Samobójca "ożył" i kazał nam wypier***ć. Śmieszno-straszne kulisy pracy ratownika medycznego

Praca ratownika bywa zabawna i niebezpieczna. Przede wszystkim jest jednak ciężka
Praca ratownika bywa zabawna i niebezpieczna. Przede wszystkim jest jednak ciężka Fot. Dariusz Borowicz / Agencja Gazeta
Trzech pijaczków wzywa karetkę. Na miejscu chłop mówi "panie, on nieprzytomny". No to pytamy jak on nieprzytomny, skoro stoi i rozmawia z nami. "Jaki on przytomny, jak wódkę do zlewu wylewa?” – pada w odpowiedzi. Idiotyczne wezwania to codzienność załogi karetki. Paweł, 30-letni ratownik medyczny z kilkudziesięciotysięcznego miasta w Polsce, przekonuje jednak, że w pracy nie zawsze jest zabawnie. Zdarza się, że pacjenci mierzą do nich z broni palnej.

Paweł jest ratownikiem od ośmiu lat. Historiami o pracy w rozmowie ze mną sypie z rękawa bez żadnych trudności. Niektóre z nich bawią, w inne wręcz ciężko uwierzyć.

Drugie życie wisielca
Kiedy pytam go o jedną z najdziwniejszych rzeczy, które go spotkały w pracy, od razu wspomina historię dwudziestokilkuletniego wisielca.

– Mieliśmy wezwanie do chłopaczka, który powiesił się w stodole. Przyjechaliśmy z całym sprzętem do reanimacji, bo poinformowano nas, że wisiał, został odcięty, jest nieprzytomny. Na miejscu okazało się, że żyje. Co więcej, każe nam wypier***ać – wspomina Paweł. Po tym, jak odcięła go babcia, odzyskał przytomność.

Poszkodowany nie dał się nawet zbadać. – Chłopak chwycił za widły i zaczął nas ganiać dookoła stawu. A konkretnie, doktora – opowiada.

Czasami robią za strażaków
– Kobieta zasłabła i utknęła w wannie – mówi dalej Paweł. – Po przyjeździe okazało się, że jest naga i słusznych rozmiarów. Przysnęła, a w międzyczasie trochę wody wyparowało i "trochę ją wciągło". Musieliśmy polać ją olejem, żeby wyciągnąć. Trzech facetów się tym zajmowało – opowiada i nie ukrywa, że to było zajęcie raczej dla straży pożarnej.

Z nagimi ludźmi w pracy ratownicy medyczni "spotykają się" częściej. Paweł wspomina historię pary, która nie mogła przerwać stosunku. – Skleszczyli się. Dziewczyna miała skurcz mięśni, a partner nie mógł wyjąć penisa. Podaliśmy leki rozkurczowe (zastrzykiem – red.), chwilę trzeba było poczekać, mięśnie się rozluźniły i chłopak się uwolnił – opowiada Paweł.
Starą anegdotą wśród jego kolegów jest 19-latek, który zadzwonił i wezwał szybko karetkę z powodu urazu ręki. – Jechaliśmy na sygnale, a na miejscu okazało się, że kroił chleb i skaleczył się w palec. Ale dosłownie opuszek. Wielka tragedia, a on się w internecie naczytał, że ręka mu może odpaść.

Innym razem wezwano go do porodu. – Facet lata po podwórku spanikowany, nie wie co się dzieje. Wchodzimy do domu, a tam stoi kobieta, zakłada sobie buty, pępowina zwisa, łożysko jeszcze się nie urodziło, a babcia z tyłu trzyma dziecko zawinięte w ręcznik. I tak mama się szykuje w rozkroku z wiszącą pępowiną do wyjścia.

Hasło, na które przyjedzie każda karetka
W ostatnich latach według Pawła bardzo popularne stały się wezwania do "zaburzeń psychicznych". Zaburzeń, których oczywiście najczęściej nie ma – choć patrząc na powody, dla których niektórzy dzwonią pod 112, można by się nad tym poważnie zastanowić.
Paweł

Mieliśmy wezwanie do zaburzeń psychicznych. Otwiera chłop, w kuchni siedzi kobieta. Ma talerz pełen kotletów mielonych, takich ciepłych, i nimi rzuca raz w nas, raz w niego. Okazało się, że żona się po prostu zdenerwowała, więc jej mąż wezwał pogotowie z powodu zaburzeń psychicznych.

– Kolejne wezwanie do zaburzeń psychicznych. Dzwoniący miał choinkę, która przeszkadzała sąsiadowi. Ten żalił się, że drzewko przysłania mu okno i do domu nie wpada światło. W końcu złapał za piłę, poszedł do ogródka sąsiada i wyciął choinkę. Facet, któremu wycięto choinkę, zamiast zadzwonić po policję, wezwał pogotowie.

Pogotowie to nie taksówka
Z doświadczeń Pawła wynika, że aż 80 proc. wezwań nie ma uzasadnienia. – Tak jak ten rozcięty palec. Albo pani dostała skierowanie do szpitala od lekarza rodzinnego i czeka do osiemnastej, żeby już nie miała możliwości transportu. I wtedy dzwoni po karetkę i prosi, żeby ją zawieźć. I my musimy do niej pojechać. Takich przypadków jest dużo – mówi Paweł.

Mimo to, osób, które nadużywają pomocy pogotowia, nie można w żaden sposób obciążyć kosztami np. dojazdu do pacjenta. – Uważam, że powinni płacić – mówi stanowczo.

Z drugiej strony ludzie sobie nie zdają sprawy, że załoga karetki, nawet jeśli już dojedzie do chorego, wcale nie musi go zabierać. – Zrobiliśmy jej badania. Ponieważ nie było zagrożenia życia, powiedzieliśmy kobiecie "proszę taksóweczkę wziąć i jechać" – opowiada Paweł.
Paweł

Innym razem dzwoni do nas kobieta i mówi, że jej sąsiadka miała bóle w klatce piersiowej, a teraz jest nieprzytomna. Jedziemy niebezpiecznie na sygnale, na miejscu okazuje się, że to starsza pani z bólami brzucha. Sąsiadka przyznała, że nam nagadała głupot, bo wiedziała, że tak szybciej przyjedziemy.

– Za takie rzeczy powinny być kary. Niby są przepisy, że możemy wezwać policję, ale wtedy musimy na nią czekać. A oni też nie chcą za bardzo wystawiać mandatów, bo od razu jest rozprawa w sądzie, potem często muszą tę osobę doprowadzać na rozprawę. To dla nich dużo roboty, odpuszczają sobie. Tak to nasze prawo jest egzekwowane – wyjaśnia.

Latające mielone to najmniejsze zagrożenie
Praca ratownika medycznego jest również niebezpieczna – i wcale nie chodzi o szybką jazdę po ulicach.

– Kolega opowiadał, że wchodzili (ratownicy – red.) do domu, to szklanka poleciała i rozbiła się o futrynę przed nimi. Prawie dostał w głowę. Raz chłop trzymał siekierę pod kanapą, innym razem pobili dwóch kolegów, bo pacjenci byli pijani i agresywni. Różnie bywa – opowiada.

Pewnego razu jego koledzy przewozili kobietę po dopalaczach. – Jak się trafi ktoś po narkotykach czy dopalaczach, to ciężko się dogadać. Rozwaliła defibrylator warty 50 tys., bo zaczęła szaleć w karetce. Dopiero policja ją skuła – mówi Paweł.

I choć kiedy ratownicy wiedzą, że jadą do niebezpiecznego pacjenta, zawsze proszą o wsparcie funkcjonariuszy służb porządkowych, nie zawsze da się przewidzieć każdą sytuację. – Ostatnio chłopaki jechali do schizofrenika, była z nami policja i niby go przeszukała. Facet w karetce wyciągnął nagle nóż stołowy, ostrze 20 cm. I się śmieje, że ma jeszcze nóż. Ale oddał. Innym razem facet wyciągnął pistolet i zaczął mierzyć do ratownika. Ale na szczęście trafił na starą wygę, ugadał go delikatnie, powoli, oddał mu broń. Jakby trafił na narwańca, różnie mogłoby się to skończyć – kwituje..

Napisz do autora: piotr.rodzik@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...