Do niedawna czuł się związany z krajem – ma dość. Właśnie zamyka agencję reklamową i buduje polską wioskę na Filipinach

Do niedawna czuł się związany z krajem – ma dość. Właśnie zamyka agencję reklamową i buduje polską wioskę na Filipinach
Do niedawna czuł się związany z krajem – ma dość. Właśnie zamyka agencję reklamową i buduje polską wioskę na Filipinach Fot. T. Kosiński / Archiwum własne
Arkadia – fikcyjna kraina, uważana za miejsce wiecznego szczęścia. Nieprzypadkowo taką właśnie nazwę będzie miała wioska na Filipinach, którą wybuduje Tomasz Kosiński. Niedawno wygasił działającą od kilkunastu lat firmę w Polsce, tydzień temu kupił bilety i z całą rodziną przeprowadza się na Filipiny. W Arkadii, która powstanie na Palavanie wybuduje wraz z kolegą domki dla Polaków – od 15 tys. zł za sztukę.

To, co właśnie robicie, to nie są zwykłe wakacje. Jaki jest plan?


Tomasz Kosiński: Chcemy wybudować na Filipinach miniresort. Dla siebie, dla znajomych i dla osób, które uważają, że to jest fajny pomysł.

To jest fajny pomysł. Jak na niego wpadłeś?

Zawsze dużo podróżowałem. Od kilku lat mam swój klub podróżniczy. Zwiedziłem ponad sto krajów. Głównie dzięki temu, że mam pewną niezależność finansową. Prowadzę firmę marketingową od 17 lat, więc mogę sobie udzielać urlopów, kiedy chcę.

Skoro widziałeś pół świata, to dlaczego stawiasz właśnie na Filipiny?

Ujęły mnie klimaty azjatyckie. Dzikie plaże, bardzo dobre jedzenie, przyjemna pogoda. Trzy lata temu podróżowałem po Indochinach, gdzie spotkałem wielu expatów. Dla mnie jednak wówczas wyprowadzka z Polski była czymś abstrakcyjnym. Czułem się mocno związany z krajem, a nawet z regionem z którego pochodzę.

Co to za region?

Mieszkam w Kielcach. Nieduże miasto, przyjemne. Prowadzę też fundację, która zajmuje się promocją lokalnej kultury. Do niedawna uważałem, że nasz region jest "zielony", ale odkąd pojawiły się komunikaty o smogu i zagrożeniu życia, coraz częściej przychodziły myśli, że może jednak gdzieś indziej na Ziemi jest przyjemniej.
I to jest główny powód wyprowadzki na Filipiny?

Nie do końca. Głównie chodzi o czystszą mentalność i psychikę. Na Filipinach można oderwać się od wyścigu szczurów, stresu, narzekania i medialnego chaosu. Koło nas jest pełno negatywnych informacji, które zatruwają nam życie. Podobnie jak chemiczne jedzenie i chlorowana woda.

A jak trafiłeś na Filipiny po raz pierwszy?

Podróżowałem akurat do Australii, a na Filipinach miałem stop over. Przed wyjazdem zacząłem czytać o tym miejscu, aby wiedzieć, co warto zobaczyć. Trafiłem na blog prowadzony przez Polaków, którzy tam mieszkają. Pojechałem do nich, by pogadać, jak im się żyje.

Masz na myśli "Ucieczkę do raju"? Też u nich byłem.

Tak, była to dla mnie inspiracja, ale oni już nie działają razem. Dzięki nim zobaczyłem, jak fajnie można sobie ułożyć życie. Niby nic wielkiego, ale uważam, że to naprawdę odważni goście. Ja zawsze uczestniczyłem w gonitwie za pieniędzmi. Fakt, że mogłem sobie pozwolić na wyjazdy, ale to nie było to. Zawsze czekał mnie dzień powrotu. A powrót do kraju był dla mnie coraz trudniejszy, bo dostrzegałem problemy, które często sami sobie stwarzamy.

Kiedy zapadła decyzja o wyjeździe?

Najpierw powiedziałem swojemu przyjacielowi, Gerardowi, że musi to zobaczyć. Pojechaliśmy tam w listopadzie ubiegłego roku. Zrobiliśmy rekonesans wśród Polaków, a jest ich tam wielu. Chcieliśmy upewnić się, czy Filipiny to kraj dla nas, czy możemy się tam przeprowadzić i wiązać z tym miejscem swoją przyszłość. Trafiliśmy między innymi na popularny wśród turystów Palavan. Bałem się zatrzęsienia turystów, ale miło się zaskoczyłem, dlatego swoje plany związałem właśnie z Palavanem.
To był wasz "raj".

Dokładnie. Zaczęliśmy szukać miejscowych gospodarzy, którzy mieliby do sprzedania działki. Niestety, cudzoziemcy nie mogą tam kupić ziemi, ale można założyć firmę, która ją kupi. Warunkiem jest, żeby większościowe udziały należały do Filipińczyków. Ale można takie działki wziąć w wieloletnią dzierżawę.

Udało się znaleźć ciekawe miejsce?

Tak, znaleźliśmy nawet kilka działek. Filipińczycy nie są za bardzo chętni do takich transakcji, ale pieniądze ich kuszą.

Kilka działek, dlatego że nie chcecie tam mieszkać sami.

Owszem, gdy wróciliśmy do Polski, zaczęliśmy rozmawiać ze znajomymi. A oni stwierdzili, że to fajna sprawa i że też chcą takie domy. Poprosili, abyśmy przy okazji budowy swoich domów, wybudowali też dla nich. Poprosili o wyceny. Gerard ma w Polsce firmę budowlaną, dlatego nie będzie problemu w zbudowaniu domków z lokalnych materiałów.

Drogo wyszło?

Od 15 tys. zł za mały domek letniskowy, czyli właściwie "po kosztach". Gdy właściciele będą chcieli, będą sobie w tych domkach mieszkać. A jeśli nie, zawsze można je wynajmować. Chodzi o to, aby zwróciły się koszty budowy tego domku. Koledzy i znajomi zamówili jak do tej pory 9 takich domków.
Sporo. To już mała polska wioska na Filipinach.

No tak, razem z naszymi dwoma, to już 11 domków. Dlatego stwierdziliśmy, że trzeba to jednak ugryźć formalnie. Znaleźliśmy prawnika, który pomoże nam z formalną sprzedażą. Mamy też doradców obrotu nieruchomościami. Jesteśmy już praktycznie gotowi do wylotu – dwa dni temu kupiłem bilety na 7 marca dla naszych rodzin.

No dobrze, wylądujecie na Palavanie i co dalej?

Przyjeżdżamy, oglądamy działki, wybieramy jedną, może dwie, bierzemy w dzierżawę i w kwietniu rozpoczynamy budowę. Jednocześnie zaczynamy procedury otwarcia firmy na Filipinach. Do spółki wejdzie z nami żona pewnego Polaka, która jest Filipinką. Do końca czerwca chcemy podpisać umowy na domki. Przy czym warto zaznaczyć, że nie są to nieruchomości, bo domki nie będą na stałe związane z gruntem, którego nie możemy sprzedawać. Organizujemy spotkania w tej sprawie przed wyjazdem, aby ludzie mogli nas bliżej poznać.

A nie boisz się, że Filipinka was oszuka? Różnie bywa w biznesach.

Jak ktoś ma udziały, to nie znaczy, że rządzi w firmie. Ja też jestem prezesem kilku podmiotów w Polsce, więc wiem jak to działa. My będziemy współpracować m.in. z Filipinką, która wyszła za Polaka, co też się może przydać w kontaktach lokalnych. On jest tam od kilku lat, mają dzieci i swój biznes. To ryzyko jest niewielkie. Ważne, że to ja będę prezesem i bez mojego podpisu nic nie zrobią. Filipińczyk musi być w zarządzie, ale nie musi być prezesem. Nawet gdyby chcieli mnie odwołać na walnym zgromadzeniu udziałowców i powołać swojego prezesa, istnieją inne sposoby zabezpieczania się – choćby wekslami.

Kim są ludzie, którzy chcą z wami wybudować "Arkadię" na Filipinach?

Głównie nasi znajomych i ich znajomi. Jedni chcą taki domek dla siebie, a inni na wynajem dla turystów. Wśród chętnych na domki są na przykład członkowie grupy kitesurferów, którzy jeżdżą po świecie. Taki domek kosztuje tyle, co jeden ich wyjazd... Nawet jak przyjadą raz w roku i być może uda się go komuś wynająć, to im się to będzie kalkulować.
Ludzie się nie boją takiej inwestycji? Filipiny to nie działka pod Grójcem, leżą jakieś 10 tys. kilometrów stąd.

Niektórzy się boją, bo to wydaje się zbyt piękne, aby było prawdziwe. Trochę zaczęło nas już nawet męczyć tłumaczenie wszystkiego. Na przykład tego, dlaczego nie mogą kupić domku z ziemią. Ale tam po prostu są takie przepisy. Pytają o akty notarialne, a one nie są potrzebne, bo nasze domki nie są nieruchomością. Będziemy je sprzedawać na podstawie zwykłej umowy kupna sprzedaży. Musimy się jednak dostosować do miejscowych przepisów i tam płacić podatki.

A Wy z czego będziecie tam żyli?

Nie jedziemy tam robić jakichś wielkich biznesów. Przeciwnie, chcemy odpocząć od tego, co było w Polsce, a nie wchodzić z tego systemu w inny system. Z czegoś trzeba będzie tam żyć, ale na miejscu zobaczymy, jak to będzie. Liczę, że tam będę żył według czasu filipińskiego... więcej relaksu, niż pracy. Oprócz obsługi gości w domkach na wynajem, chcemy mieć swoją łódkę i organizować rejsy po rajskich wysepkach, a także oferować wycieczki lokalne, prowadzić bar przy plaży i być może bazę nurkową, co jest moim marzeniem, z którego robię kolejny cel.

Co na to dalsza rodzina?

Ci, którzy zostają, czyli brat, mama, czy nawet sąsiedzi, ciągle pytają o nasz wyjazd. Niektórzy mówią, że zwariowaliśmy, bo tam są tajfuny, choroby, terroryści. A prawda jest taka, że my Polacy wiemy tyle o Filipinach, co Filipińczycy o nas. To kraj katolicki, islamistów jest tam tylko 3% i są skupienie tylko na jednej z ponad 7000 wysp. Palavan jest najmniej narażony na tajfuny, które w najgorszym wypadku osiągają taką moc jak coroczne sztormy nad Bałtykiem czy halny w górach. A jeśli chodzi o choroby to akurat tradycyjna medycyna filipińska jest na bardzo wysokim poziomie, a z opieką zdrowotną nie ma takich problemów jak u nas, że trzeba czekać miesiącami do specjalisty od bolącego kolana. Jak masz pieniądze, tak jak u nas w kraju, to idziesz prywatnie i po bólu. Należy też pamiętać, że w Polsce każdej zimy ogłaszane są alarmy epidemii grypy, więc żyjemy w kraju o wysokim zagrożeniu chorobowym i wiele osób nie chciałoby choćby z tego powodu w nim mieszkać na dłużej.
Te pytania wydają po części zrozumiałe... Tomku, zdradzisz, ile masz lat?

46 lat, więc wiekowo nie jestem jakimś młodym człowiekiem, ale według mnie młodość to przede wszystkim stan umysłu.

Czyli gonienie króliczka w korpo masz za sobą.

Jak przekroczysz czterdziestkę, osiągasz taki wiek, że wiesz już czego dokonałeś. Uważa się, że jak czegoś nie zrobiłeś do tej pory, to już ci się raczej nie uda. Zawodowo i prywatnie swoje już zrobiłem i mam z tego satysfakcję, czas pomyśleć o wcześniejszej emeryturze.

A co z Twoją firmą w Polsce?

Moja firma jest już zawieszona, a Gerard właśnie wygasza swoją działalność.

Czyli nie jedziesz tam, aby pracować zdalnie? Wiele osób tak robi, bo na Filipinach żyje się bardzo tanio.

Nie. Zakładamy firmę tam i mam nadzieję, że będziemy w stanie się utrzymać z naszych pomysłów, o których wcześniej wspominałem.

A twoja firma w Polsce dobrze działała? Czy może wyjeżdżasz też dlatego, że obroty spadają. Pytam, bo dla niektórych Filipiny są ucieczką. Jak by na to nie patrzeć – do raju.

Po studiach zrobiłem bardzo szybko karierę Byłem dyrektorem oddziału dużej firmy ogólnopolskiej. Później urodziło mi się dziecko, wróciłem do Kielc i zacząłem realizować swoje marzenie, jakim była własna agencja reklamowa. Wtedy, po narodzinach córki zmieniłem swoje życie i wziąłem sprawy w swoje ręce. Swoją firmę prowadzę od 1999 roku, kiedy zdecydowałem się odejść z korporacji. Moja agencja dobrze funkcjonowała przez wiele lat, obsługiwałem duże firmy nie tylko Polski, ale i Europy, także z branży turystycznej, min. grupę kilkudziesięciu polskich hoteli Polish Prestige Hotels&Resorts. Jednak z czasem przestało mnie to bawić, zwłaszcza dochodzenie się o zapłatę i bawienie w windykatora własnych należności.
Coś jeszcze wiąże Cie z krajem, oprócz firmy?

Jak podjąłem decyzję o przeprowadzce na Filipiny to zawiesiłem firmę w Polsce, więc praktycznie mnie ona już nie wiąże. Mam jednak dom w Kielcach, niestety w kredycie. To jedna z niewielu rzeczy, których żałuję w życiu, bo wciągnęła mnie w błędne koło systemu uzależnień finansowych.

Z czego będziesz spłacał to mieszkanie? Z domków na Filipinach?

Z wynajmu domu w Polsce. Będzie spłacało się samo, bo czynsz z wynajmu pokryje koszt obsługi kredytu. Zresztą, spotkaliśmy kilka osób na Filipinach, które w ten sposób żyją. Wynajmują mieszkanie w Warszawie, a to wystarcza na pobyt na Filipinach. Za pieniądze z wynajmu w Polsce żyją na dużo wyższym poziomie. W Warszawie musieli pracować, a tu nie.

Czy nie boisz się, że "raj" przestaje być "rajem", gdy w nim zamieszkasz? Miałem takie poczucie będąc na Filipinach. Okazało się, że tam też jest prawdziwe życie, i bardzo realne problemy.

Rzeczywiście są osoby, które pompują rajski balon Filipin. Spotkałem na Filipinach ludzi, którzy sami są ofiarą tego mitu. Nie wszystkim się tam tak dobrze wiedzie, jak początkowo planowali. Pojawiają się problemy, wielkie projekty nie wychodzą. Wiele osób tam trafia pod wpływem impulsu i na zasadzie, że jakoś to będzie. W końcu to "raj". Życie, które niektórzy tam prowadzą może się podobać nastolatkom, którzy zawsze jak im coś nie wypali, albo się znudzi mogą spakować plecak i wrócić do Polski czy pojechać gdzie indziej. Nam chodzi o coś innego i po to robiliśmy rekonesans na Filipinach, by ocenić czy możemy tam pojechać na dłużej, a nie tylko na jakiś czas w poszukiwaniu przygody. Nasza ocena sytuacji na miejscu wyszła na plus i jedziemy tam za miesiąc z rodzinami, ja między innymi z 3 letnim synkiem.
Każdy inaczej widzi raj.

Sam pracowałem w mediach i dziennikarstwie od kilkunastu lat. Umiem sprzedawać marzenia, ale właśnie dlatego na pewne rzeczy się nie nabiorę. Może dlatego teraz, gdy opowiadam o Arkadii i Filipinach jestem szczery do bólu. Nie sprzedajemy idealnego raju tylko nowy pomysł na siebie, spokojną przystań, gdzieś w przyjaznych klimatach. Widziałem, jak ludzie potrafią tam żyć. Wielu Europejczyków tam siedzi, pije i imprezuje. To jest fajne na tydzień dwa, ale jak zostajesz na dłużej, to musisz robić coś więcej.

Jakie plany mają ludzie, którzy chcą zamieszkać w waszej Arkadii?

80 proc. tych osób na razie nie jest gotowa na przeprowadzkę, ale chcą w tym uczestniczyć. Znają nas i wiedzą, że skoro się na to zdecydowaliśmy, to nie jest głupi pomysł. Nie jest to dla nich też duży wydatek. Podstawą jest, aby mieć cel, a nie marzenia. One też są fajne, ale tylko na pewnym etapie. Trzeba zadawać pytania: co, z kim za ile i po co. My to zrobiliśmy, dlatego chcemy pociągnąć za sobą też inne osoby. Nie sprzedajemy marzeń, tylko konkretny pomysł. Jednak jesteśmy otwarci na czyjeś pomysły. Czyli jak ktoś chce prowadzić bar przy plaży na naszym ośrodku lub zajmować się masażami to czemu nie. My się na tym nie znamy, a ludziom, którzy będą przyjeżdżać może się to spodobać.
Dobrze, a co z resztą zainteresowanych?

Chcą mieć domek, do którego będą mogli przyjechać, a także wynajmować go swoim znajomym i turystom. Nie traktują tego tylko jako inwestycję, ale coś, co przynosi wiele korzyści. Ciekawe jest to, że część osób chce mieć taki domek, aby mieć poczucie bezpieczeństwa. Mówią: wiesz Tomek, co się dzieje w Europie. Chcą mieć bezpieczną przystań, do której można dolecieć, jakby na coś złego zanosiło się w naszym kraju. Wysiadają w Manili i jadą do siebie. Dla nich, ten domek może nawet cały rok stać pusty i na nich czekać.

Czyli to taki bunkier na czas wojny.

W pewnym sensie tak też niektórzy to traktują. Nawet o tym nie myśleliśmy w podobny sposób, ale teraz w rozmowach z ludźmi słychać, że bierze się to pod uwagę. Myślą o dzieciach, o rodzinie. Nie chcą iść na poniewierkę jak ci nieszczęśni uchodźcy, tylko polecieć do swojego.

Co będziesz robił po zbudowaniu Arkadii na Filipinach?

Pewnie poza leżeniem w hamaczku pod palmą z drinkiem będę robić coś więcej. Chciałbym nauczyć synka nurkować i żeglować, no i wychować go w spokojnej i zdrowej atmosferze. Jak dorośnie sam zdecyduje co chce robić i gdzie żyć. Moja starsza córka chce się przenieść do Japonii, więc z Filipin będę miał do niej bliżej niż z Polski. Chcę realizować też swoje pasje podróżnicze i nurkowe, a będąc na Filipinach mogę dużo taniej zwiedzić wschodnią półkulę. Byłem w ponad 100 krajach świata, czas zająć się zwiedzaniem kolejnej setki, jak Polinezja Francuska, Tonga, Fidżi, Pitcarn, Papua Nowa Gwinea. Już dziś mamy też propozycje budowania naszych Arkadii w innych krajach, jak Tajlandia, Wietnam czy Birma. Raczej nie zamierzam się nudzić.

A jak to wszystko się nie uda?

Zawsze mogę wrócić do Polski i robić to co dawniej.

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...