Pojechałem zobaczyć miejsce, do którego jeżdżą w weekendy pracownicy warszawskich korpo. To zupełnie inny świat

Pojechałem sprawdzić miejsce, do którego jeżdżą w weekendy pracownicy warszawskich korpo. To kompletnie inny świat
Pojechałem sprawdzić miejsce, do którego jeżdżą w weekendy pracownicy warszawskich korpo. To kompletnie inny świat
Kilka tygodni temu usłyszałem o miejscu, do którego w weekendy jeżdżą moi warszawscy znajomi. Ludzie, którzy mogliby co weekend leżeć w SPA, bo zarabiają naprawdę dobre pieniądze. Ale zamiast przerzucać stal w klubach fitness, biegać czy leżeć w jacuzzi, wsiadają w swoje wypasione samochody i jadą do małej wsi w Puszczy Mariańskiej, aby znowu poczuć, że coś od nich w życiu zależy.

Sobota, godzina dziesiąta rano. Parking w Korabiewicach w powiecie żyrardowskim powoli zapełnia się. Jak co tydzień pojawiło się wiele samochodów, a zdecydowana większość z nich jest na warszawskich rejestracjach. Nie zawsze jest ich tak dużo – o frekwencji decyduje pogoda.
– Przyjeżdżają tu ludzie, którzy chcą mieć wpływ na rzeczywistość kogoś innego. To menadżerowie, specjaliści, marketingowcy, finansiści – mówi Irka Kowalczyk, "człowiek od wszystkiego" w schronisku w Korabiewicach. – Oprócz tego, że pracują w Mordorze, czy innych zagłębiach biznesowych, chcą zrobić coś dobrego. Chcą nadać swojemu życiu trochę sensu, a nie tylko konsumować to, co udało im się zarobić w korporacjach – słyszę od wytatuowanej dziewczyny z różowymi włosami, która dawno uciekła z korpo świata.
Na miejscu dostrzegam Bartka Kozłowskiego. – To nie są klimaty ludzi biednych – żartuje, rozglądając się po parkingu. Przyjechał sam, ale to bez znaczenia, bo na miejscu spotyka znajome twarze. Na co dzień nie chodzi w ubłoconych gumiakach i nie zbiera kup z psich boksów. Można go spotkać w samym sercu Mordoru, w okolicach ul. Postępu. Bartek pracuje w znanej firmie consultingowej i zajmuje się doradztwem w zakresie HR. Dlatego nie mogłem nie zapytać, co go przywiało w te rewiry.



Remedium
Idąc w stronę bramy schroniska Bartek wspomina, jak trafił tu pierwszy raz. On i jego dwóch kolegów dowiedzieli się, że pracujące tu dziewczyny potrzebują pomocy przy noszeniu nowych bud. Nie zastanawiał się, po prostu przyjechał. – Spodziewałem się, że przeżyję tu traumę. Że zobaczę wyjące, zabiedzone psy, trudne warunki... Okazało się, że jest kompletnie inaczej. Są tu fajne psy i fajni ludzie, dlatego zapytałem, czy mogę częściej przyjeżdżać – mówi Bartek. Tak się zaczęło.
Irka Kowalczyk
Pracuje w schronisku Korabiewice

Ci ludzie mogliby jeździć do centrum handlowego, co jest dość popularnym sposobem na spędzanie czasu w weekendy przez warszawiaków, czy ogólnie Polaków. Ale zamiast tego, zbierają błoto z mieszanką innych organicznych rzeczy, które niejednokrotnie mają nawet na twarzy. Wolą to, niż - sorry, że to powiem - bezsensowne łażenie po sklepie.

– Boli mnie, że zostawiam tu tego psa. Ale cieszę się, że tak szybko łapie wszystkie sztuczki, których się uczymy – dodaje Bartek.

Schronisko... przed stresem
Dla mnie pierwszy dzień w schronisku był zaskoczeniem. Nasza praca zaczęła się od przeniesienia kilkudziesięciu wiader i pojemników, które ktoś podarował. Pół godziny później – zadanie numer dwa. Pierwszy raz w życiu poszedłem do stajni, gdzie dostałem widły, którymi musiałem przygotować koniom słomę w boksach i przynieść siano. Po robocie musieliśmy wszystko pozamiatać. Praca u podstaw, podobno poszło mi dobrze. Ale najważniejsze tego dnia było dopiero przede mną.
Był mróz, więc trzeba było porozbijać lód w miskach na wodę. Jej zamarzanie zimą to duży i oczywisty problem, o którym nie miałem pojęcia zanim tu nie trafiłem. To robota dla kilku osób na wiele godzin – codziennie. Ja potraktowałem to jak solidną dawkę crossfitu – za darmo i na powietrzu. Ale wiele osób przyjeżdża tu również po to, aby po pięciu dniach w pracy znaleźć odrobinę normalności i odzyskać wewnętrzną równowagę.

– Kiedy przyjeżdżają do schroniska, ich praca jest bardzo przeliczalna na efekt, który od razu widać. To, że pomalują budę, wyremontują ją, będą uczyli psa odpowiedniego zachowania, aby przygotować go do adopcji, sprawia, że mają na coś realny wpływ. Ich działanie jest realne i wpłynie na czyjeś życie – słyszę od Irki Kowalczyk.
Bartek przyznaje, że schronisko to dla niego inny świat, ale nawet tu odzywają się w nim przyzwyczajenia z korpo. – Gdy trafiłem do Korabek, od razu chciałem dostać psa do szkolenia, na już, na teraz. Dziewczyny ze schroniska tłumaczyły, że na to potrzeba czasu. Zdałem sobie sprawę, że mam nawyki z Mordoru, gdzie muszę wszystko "szybko" i "więcej" by zaliczać kolejne cele – mówi opiekun Rolanda.
Bartek Kozłowski
Pracownik firmy consultingowej

Gdy rozbijasz lód w psiej misce, przewartościowujesz sobie różne rzeczy. Dzięki temu mniej stresujesz się w pracy, bo coś, co ci się wydawało problemem, w momencie gdy jesteś w schronisku przestaje być tak ważne. W Korabiewicach wracasz do podstaw, ocieplasz budę psu... Starasz się ją jakoś przykryć, żeby pies wytrzymał na mrozie...

Gość na traktorze, to Wojtek Konferowicz. Jest jednym z założycieli słynnej Charlotte w Warszawie, a dziś jest dyrektorem sprzedaży i marketingu w firmie deweloperskiej. Jego codzienność to liczne spotkania, praca na wysokich obrotach, zarządzanie zespołami ludzi. W Korabiewicach jest drugi raz. Pierwszy raz, by adoptować swojego psa Bojkę, a drugi już jako wolontariusz.
Wojtek jakiś czas temu wziął psa ze schroniska, przez co stał się bardziej wrażliwy również na inne zwierzęta. – Wcześniej nigdy nie pomagałem tak dużej liczbie zwierząt – mówi. Obcowanie z psami, które mają za sobą trudne historie, jest dla niego przeżyciem. Przyjeżdża, bo wstydzi się za to, że te psy tu są. Za to, że ktoś z głupoty próżności czy z wygody pozbywa się zwierzęcia i nie interesuje się jego dalszym losem. – Nie wyobrażam sobie tego – mówi marketingowiec.
Wojtek Konferowicz
Marketingowiec, sprzedawca

Często wydajemy kilkaset złotych, na durne wyjście do klubu, aby się schlać, później przez dwa dni umierać a w poniedziałek opowiadać w pracy, ile to się wypiło i jaką dupę wyrwało. A można mieć naprawdę fajną opowieść po dniu spędzonym w tym miejscu, a pieniądze wpłacić na konto schroniska.

Kolejny wolontariusz, Paweł Aniołkowski też pracuje w warszawskim korpo. Zajmuje się HR-em i na co dzień wspiera działy biznesowe znanych firm. – Pracowałem, w Mordorze, na co dzień w krawacie – mówi. – A tu zapier***am sprzątając gówna – mówi. Bo gdy wchodzisz za bramę schroniska, przestajesz być grzecznym panem w krawacie, stajesz się zadaniowy.

– W naszym schronisku wszyscy są równi. Nawet, jak ktoś jest menadżerem w dużej korporacji, to i tak przyjmuje zasady schroniska. Tu ludzie są na drugim miejscu, najważniejsze są zwierzęta – wtrąca Irka.
Co skłoniło Pawła do przyjazdu w wolny dzień do schroniska? – A można przeklinać? – odpowiada pytaniem na pytanie. – Zmotywowało mnie zwykłe wk***ienie, bo schronisko ma 160 tys.polubień na Facebooku, a jego pracownicy muszą co miesiąc błagać ludzi o pomoc na jego utrzymanie – mówi głosem pełnym emocji.
Pokochaj Nefi

*** DLA CIEBIE TO UDOSTĘPNIENIE DLA NEFI TO SZANSA NA DOM! DAJ JEJ SZANSĘ! ***

Opublikowany przez Schronisko w Korabiewicach Viva na 20 lutego 2017
Gdy Paweł przyjechał do schroniska, najbardziej zdziwiło go, że pracują tam głównie kobiety. – One zapie***lają, noszą ciężkie worki z karmą, rozbijają lód. Stwierdziłem, że po prostu trzeba ruszyć dupę i im pomóc, bo to już nie chodzi tylko o zwierzęta, ale i o ludzi, którzy tam pracują – mówi.
Paweł Aniołkowski
Specjalista HR

Pracuję na co dzień w korporacji. Często słyszę w kuchni narzekania, od kobiet i facetów, że ktoś musiał przejść z tramwaju do biurowca, a jest mokro. A później widzę kobiety pracujące w tym schronisku, które zapieprzają w błocie. Tego nie da się inaczej opisać. Tam trzeba jeździć i pomagać, a nie lajkować.

Paweł nie ukrywa, że po powrocie do domu jest pioruńsko zmęczony, ale i "mega szczęśliwy". Jego zdaniem, jest to świetne miejsce szczególnie dla osób, które są na jakimś zakręcie. – Teraz ciągle jesteśmy zmęczeni, robotą, stresem, bieganiem, ale rzadko kiedy tym, że zrobiliśmy coś dobrego dla kogoś – słyszę od Pawła.
Bo praca... to tylko praca
Irka twierdzi, że ludzie którzy przyjeżdżają pomagać w schronisku, pracę traktują jako coś, dzięki czemu mogą normalnie funkcjonować. Zapłacić czynsz, ubrać się, żyć na poziomie warszawskim. – Schronisko jest dla nich miejscem, w którym zaczynają czuć, że to co robią ma naprawdę sens. Wierzę w to, i wiem to – mówi dziewczyna, która też trafiła tu kiedyś jako wolontariuszka. – Chciałam zrobić coś, co ma sens i da mi poczucie wpływu na życie. Nie chciał pisać w internecie "niech ktoś coś z tym zrobi", tylko uznałam, że muszę zrobić to sama – mówi.

Te słowa potwierdza Karina, Art Director jednego z warszawskich domów mediowych. – Pobyty w schronisku są dla mnie jak psychoterapia, nabieram dystansu do tego co robię na co dzień, pracy, klientów, terminów – mówi, dźwigając ze stodoły słomę do ocieplania psich bud.
– Jestem bardzo emocjonalną osobą, dlatego pierwsze co robię przychodząc do schroniska, to biorę się za prace fizyczne. To powoduje, że nie skupiam się na użalaniu się nad zwierzakami, tylko na doraźnym wykonywaniu zadań – trochę jak w robocie. Dzięki temu nie płaczę – mówi wolontariuszka.
Karina Majchrzak
Art Director jednego z warszawskich domów mediowych

Pracę fizyczną w schronisku traktuję jak trening na świeżym powietrzu. Jak trenowałam crossfit to wyglądało to bardzo podobnie, tyle, że w warszawskim boxie. Tu poza tym, że robię to dla swojego ciała to przy okazji jest z tego pożytek.

I to właśnie kobiety najczęściej przyjeżdżają pomagać. – Jak tu czegoś nie zrobisz, będzie musiała to zrobić któraś z dziewczyn – mówi Paweł, który namawia innych do zaangażowania się w pomoc. – Rekomendowałbym osobom, które mają trochę wolnego czasu i oglądają w weekendy seriale, żeby chociaż raz przejechali się do tego miejsca i zobaczyli, jak wygląda prawdziwe życie. Bo my, w Warszawie żyjemy w jakiejś bańce – mówi Paweł Aniołkowski.

Tutaj przeczytasz artykuł, w którym bohaterowie odpowiadają na hejt internautów.

Jest wiele sposobów na pomoc dla zwierząt w Korabiewicach:

1. Wsparcie finansowe – przelew środków:
Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt - Viva! Oddział Korabiewice
96-330 Puszcza Mariańska
Korabiewice 11
73 1240 1040 1111 0010 6697 7358
Darowizna - nakarm zwierzaka
Przelewy zza granicy:
Bank Pekao S.A.
ul. Czackiego 21/23
00-043, Warszawa, Polska
IBAN: PL73124010401111001066977358
SWIFT: PKOPPLPW
***Uwaga!*** A może przy okazji przelewu na karmę, ustawisz od razu po prostu stały przelew na 2zł:) (dzięki stałemu przelewowi na 2zł zapewniasz...stale pełną michę/paśnik/korytko)?

Można również przekazać 1% podatku (od stycznia do kwietnia)
KRS 0000135274; cel szczegółowy "korabiewice"

2. Zbiórka darów – w pracy, szkole, miejscu zamieszkania.
Przede wszystkim potrzebne są: metalowe miski i garnki, karma
sucha i mokra dla psów i kotów, wszelkie narzędzia budowlane i ogrodnicze

3. Adopcja zwierzęcia
Zachęcamy do kontaktu – pomożemy wybrać dla Ciebie zwierzę najodpowiedniejsze dla doświadczenia w opiece i warunków, którymi dysponujesz

Napisz do autora: krzysztof.majak@natemat.pl

POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...