobnie jak ślub i pojawili się niemal wszyscy, którzy deklarowali swoje uczestnictwo przez facebooka. Było zupełnie hipsterskie i na luzie, więc znów – konwencja zaproszenia pasowała do całokształtu imprezy. Ale idąc tam do końca nie wiedzieliśmy czego się spodziewać. Może dlatego, że jeśli wysyłamy wiadomość o imprezie przez media społecznościowe, dociera na nią zwykle połowa mniej ludzi niż kiedy zapraszamy osobiście – na żywo czy przez telefon. A reszta udaje, że zaproszenia nie przeczytała.
logo
Niektórzy nawet podczas urlopu z ukochanym wrzucają zdjęcia na facebooka tuż po tym, jak je zrobią... Fot. Maria Elena / http://bit.ly/1QLLmUI / CC - BY / http://bit.ly/1mhaR6e
Agitujemy Bronka lub Dudę
Poprzedni miesiąc był na moim facebooku jedną wielką kampanią polityczną. Strasznie to było męczące, zwłaszcza w wydaniu osób, które zwykle wrzucają swoje sweet focie z nowym kolorem paznokci czy torebką, a nagle stały się rzeczniczkami partii politycznych i kandydatów. Jedna z takich osób była tak agresywna w swoich wpisach, że usunęłam ją z puli znajomych. Złość, nienawiść, groźby i obelgi w wydaniu dziewczyny, która na co dzień nie ma zbyt wiele do powiedzenia przeważyły o końcu naszej facebookowej znajomości.
Uważam, że każdy powinien głosować na kogo chce i nie obrażać przy tym osób, które mają inne poglądy. Opcje polityczne, które są nam bliskie są tak samo drażliwym tematem jak religia. I można się dzień czy dwa pośmiać z durnych memów, przedstawiających satyryczny obrazek jednego czy drugiego pana, ale nie przez trzy kolejne tygodnie!
Natomiast idzie nowe i od tygodnia już obserwuję same nienawistne i krytyczne komentarze dotyczące kampanii społecznej „Nie zdążyłam zostać matką”. Oczywiście najgorętsze komentarze pochodzą od osób, które nie mają dzieci, znaczy, że kampania jest co najmniej skuteczna. Ale żeby tak bardzo obnosić się ze swoimi poglądami w miejscu, gdzie ktoś wrzuca zdjęcia z popijawy na Mazurach, wydaje mi się bezsensu.
Ekshibicjonizm czy samotność?
Zastanawiając się nad granicą obnażania życia swojego i swoich bliskich, prywatnych zdjęć i poglądów, zastanawiam się z czego w ogóle ta potrzeba wynika? Czy meldując się w hotelu, na lotnisku czy lokalu coś na tym zyskujemy (niektóre firmy płacą za tak zwane „checkowanie” się w ich miejscach)? Rośniemy w oczach innych? Stajemy się częścią tej grupy osób, którą stać na życie w luksusie? Czy wrzucając zdjęcia z kuchni i toalety pokazujemy się z bardziej swojskiej strony i wydajemy się ludzcy?
Sama nie jestem święta w tej materii, bo ostatnio pochwaliłam się zdjęciem knedli z truskawkami, które ugotowałam po raz pierwszy w życiu. A dopiero widząc 100 polubień, zrozumiałam, że wolałabym zamiast tych wszystkich pochwał, po prostu je z kimś do spółki zjeść, bo spędzałam samotne popołudnie bez męża i synka. Z mojej perspektywy więc te wyznania i artystyczne zdjęcia knedli, kotleta czy drinka wyglądają na samotność. Chyba że ktoś prowadzi bloga kulinarnego.
Rekordziści każdego dnia wrzucają też zdjęcia swoich dzieci, co wiem od bezdzietnych znajomych, że doprowadza ich do szału. Zdjęcia są niekoniecznie ładne. Niekoniecznie ciekawe. Ale koniecznie należy się nimi podzielić ze światem. Bonusem są tak zwane like’i. Kciuk w górę i od razu mamy lepszy humor. Ale może już lepiej pokazujmy te kotlety i hotele zamiast dzieci na rowerkach czy w fotelikach, biustów i usg? Zachowajmy choć trochę przestrzeni dla siebie. Albo nauczmy się nią dzielić z tymi, których mamy.

Napisz do autorki: maria.kowalczyk@natemat.pl