Bierzesz ślub? Jeszcze się nie ciesz – kruczki w umowach na wynajem sali weselnych potrafią zaskoczyć

Ile się czasem trzeba namęczyć, żeby sobie powiedzieć "tak".
Ile się czasem trzeba namęczyć, żeby sobie powiedzieć "tak". Fot. Dawid Chalimoniuk / Agencja Gazeta
Zaręczyny, a potem planowo ślub i długie, piękne życie. Tylko że zanim się to życie zacznie, na dzień dobry można się porządnie wkurzyć. Umowa na wynajem sali weselnej może ostudzić każdy związek. Wszystko przez kruczki, które można w nich znaleźć… lub nie znaleźć, bo pewne fakty wynajmujący potrafią przemilczeć. Co gorsza, takie same kłopoty mogą dotyczyć też zespołu muzycznego czy hotelu, w którym mają nocować goście.

Ewa myślała, że już ma dopięte wszystko na ostatni guzik. Umowa podpisana, goście zaproszeni, noclegi gotowe, catering, alkohol i inne kwestie załatwione. – Kilka tygodni przed weselem podpisywałam aneks do umowy na wynajem sali weselnej – opowiada.

Samą salę zarezerwowała dwa lata przed ślubem. To normalna procedura. Kto organizował wesele bądź miał w rodzinie taką osobę ten wie, że na "rynku" zrobiło się ciasno. Żeby zapewnić sobie miejsce w wymarzonej sali, często trzeba ją rezerwować nawet dwa lata przed czasem. Im bliżej terminu tym gorzej – zazwyczaj dla tych, którzy organizują wesele na ostatnią chwilę, zostają "ochłapy".

– Kiedy "zaklepywałam" sobie salę, nie do końca wiedziałam jeszcze, jak to będzie wyglądać. Liczbę gości znałam tylko orientacyjnie. Dopiero przy aneksie musiałam wszystko sprecyzować – podkreśla. I jakie było jej zaskoczenie, kiedy kierownik lokalu zażądał opłaty za... użytkowanie parkietu. – To nie była jakaś bardzo wysoka kwota w kontekście całej imprezy, ale byłam całkowicie w szoku. Tłumaczyli, że potrzebują takiej opłaty na utrzymanie podłogi. Udało mi się ją obniżyć. Niektórzy pewnie się na to zgadzają – mówi.

Wiecie co to ciąg termiczny?
Brzmi niemożliwie? A jednak. Takie rzeczy się naprawdę zdarzają. Kłopotów z wymaganiami sal weselnych bywa więcej. – Uparliśmy się na tę salę – wspomina Grzegorz, który brał ślub w zeszłym roku. I chyba tylko dlatego, że on i jego żona bardzo chcieli tę salę, w ogóle się na nią zdecydowali.


– Kiedy byliśmy się tylko rozejrzeć, wszystko było wspaniale. Obsługa, zainteresowanie kierownika obiektu, czystość, ogółem miejsce robiło świetne wrażenie. Zarezerwowaliśmy salę i w końcu zdecydowaliśmy się na podpis pod umową. Przysłano ją nam do wglądu trochę wcześniej przed spotkaniem – wspomina.

W umowie nie było większych niespodzianek. Może poza tym, że wynajmujący salę zapewnił sobie, że to on dostarczy jedzenie, ciasto i przede wszystkim tort. Oczywiście za odpowiednia opłatą. – Wytłumaczyli się ciągiem termicznym. Powiedzieli, że to obowiązek – podkreśla.

Ale że czym? Szybki skok do wyszukiwarki internetowej i okazuje się, że ciąg termiczny to ruch powietrza wynikający z różnicy jego temperatury. – W praktyce wmawiali nam, że chodzi o to, aby jedzenie było przechowywane w dobrych warunkach. W lodówkach i tak dalej. Pewność dawały im tylko produkty dostarczone przez... siebie – wspomina.
Pokój ze sprzątaczką w cenie – dosłownie
Na jeszcze inny problem natknęła się Renata. U niej z salą weselną było wszystko w porządku, bo miała ją "po znajomości". Ale tylko to się udało bez nerwów. – Zarezerwowaliśmy tak jakby jeden cały dom noclegowy, ale to było za mało, żeby ugościć wszystkich, więc wybraliśmy jeszcze hotel. W nim zarezerwowaliśmy około 15 pokojów – wspomina.

Ona i narzeczony zapłacili zaliczkę i wszystko było w porządku. Przynajmniej teoretycznie. Jaki błąd mogli popełnić? – Dostaliśmy kwitek świadczący o rezerwacji, ale nie było w nim napisane, ile miejsce zarezerwowaliśmy. Jeszcze miesiąc przed ślubem zajechaliśmy i pytaliśmy, czy wszystko jest okej – wspomina. I wtedy było jeszcze wszystko dobrze. Ale z tygodnia na tydzień było już tylko gorzej.

– Tydzień przed ślubem pojechał jeszcze mój narzeczony. Nagle właściciel zaczął mówić, że ma inne wesele (w swojej sali – red.) i jego goście się obudzili, że potrzebują noclegów. Obiecał, że to jednak można jakoś połączyć.

Nagle dzień przed ślubem okazało się, że część gości... nie ma gdzie spać. – Pojechałam w piątek zapłacić. Właściciel się obruszył, dlaczego nie przyjechałam przed tygodniem. A przecież byłam miesiąc wcześniej, mieliśmy rezerwację, byliśmy umówieni. On stwierdził, że ci, którzy mają u niego wesele, mają pierwszeństwo – wspomina. Ponadto kilka pokojów zarezerwowano na Booking.com i zrobił się problem.

– Kazał mi dzień przed ślubem ograniczyć liczbę gości, którą chcę przenocować w jego obiekcie. Świadkowa się zdenerwowała i zaczęła do niego niemiło mówić, wtedy on odpowiedział, że w takim razie nie mamy w ogóle noclegów. Przeprosiłam i próbowałam się dogadać. Stanęło na tym, że musiałam skrócić listę gości do położenia w tym hotelu o połowę.

Niektórzy nawet nie zdążyli się dowiedzieć, że nie mają tam miejsca do spania. Teoretycznie. – Chrzestna pojechała tam i dopiero na miejscu dowiedziała się, że tam nie będzie nocować – relacjonuje Renata. A przynajmniej... tak miało być. – Przez telefon mi jednak powiedziała, że właściciel ma wolne pokoje i może ją położyć – dodaje. Skąd się wzięły pokoje? Nie wiadomo.

I najlepsze na koniec – kiedy Renata rezerwowała noclegi, jasno określiła, kto ma dostać lepszy pokój, a kto gorszy. Z tego właściciel też się nie wywiązał. – Okazało się, że ci, którzy mieli dostać lepsze pokoje (np. osoby starsze – red.), dostali pokoje ze schowkami dla sprzątaczek. Dzień po weselu od rana się tam kręciły. Nie wiem, czy zrobił to (właściciel – red.) na złość.

Kapela była – tylko inna
Renata miała też problem z zespołem. Jak sama mówi, przygotowania do ślubu zaczęła półtora roku przed uroczystością. To wbrew pozorom późno. – Nie mieliśmy dużego wyboru w orkiestrze. W końcu znaleźliśmy zespół 100 km od naszego miasta. Śpiewali tam chłopak i dziewczyna, zależało nam na ich wokalu – wspomina.

Pół roku przed ślubem Renata musiała wyjechać na cztery miesiące z Polski. – Pewnego dnia weszłam sobie na ich stronę. Okazało się, że zmienili wokalistkę i nas nie poinformowali. Poprosiłam więc męża, żeby zadzwonił. Nie odbierali telefonów – wspomina.
I ten stan trwał bardzo długo. W końcu na miesiąc przed ślubem zadzwonił inny numer – nieznany. Okazało się, że jej wesele zostało... przekazane innej orkiestrze. – Bez słowa. Tamta kapela się rozpadła. Zadzwonili już z nowej.

Trzeba przyznać, że stary zespół w pewnym sensie "wywiązał" się z umowy, bo w razie problemów mieli zapewnić Renacie zastępstwo. Tylko pojawił się inny problem. Po pierwsze, według jej relacji dziewczyna na wokalu zwyczajnie "wyła". – Grali prawie samo disco polo, nie mieli innego repertuaru – dodaje. Tymczasem na jej weselu muzyka miała być różnorodna. A to drobna różnica.

To przykra norma
Takie sytuacje w ogóle nie dziwią Katarzyny Karpińskiej, wedding plannerki z Art of Wedding. – Umowy, które zawierają pary młode z podwykonawcami, są jednostronne. Chronią interes wynajmującego czy obiektu, a w ogóle nie chronią interesów pary młodej. Często znajdziemy w takiej umowie kilka paragrafów o tym, czego para młoda nie może zrobić, ale nigdzie nie jest powiedziane, co może. Nie ma żadnego paragrafu mówiącego o tym, do czego się zobowiązuje obiekt. Co najwyżej, że świadczona jest usługa za ustaloną kwotę, ale nie ma żadnego opisu tej usługa – mówi.

I wymienia jednym tchem typowe problemy: – Zawsze jest problem z pralnią. Obrusy są w cenie, ale zapłaćcie za ich upranie. Szatnia działa, ale nie ma nikogo do jej obsługi albo jest płatna. Parking jest, ale trzeba dopłacić. Płaci się za ilość dań serwowanych, ale nikt nie pyta o gramaturę. Porcja jest taka, że ledwo dla cioci wystarczyło, a wujek się nie najadł. Para młoda ma nocleg za darmo, ale doba hotelowa zaczyna się dopiero o piętnastej w sobotę, a to już nikogo nie urządza. Takie historie przysparzają najwięcej nerwów.

Skąd takie przywiązanie do szczegółów? Wbrew powszechnemu myśleniu wedding plannerka nie zajmuje się ustawianiem kwiatów na stolikach i tworzeniem "ogólnej aury". – Głównie nasza praca polega na negocjowaniu umów, sporządzaniu tabelek, opisów dla klientów. Dbamy o te wszystkie sprawy, których państwo młodzi często nie chcą robić albo nie mają na to czasu i stąd się później biorą nieporozumienia. To typowa mrówcza praca, a ustawianie kwiatów to już tylko wisienka na torcie – wyjaśnia.

Jaki jest typowy scenariusz negocjacji pary młodej i właściciela obiektu? Okazuje się, że taki, który stawia w uprzywilejowanej pozycji właśnie właściciela – i stąd biorą się takie historie jak te opisane wyżej. – Najczęściej właściciel obiektu w trakcie rozmowy z młodymi wszystko potwierdza, ale za tym nie idą zapisy w umowie. Później zaczynają się nieporozumienia. Młoda para twierdzi, że właściciel coś obiecał, a on utrzymuje, że nic takiego się nie wydarzyło. To czasami nie jest nawet zła wola, oni mają po prostu setki klientów. Nie pamiętają ustaleń z każdym – wyjaśnia.
Katarzyna Karpińska
wedding plannerka

Typowym powodem do kłótni jest pokrowców, które są teoretycznie w cenie. Ale już za pranie trzeba płacić dodatkowo, a o tym, że płaci za to obiekt, nic nie ma w umowie. I wtedy dyskusja jest skończona.

Kolejna problematyczna kwestia to wspomniane wyżej aneksy do umów. Przed tym już nie ma dobrego sposobu, żeby się obronić.

– Każda polska umowa może być zmieniana aneksami. Ale nikt nie mówi, jak bardzo można w nią ingerować. Para młoda może dyskutować z właścicielem, ale to stawianie sprawy na ostrzu noża. Każdy się dwa razy zastanowi, czy na pewno chce walczyć z kimś, kto potem poda jedzenie jego gościom. Dlatego młodzi często postawieni pod ścianą na wszystko się zgadzają – wyjaśnia i dodaje: – To specyficzna branża. Odwracają się proporcje, klient nie jest nasz pan, tylko podwykonawca.

Nawet fachowcy muszą się natrudzić
Karpińska podkreśla także, że właściciele sal traktują swoich klientów w taki sposób, bo są klientami... jednorazowymi. – Po ślubie i weselu każdy chce już to zostawić i do tego nie wracać, nawet jeśli nie wszystko poszło po naszej myśli. Przecież plan jest taki, żeby drugi raz tego w życiu już nie przerabiać – zauważa.

Wedding plannerzy są traktowani trochę poważniej, bo często wracają z klientami. Ale i im zdarzają się trudności. – Raz mi się zdarzyło tak, że właściciel sali stwierdził, że jest rozpalonych za dużo świateł. Paliły się w korytarzu, w łazience i w sali. Więc... wyłączył prąd w korytarzu – wspomina.
Katarzyna Karpińska

Inna para młoda od początku miała na pieńku z szefem kuchni swojego przyjęcia. Ona miała inną wizję, ale on był artystą i uważał, że jest najlepszy w tym, co robi. Ścinali się, aż wreszcie o 23:00 szef kuchni stwierdził, że zamyka kuchnię, zabiera obsługę i wychodzi. Panna młoda popłakała się, było dużo nerwów, minęło 1,5 godziny, zanim szef kuchni wrócił do pracy.

Właściciele sal weselnych często robią też problemy, jeśli obsługa wesela chce wejść do obiektu dzień wcześniej. Choćby po to, żeby przygotować dekoracje. – Właściciel sali pozwolił wejść w piątek na obiekt, ale wyłączył prąd. Bo w umowie był tylko dostęp do sali bez prądu. Wiec musieliśmy pracować przy świecach – podsumowuje.
Trwa ładowanie komentarzy...