Kijowski broni swojej zbiórki. "Tak zwane elity nie od dzisiaj mają ze mną problem"

Mateusz Kijowski uważa za niestosowne, że elity odsyłają go do pracy fizycznej. Sugeruje, że to hipokryzja z ich strony.
Mateusz Kijowski uważa za niestosowne, że elity odsyłają go do pracy fizycznej. Sugeruje, że to hipokryzja z ich strony. fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Ludzie, którzy żyją z propagowania myśli, sztuki, z myślenia, rozmawiania, pisania nie mają chyba dobrego mandatu do wysyłania innych na budowę – tak Mateusz Kijowski, współzałożyciel KOD, odpowiada na krytykę Tomasza Raczka i innych osób publicznych, które negatywnie oceniają to, że zamiast się gdzieś zatrudnić, zdecydował się przyjąć zbiórkę publiczną na swoją rzecz.

Kilka tygodni temu Mateusz Kijowski udzielił wywiadu naTemat. Skarżył się na złą sytuację finansową, która nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb, mówił, że nikt nie chce go zatrudnić w obawie przed zemstą polityczną partii rządzącej. Rozważał emigrację by zarobić na rodzinę.



Oferta pracy
W reakcji na wywiad pracę Kijowskiemu zaproponował łódzki przedsiębiorca. Chciał zatrudnić Kijowskiego w restauracji. Dziennikarze Polsat News wydzwaniali do współzałożyciela KOD z pytaniem, czy przyjmie tę propozycję, jednak bezskutecznie.

"Dotarły do mnie też głosy, że podobno ktoś mi jakąś propozycję pracy przedstawił, ale ja ją odrzuciłem. Nie wiem, w jaki sposób mi tę propozycję składał. Pracowałem w wielu firmach w swoim życiu. Nie zdarzyło mi się, żeby bez osobistego kontaktu można było złożyć jakąkolwiek propozycję pracy. Nie otrzymałem żadnej propozycji to i na nic nie odpowiadałem" – napisał Kijowski. Tłumaczył też, że z powodu alimentów na dzieci i zadłużenia musiałby zarabiać 8 437 zł brutto, by jego długi się nie powiększały.

"Stypendium wolności"
Kijowski przyjął za to ofertę Elżbiety Pawłowicz, która ufundowała dla niego tzw. stypendium wolności – to zbiórka publiczna na jego rzecz. W ciągu kilku dni ludzie wpłacili już ponad 23 tys. zł.
Wywołało to z jednej strony entuzjazm zwolenników Kijowskiego, a z drugiej krytycyzm niektórych osób publicznych, m.in. Tomasza Raczka. "Ta akcja jest ślepą uliczką bo nie wzmacnia charakteru tego, który jest jej podmiotem, tylko traktuje go jak niezaradne dziecko. Zniechęcające" – ocenił Raczek. Ten i inne głosy nie spodobały się Kijowskiemu, który nazywa to próbami wychowywania go. "Być może Pan nie zauważył, ale niebawem skończę 49 lat. To nie jest dobry wiek na wychowywanie. Można się jeszcze wiele nauczyć, ale charakter jest już raczej ukształtowany" – odpowiada mu Kijowski.

Krytyka "salonu"
Zdaniem Mateusza Kijowskiego elity są zadufane w sobie i pozbawione kontaktu z rzeczywistością. "Salon nie ma pamięci. I nie ma wagi Temidy, żeby porównać winy. Ma za to instynkt stadny. I głębokie poczucie o swojej moralnej wyższości. Ile kolejnych klęsk spowodowało to przekonanie o własnej wyższości i mądrości w Polsce? Ile razy społeczeństwo i naród odrzuciły te elity, bo się czuły zapomniane?" – pyta Kijowski.

Jego zdaniem nie czas na pouczanie. "Społeczeństwo nie potrzebuje moralizatorów. Potrzebuje mądrych przewodników, którzy dbają nie tylko o ocenę przeszłości ale i o przyszłość. Potrzebuje ludzi, którzy umieją dać świadectwo, a nie wystawić ocenę. Dać świadectwo swoim zaangażowaniem, a czasem i ofiarą" – pisze Kijowski.

źródło: mateuszkijowski.naczatach.pl
POLUB NAS NA FACEBOOKU
  • ZOBACZ TAKŻE:
  • KOD
Trwa ładowanie komentarzy...