Czego w Polsce nie wolno mówić? Co mogą mówić księża

Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta
W polskiej konstytucji można znaleźć zapis o „wolności wyrażenia swoich poglądów”. Okazuje się jednak, że o ile ekscesy ojca Rydzyka są tolerowane, to polemiczna wypowiedź Dody już nie. Czy w Polsce mamy cenzurę religijną?

Nie chodzi tutaj o to, czy ktoś się zgadza się z Dodą, czy nie. Ja osobiście nie uważam, aby Biblia została napisana przez ludzi „naprutych winem i palących jakieś zioła”. Ale nie zgadzam się również z licznymi wypowiedziami ojca Rydzyka, a mimo to je toleruję, bo jestem demokratą. „Nie zgadzam się z tym, co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć.” Tymi słowami całą myśl Woltera, jednego z twórców liberalizmu politycznego, sparafrazowała jego biografka Evelyn Hall.



Ojca Rydzyka można oskarżyć o homofobię, antysemityzm, ksenofobię i obrazę najważniejszych osób w państwie. Przytoczmy tylko jeden z licznych cytatów: „[W bajce] „Teletubbies” (…) występuje postać o imieniu Tinky Winky. Postać ta jest wyraźnym symbolem zboczenia, jakim jest gejostwo. Po pierwsze jest różowa, kolor geji, po drugie ma na głowie antenkę w kształcie trójkąta, a to przecież ich symbol. Po trzecie, nosi coś w rodzaju torebki, jak reszta tych zboczeńców.”

Teoretycznie za sianie nienawiści na tle politycznym, rasowym bądź wyznaniowym kodeks karny przewiduje karę grzywny oraz do dwóch lat pozbawienia wolności, ale oczywiście w imieniu wolności słowa ojca Rydzyka za żadną z jego wypowiedzi nie skazano.

Dyskusja nie powinna dotyczyć słów Dody, które były niefortunne, i kary 5000 zł, które nie stanowią dużej kwoty dla piosenkarki. Pytanie brzmi: czego w Polsce nie wolno mówić? Dlaczego księża mogą wypowiadać bezkarnie swoje kontrowersyjne tezy, a osoby o poglądach antyklerykalnych nie? Jak widać w Polsce są równi i równiejsi. Kościół katolicki nadal ma znaczącą pozycję w Polsce i jego przedstawiciele są objęci immunitetem, który czyni, że ich ograniczenia wolności słowa nie dotyczą.

Tak naprawdę rozwiązania są dwa. Pierwszym jest jednakowe traktowanie wszystkich, którzy obrażają uczucia religijne osób o każdym wyznaniu, a nie tylko katolickim. Ciężko by było jednak wyśledzić wszystkich tych, którzy poprzez swoje antysemickie wypowiedzi urazili Żydów. Musiałoby powstać całe Ministerstwo obrazy uczuć religijnych mniejszości żydowskiej. Ale, cóż, może jest to rozwiązanie na załatanie dziury budżetowej? Dobrze przygotowany biznesplan pozwoliłby czerpać zyski z tysięcy grzywien, których łączna suma na pewno przekroczyłaby koszty utrzymania biurokratycznej instytucji.

Należy sobie również zadać pytanie o sensowności karania za publiczne znieważenie głowy państwa. Okazuje się bowiem, że 27-letniego zwykłego obywatela Marka Witoszka można było skazać za obrazę Lecha Kaczyńskiego, a byłego prezydenta Lecha Wałęsy czy posłów Stefana Niesiołowskiego i Janusza Palikota już nie. Gdzie kończy się wolność słowa, a gdzie zaczyna znieważenie głowy państwa? Bardzo trudno odpowiedzieć na to pytanie.

Dlatego skłaniałbym się ku drugiemu rozwiązaniu jakim jest zlikwidowanie przepisów o obrazie uczuć religijnych i zniesławieniu głowy państwa. Jedną z podstawowych zasad chrześcijaństwa jest nastawianie drugiego policzka oraz przebaczanie. Nie powinni więc się przejmować niemądrymi słowami, jakie wypowiedziała Dorota Rabczewska. Tak samo kandydat na prezydenta RP powinien liczyć się z tym, że będzie spotykał się ze słowami ostrej, brutalnej, a nawet wulgarnej krytyki. I myślę, że ma poważniejsze rzeczy na głowie niż procesowanie się z obywatelami o słowa, które wszyscy zapomną.

Czy w Polsce obowiązuje cenzura religijna? Nie przesadzajmy. Słowa Dody nie świadczą o przywiązaniu do jakiejkolwiek religii. Po prostu po raz kolejny chciała zaistnieć na medialnej scenie.
Trwa ładowanie komentarzy...