Była pracownica TVP musi zapłacić stacji fortunę za to, że pracowała na umowę o dzieło i po zwolnieniu poszła do sądu. Jacek Kurski nie chce umorzyć jej odsetek i kosztów sądowych.
Była pracownica TVP musi zapłacić stacji fortunę za to, że pracowała na umowę o dzieło i po zwolnieniu poszła do sądu. Jacek Kurski nie chce umorzyć jej odsetek i kosztów sądowych. Fot. Przemek Wierzchowski / AG

Ewa była pracownicą telewizji publicznej przez 9 lat - najpierw na podstawie umowy o dzieło, potem dostała umowę o pracę. Zwolniona zdecydowała się walczyć o uznanie, że w czasie gdy nie miała tej ostatniej, pracowała jak koledzy na etacie. Najpierw sąd przyznał jej rację, po apelacji Ewa musi zapłacić 68 tys. zł TVP. Ta historia jest przestrogą dla wszystkich pracujących na "śmieciówkach".

REKLAMA
– Tak samo byłam wpisywana w grafik, nie mogłam nie przyjść do pracy. Różnica była taka, że na umowie o dzieło nie miałam stałej pensji, prawa do zwolnienia lekarskiego ani płatnego urlopu. Na macierzyńskim siedziałam bez grosza – opowiada "Gazecie Wyborczej" była dziennikarka TVP.
Po tym jak telewizja ją zwolniła, poszła do sądu. Ten nie miał wątpliwości, że kobiecie należał się etat w czasie, gdy go nie miała. To było w 2011 r., w 2010 Ewa straciła pracę w TVP. Telewizja, zgodnie z wyrokiem, musiała uiścić zaległe składki ZUS - łącznie w wysokości 80 tys. zł, co zrobiła latem 2012 r. A następnie zażądała zwrotu tych pieniędzy. Bo według TVP Ewa wzbogaciła się na składkach.
Najpierw dziennikarka otrzymała PIT, w którym składki potraktowano jako jej dochód. Kobieta zapłaciła kilkanaście tysięcy złotych. Oddania reszty odmówiła, więc znów spotkała się z byłym pracodawcą w sądzie. Początkowo był po jej stronie - nie zarabiała na "śmieciówce" więcej niż osoby na etacie i że to telewizja zawiniła. Po apelacji sąd uchylił wyrok I instancji i wymusił na byłej dziennikarce oddanie TVP 68 tys. zł. Ale że częściowo składki są przedawnione, ostateczna kwota jest trochę mniejsza (74 raty po ok. 1 tys. zł), choć stanowi połowie obecnego wynagrodzenia Ewy.
– To paranoja – komentuje wyrok Ewa, której przyjdzie jeszcze uiścić odsetki i koszty sądowe. Telewizja, jak stwierdził sąd, nie wiedziała, że zatrudnianie dziennikarki będzie wiązało się z takimi pieniędzmi i w innym wypadku płaciłaby jej mniej. – Przez dziewięć lat byłam oszukiwana przez pracodawcę. Gdybym wiedziała, jak się to skończy, w życiu bym się nie procesowała. Na oczy nie widziałam tych pieniędzy, które muszę teraz oddać – mówi "Wyborczej" była pracownica telewizji.
W związku z problemami finansowymi Ewa poprosiła prezesa TVP o umorzenie odsetek i kosztów sądowych. Odpowiedzi się nie doczekała. – Moje pismo zostało przekierowane do oddziału TVP w Poznaniu, w którym pracowałam. Z adnotacją, że prośba została odrzucona. Przez te procesy po opłaceniu rachunków zostaje nam z córkami na życie 500 zł – opowiada. O reakcję upomniała się "Wyborcza", a biuro prasowe wyjaśniło, że "Telewizja Polska jest spółką dysponującą środkami publicznymi i jako taka nie powinna dowolnie umarzać lub zwalniać z długu dłużników spółki, zwłaszcza że dług ten wynika z prawomocnego wyroku sądu".

źródło: wyborcza.pl

Napisz do autorki: karolina.blaszkiewicz@natemat.pl