Dziennikarz "Newsweeka" zatrudnił się jako sanitariusz. Szybko zrozumiał, czemu lekarze sięgają po alkohol i są obojętni

Praca w służbie zdrowia to źródło wielkiego stresu.
Praca w służbie zdrowia to źródło wielkiego stresu. Fot. Jakub Ociepa / Agencja Gazeta
"Opowiem dowcip. Co zrobić, gdy w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym jest kolejka? Lekarz staje na środku i krzyczy: 'Wy-pier...! Wy-pier...'. Ludzie uciekają w popłochu. Zostają tylko ci, którzy nie są w stanie wyjść samodzielnie. I oni są we właściwym miejscu" – pisze w nowym "Newsweeku" Paweł Reszka. Jego relacja pokazuje, jak niewydolna jest polska służba zdrowia, dlaczego jej pracownicy są obojętni na ludzką krzywdę i dlaczego mają problemy z uzależnieniami.

"Zatrudniłem się w szpitalu, bo chciałem zobaczyć, jak system działa od wewnątrz. Podjąłem pracę w dziale higieny i transportu jako sanitariusz – czyli na samym dnie medycznej hierarchii" – przekonuje już na początku Reszka.



Jak wyjaśnia, sanitariusz zarabia najniższą krajową. W efekcie nie jest szanowany – można nie odpowiadać mu "dzień dobry" a pacjenci czasami traktują go jak… konia. Gdy zaczyna pchać ich wózek czy łóżko, krzyczą "Wio!".
Paweł Reszka

Był to też dla mnie eksperyment – chciałem zrozumieć, kiedy system, bezduszny szpital, zabije we mnie empatię. Szybko mnie wyrzucili, gdy zorientowali się, że jestem dziennikarzem, ale zobaczyłem sporo.

Jak tłumaczy Reszka, po zapoznaniu się z warunkami pracy w szpitalu nie jest jednak w stanie winić żadnego z lekarzy, z którymi rozmawiał. "Po wielu godzinach biegania po korytarzach, ciągłego spóźnienia, nieustannych pretensji od pacjentów, pielęgniarek i lekarzy trudno być miłym i empatycznym" – pisze.
Paweł Reszka

Rezydentka onkologii, chyba najbardziej depresyjnego oddziału, opowiadała: Mój mąż zwrócił mi uwagę, że nie ma ze mną kontaktu. Wracam z pracy i siadam jak zombie przed telewizorem. Albo nawet nie przed telewizorem, tylko w kuchni. Siedzę, gapię się w ścianę i na nic już nie mam siły, nie zwracam na nic uwagi. Nawet na moje dziecko, które domaga się jakiejś atencji, bo nie widziało mnie przez tyle godzin. Wiem, ale ja po prostu nie mam siły.

Przywołuje również historię jednego z lekarzy, którego poprosił, aby opowiedział mu coś z czasów, kiedy dopiero rozpoczynał pracę w zawodzie.
"Zaczynałem pracę na oddziale chirurgicznym. Wtedy nie mieliśmy jeszcze tomografu. Dlatego wszyscy pijacy z urazami głowy musieli zostawać na obserwacji. Robiliśmy im zwyczajne prześwietlenie i nie wolno ich było wypuścić do domu. Przywozili ich do nas obsranych, obszczanych, robiących pod siebie, bełkocących. No, ale przecież jesteśmy lekarzami, składaliśmy przysięgę, musimy im pomóc. Obrażali nas, startowali z łapami. Na jednym z pierwszych dyżurów doszło do przykrej sytuacji. Oto młoda pielęgniarka, młody lekarz (czyli ja) i pijak. Pijak ciągle obłapia pielęgniarkę, jest nachalny, a ona nie daje sobie z nim rady. Nagle dziewczyna wybucha: – Odpier… się nareszcie ode mnie! – krzyczy" – relacjonuje historię młodego lekarza. Ten, oburzony jej zachowaniem, stwierdził wtedy: "Jak pani może się w ten sposób zwracać do pacjenta? Nie ma pani prawa!".
Relacja lekarza

Mija kilkanaście lat. Na oddziale chirurgicznym jest dokładnie tak samo. Kupili nam tomograf, ale ciągle przywożą nam pijaków. Wszystkich trzeba zbadać, niektórych zostawić na obserwację. Są tak samo brudni, agresywni, śmierdzą. Niedawno znów nam przywieźli takiego ochlapusa. Była awantura, chciał nas bić, robił pod siebie. Los chciał, że dyżur mieliśmy w tym samym składzie co przed laty. Tamta dziewczyna i ja, lekarz po czterdziestce. Przypomniało mi się tamto zdarzenie z początku naszej pracy.

I wtedy ostatecznie ją przeprosił za to wydarzenie sprzed wielu lat.

Więcej historii o pracy sanitariusza w nowym "Newsweeku".

POLUB NAS NA FACEBOOKU

Trwa ładowanie komentarzy...