Czy skrajna prawica zagraża francuskiej demokracji?

Marine Le Pen
Marine Le Pen Fot. Wikimedia Commons
Po raz pierwszy od 1988 roku skrajna prawica ma posłów we francuskim Zgromadzeniu Narodowym po wczorajszych wyborach parlamentarnych. I, co zatrważające, ma ich aż dwóch. Od wielu lat mówi się, że Front Narodowy (FN) Jean-Marie Le Pena i jego córki Marine stanowi zagrożenie dla demokracji w „kraju praw człowieka”.

Marine Le Pen otrzymała 18 proc. głosów w wyborach prezydenckich, które odbyły się zaledwie kilka tygodni temu. Jak więc wytłumaczyć, że jej partia zdobyła zaledwie dwa mandaty? Po prostu, we Francji obowiązuje większościowa ordynacja wyborcza, a w wyborach są dwie tury. Oznacza to, że w każdym okręgu większość wyborców musi poprzeć danego kandydata, aby został wybrany (trochę tak, jak w Polsce w wyborach do senatu). A wiadomo, że w prawie każdym okręgu większość woli głosować na bardziej umiarkowane siły polityczne. Tak więc na przykład sama Marine Le Pen nie będzie zasiadała w parlamencie, mimo 49,9 proc. głosów otrzymanych w swoim okręgu.
Problem jest znacznie szerszy i nie dotyczy tylko Frontu Narodowego. Wystarczy zestawić ze sobą wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich, aby zrozumieć, na czym polega:


Podałem procentowe poparcie każdej partii w wyborach prezydenckich, a nie parlamentarnych, ponieważ po prostu nikt nie prowadzi statystyk dotyczących poparcia na szczeblu krajowym w wyborach parlamentarnych. W tychże wyborach liczy się tylko podział głosów w danym okręgu.

W oczy rzucają się dwie rzeczy. Po pierwsze, brak jakiejkolwiek proporcjonalności między poparciem, a liczbą zdobytych mandatów. Niesprawiedliwość jest na korzyść dwóch największych partii, a w szczególności tej, która ma najwyższe poparcie. Tak więc skrajna prawica ma sto razy mniej posłów niż prawica, a jej poparcie jest niższe o zaledwie jedną trzecią. Prawica ma prawie to samo poparcie, co lewica, a otrzymała o jedną trzecią mandatów mniej.

Po drugie, liczba mandatów dla mniejszych partii nie pokrywa się wcale z poparciem procentowym. Zwolennicy Frontu Narodowego są 9 razy liczniejsi niż zwolennicy ekologów, a mimo to, to ekolodzy zdobyli 8 razy więcej mandatów poselskich. Jest to związane z tym, że ekolodzy i skrajna lewica podpisały porozumienia wyborcze z umiarkowaną lewicą. Polegają one na tym, że umiarkowana lewica nie wystawia swojego kandydata przeciwko przedstawicielom tych mniejszych partii w niektórych okręgach. Centrum i skrajna prawica chcą zachować swoją niezależność i płacą za to cenę – nie mają praktycznie żadnej reprezentacji parlamentarnej.

Francuski system bipolarny

Bez wątpienia francuski system wyborczy ma swoje uzasadnienie historyczne. Po Drugiej Wojnie Światowej, w 1946 roku, rozpoczęła się IV Republika, w której obowiązywała proporcjonalna ordynacja wyborcza (taka jak w Polsce). W parlamencie było tyle partii, że nie mogły się dogadać i bardzo często odwoływano rząd. Niektórzy premierzy urzędowali przez zaledwie kilka dni.

Dlatego też generał Charles de Gaulle zaproponował Francuzom nową konstytucję, która wprowadzała między innymi aktualną ordynację wyborczą. Zapoczątkowało to V Republikę w 1958 roku. Od tego czasu we Francji stopniowo ukształtował się system, w którym główna prawicowa partia (RPR, a teraz UMP) i Partia Socjalistyczna zdobywają praktycznie wszystkie mandaty wyborcze. Ta sytuacja bardzo urządza oba ugrupowania, które choć siebie nawzajem nie lubią zapewniają sobie formułę, w której zawsze jedno z nich będzie rządziło.

Jedynie w 1986 roku François Mitterand, kierując się politycznymi kalkulacjami, wprowadził jednorazowo ordynację proporcjonalną. Wtedy do izby niższej francuskiego parlamentu dostało się 35 posłów FN-u. I choć zgłaszali do laski marszałkowskiej dość kontrowersyjne projekty ustaw, żaden z nich nie przeszedł.

To brak Frontu Narodowego w parlamencie jest zagrożeniem dla demokracji. Lata 86-88, kiedy to skrajna prawica miała reprezentację parlamentarną, pokazały na ile jest celowe, żeby miała posłów. Deputowani FN-u wyrażali głośno opinie swojego elektoratu. Dzięki temu rządzącym łatwiej było poznać nastroje społeczne, a wyborcy o skrajnoprawicowych poglądach mieli wrażenie, że ich głos jest słyszalny w dyskusji.

Demokracja polega na tym, że każda poważniejsza opcja polityczna może brać udział w debacie publicznej, nawet jeżeli jej poglądy są radykalne. A więc to brak Frontu Narodowego w parlamencie, który od lat ma między 10 a 20 proc. poparcia, jest antydemokratyczny.

W 2002 roku Jean-Marie Le Pen dostał się do drugiej tury wyborów prezydenckich, podczas gdy nikt się tego nie spodziewał. Nie miał żadnych posłów, którzy by mogli wyrazić frustrację i niezadowolenie części elektoratu. Dlatego też jego wyborcy, jeszcze bardziej rozdrażnieni, masowo poszli do urn. Dodatkowo część obywateli zagłosowała na niego tylko w ramach sprzeciwu wobec całej klasy politycznej. Gdyby więc i on do niej należał jako poseł, nie oddaliby na niego głos. Paradoksalnie więc francuski system wyborczy go wzmacnia jako kandydata antysystemowego. Jeżeli więc uznać, że dojście do władzy FN-u byłoby zagrożeniem dla francuskiej demokracji, to właśnie należałoby mu zapewnić większą reprezentację parlamentarną.

Poza tym, lepiej mieć cywilizowaną skrajnie prawicową opozycję w parlamencie niż bojówki skinheadów na ulicach. Posłowie radykalnych ruchów politycznych łagodniej kanalizują niezadowolenie części społeczeństwa. A wzrastające poparcie dla partii, która nadal nie jest reprezentowana w parlamencie, prędzej czy później prowadzi do protestów ulicznych. Jest to raczej gorsze rozwiązanie dla demokracji. A zatem całe szczęście, że FN wreszcie ma posłów.
Trwa ładowanie komentarzy...