Porównywanie policji do ZOMO to szczyt ignorancji. Niektórzy już zapomnieli, jak to wyglądało przed laty

Pacyfikacje ZOMO i sobotnia miesięcznica smoleńska. To jednak całkiem inne wydarzenia.
Pacyfikacje ZOMO i sobotnia miesięcznica smoleńska. To jednak całkiem inne wydarzenia. źródło: screen z youtube.com/ Fot. Przemysław Wierzchowski/Agencja Gazeta
Od sobotniego wieczoru Polska żyje tym, co stało się na Krakowskim Przedmieściu. Najostrzejsze słowa padają pod adresem policji, której funkcjonariusze siłą usuwali demonstrantów i wynosili ich poza trasę przemarszu Jarosława Kaczyńskiego i jego zwolenników. Za te działania policja została okrzyknięta nowym ZOMO. Niektórzy chyba zapomnieli, jak kilkadziesiąt lat temu działały te oddziały.

Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej – od 1956 roku miały za zadanie reagować na sytuacje wyjątkowe i ochraniać imprezy masowe. Do historii jednak przeszły obrazki pałowanych przez ZOMO-wców opozycjonistów i krwawo pacyfikowanych górników. Teraz, według niektórych, historia zatoczyła koło i znów możemy poczuć się jak w czasie strajku w PRL-u.



Wrażenie pogłębia zapewne nagranie, które już stało się symboliczne – Władysława Frasyniuka, legendę opozycji antykomunistycznej, uczestnika Okrągłego Stołu, wynoszonego z Krakowskiego Przedmieścia przez kliku policjantów.
Reszta demonstrantów była kolejno, po jednym wynoszona na sąsiednie ulice. Policja używała także nożyc do cięcia metalu, by rozciąć łańcuchy, którymi przywiązali się do siebie manifestanci. Bardzo dużo użytkowników portali społecznościowych porównuje działania policji obecnej na sobotniej demonstracji do tego, co przez lata robiły oddziały ZOMO.
Jest to tym dziwniejsze, że w ten sposób nie komentują tego ludzie młodzi, którzy ZOMO widzieli tylko na czarno białych zdjęciach i fragmentach Kroniki Filmowej, ale także ci, którzy ówczesnych milicjantów mieli okazję poznać nieco bliżej.
To nie pierwszy już raz, kiedy padają najostrzejsze słowa i określenia, które tracą swój sens i pierwotne znaczenie w politycznej przepychance i chęci zobrzydzenia przeciwnika.
Jeżeli jednak przyjrzeć się zdjęciom i nagraniom z sobotniej interwencji, większość z funkcjonariuszy, która została skierowana do zabezpieczania miesięcznicy, była bardzo młodymi posterunkowymi, którzy od niedawna pełnią służbę i prawdopodobnie był to pierwszy raz kiedy musieli pacyfikować demonstrację. Potwierdza to sam Władysław Frasyniuk, który, paradoksalnie, dosyć ciepło wyrażał się o interweniujących policjantach.
Władysław Frasyniuk

Ja pana strasznie przepraszam, bo ja skończyłem historię, ja o panu wszystko wiem, ja po prostu pana nie rozpoznałem. Bardzo pana przepraszam.

Panie Frasyniuk, ja pana doskonale znam, niech się pan nie boi takich rzeczy[...] Chcę pana dyskretnie wypuścić[...] Nie wiem jak pan Jarek, ale ja na pewno pana lubię.

Oczywiście całość wyglądała brutalnie, ale jak mówią poszkodowani, nie była to taka agresja jak u milicjantów w stanie wojennym.

Kolejny uczestnik protestów w latach 80. Krzysztof Łoziński, który w dzisiejszej rozmowie w Radiu Zet powiedział, że porównywanie dzisiejszych policjantów do milicji obywatelskiej jest nie na miejscu
Krzysztof Łoziński

Porównanie policji do ZOMO? Apeluję do wszystkich kolegów, żebyśmy nie przesadzali. Tego nie można porównywać.

Metody także były inne, bardziej bezpośrednie brutalne.
Krzysztof Łoziński

Nikogo nie uderzono, nie wyjęto ani jednej pałki, nie użyto paralizatora. ZOMO lało pałami. To inna historia .

Jak we wszystkich służbach mundurowych, w ich organizacji najważniejsza jest hierarchia. I to, co działo się w sobotę w Warszawie, wcale nie jest dziełem interweniujących policjantów, ale ich przełożonych. Ktoś wydał polecenie, aby trasę przemarszu otoczyć potężnym kordonem policjantów. Taką dyspozycje wydał zapewne komendant. Komendant, który według hierarchii ma nad sobą przełożonych. A na samej górze jest szef wszystkich szefów, czyli Mariusz Błaszczak, który poprzez swoje polityczne decyzje skazuje młodych funkcjonariuszy na takie postrzeganie. W tej sytuacji na pewno nie pomaga fatalny wizerunek polskiej policji po ostatnich wydarzeniach.

Trzeba też pamiętać, że działali oni zgodnie z prawem. Prawem, które budzi kontrowersje, sprzeciw i co do którego są poważne zastrzeżenia konstytucyjne, ale prawem, które obowiązuje, i którego policjanci są zmuszeni przestrzegać. Bez względu na to, czy się z nim zgadzają, czy nie.

Można oczywiście zapytać, dlaczego nie odmówili wykonania poleceń, jeżeli wiedzieli, że jest to niewłaściwe i szkodliwe działanie. Odpowiedź jest prosta: hierarchia. Policjantowi, który odmówi wykonania polecenia przełożonego grożą kary: od nagany, przez degradację, po zwolnienie dyscyplinarne.

Wydarzenia z sobotniego wieczoru widziała cała Polska, odnotował to też świat. Działania policji wyglądały brutalnie i są kolejną plama na wizerunku polskiej policji. Trzeba jednak pamiętać, że za szaleństwo miesięcznic smoleńskich i to, co się wokół niech dzieje, odpowiadają nie młodzi posterunkowi wykonujący polecenia przełożonych. Winni są politycy, dla których to, co dzieje się co miesiąc przed Pałacem Prezydenckim, jest doskonałym paliwem do partyjnych gier i dzielenia na "nas" i tych "onych".
POLUB NAS NA FACEBOOKU
Trwa ładowanie komentarzy...