To dlatego "słoik" daje z siebie wszystko w pracy. Kłopotliwa prawda dla "rodowitych" mieszkańców miast

Ulica Domaniewska to zagłębie biurowców w Warszawie. "Słoika" można tam spotkać na każdym kroku.
Ulica Domaniewska to zagłębie biurowców w Warszawie. "Słoika" można tam spotkać na każdym kroku. Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Przyjeżdżają i zabierają miejsca pracy. Tak niektórzy mówią o przyjezdnych, którzy migrują do dużych miast w poszukiwaniu pracy. W Warszawie nazywa się ich wręcz "słoikami". Ale to w sumie żadne zaskoczenie, że zabierają pracę. Po prostu często im się bardziej chce. Ale uwaga – ta motywacja dotyczy głównie początkowego etapu kariery.

Nie ma wyjścia. Trzeba zasuwać – opowiada mi Marek, która pracuje w jednej z firm IT mieszczących się w warszawskim biurowcu Warsaw Spire. 220-metrowy wieżowiec na pograniczu Woli i Śródmieścia to nowa stołeczna mekka ludzi, których pogardliwie nazywa się korposzczurami. W biurowcu życie zawodowe toczy się na okrągło. Wystarczy przejechać się w okolicy późnym wieczorem, żeby zauważyć, ze w Warsaw Spire światła nie gasną.

Historia Marka nie jest szczególnie zaskakująca. Wyjechał na studia do Warszawy ze swojego rodzinnego Ciechanowa i już został. Typowy "słoik". Powrotu do 45-tysięcznego miasta na północy Mazowsza sobie nie wyobraża: dla niego byłaby to po prostu porażka.

– Z Ciechanowa wyjeżdża każdy, kto jest młody i po prostu może. Ja jeszcze może i znalazłbym po swoich studiach (skończył informatykę, ale ostatecznie pracuje jako administrator sieci komputerowej w swojej firmie, zresztą jeden z wielu) pracę na miejscu, ale zarobki w Warszawie kuszą. A jest wiele takich osób, które zwyczajnie w Ciechanowie mogłyby pójść tylko na zasiłek.


Ale finanse to tylko jedna strona medalu. Ważne jest też to, "co powiedzą inni". – W Ciechanowie zostali tylko ci z moich znajomych, choć trudno ich jeszcze nazwać moimi znajomymi, którzy zwyczajnie nie ogarnęli życia. Nie poszli na studia albo ukończyli byli co, najlepiej zaocznie, tu na miejscu (w Ciechanowie działa choćby Wyższa Szkoła Biznesu i Zarządzania – red.) – opowiada i dodaje: – Powrót tutaj byłby przyznaniem się do porażki.

Młode "słoiki"
To, o czym mówi Marek, w dużej mierze potwierdzają eksperci. – To nasza lokalna specyfika. Ludzie, którzy migrują za pracą wewnątrz kraju, to w Polsce głównie osoby bardzo młode, które wchodzą w wiek studencki albo są chwilę po studiach. Chodzi więc o ludzi w przedziale wiekowym 18-30. To osoby młode, bez doświadczenia, na dorobku, często bez dużego zaplecza finansowego. To determinuje wiele zachowań później – przekonuje mnie Andrzej Kubisiak, dyrektor zespołu analiz i komunikacji w agencji pracy Work Service. To jeden z największych HR-owych podmiotów na polskim rynku. W przeliczeniu na pełne etaty co kwartał przez firmę przewija się 25 tysięcy pracowników, którzy "trafiają" do klientów Work Service.
– Po tym okresie skłonność do migracji wewnątrz kraju jest już niska – i dlatego jeśli mówimy o "słoikach", to najczęściej mamy na myśli młodzież. Po 30. roku życiu, jeśli ktoś migruje za pracą, to są to zwykle osoby na stanowiskach przynajmniej menedżerskich albo specjalistycznych – dodaje Kubisiak.

Podstawowy problem osób, które migrują do dużych miast, to brak swojego zaplecza. Można je rozumieć w najróżniejszy sposób: to może być dom czy nawet wyżywienie. – Dlatego kiedy podejmują (przyjezdni – red.) pierwszą czy jedną z pierwszych prac, są mocno zdeterminowani, żeby się w niej utrzymać – zauważa pracownik agencji.
Andrzej Kubisiak
Dyrektor Zespołu Analiz i Komunikacji w Work Service

Osoby migrujące są aktywniejsze od tych, które przebywają w danym mieście od urodzenia, ponieważ muszą po prostu zdobyć dodatkowe środki, żeby się utrzymać. Nie mają takiej finansowej "poduszki".

Chęć do pracy jest – i tylko to jest pewne
Ale czy przyjezdni są bardziej pracowici, sumienni? – To bardziej obserwacje na poziomie indywidualnym – uważa Kubisiak. – Te osoby faktycznie są bardziej zdeterminowane, żeby pracę znaleźć i ją utrzymać, ale to nie znaczy, że muszą się specjalnie wyróżniać na tle innych pracowników – dodaje.
Andrzej Kubisiak
Dyrektor Zespołu Analiz i Komunikacji w Work Service

Stereotyp, że osoba przyjezdna będzie pracowała na 3 etaty i wszędzie będzie pracownikiem miesiąca, może być nadużyciem.

Podobnie uważa Aneta Rosińska, kierowniczka rekrutacji w warszawskim biurze firmy ubezpieczeniowej AXA. – Szczególnych różnic pomiędzy pracownikami "miejscowymi" a przyjezdnymi nie widać, szczególnie wśród osób, które mieszkają już w Warszawie dłużej i mają drugą czy trzecią pracę – tłumaczy.

I dodaje: – Prędzej taką determinację w dążeniu do pracy można zauważyć np. na targach pracy, gdzie pojawiają się studenci z mniejszych miast, przykładowo z Płońska. W takich miejscowościach najczęściej jest jeden duży pracodawca i tyle. U takich osób motywacja, żeby podjąć rozmowy o pracy, żeby dać z siebie więcej, jest znacznie silniejsza. Dotyczy to jednak najczęściej początkowej fazy kariery. O ten start po przenosinach do Warszawy. W każdym innym przypadku te różnice mocno się zacierają.

Z drugiej strony w warszawskim biurze AXA pracuje około tysiąca osób. I kiedy pytam skąd są, okazuje się jednak, że większość to... przyjezdni. – Powiedzmy, że 65 proc. jest spoza Warszawy. Ale my na to nie zwracamy uwagi, wiemy o tym, bo ludzie podają w CV szczegółowe dane, np. wpisują swoją szkołę średnią. Samo miejsce urodzenia z kolei o niczym nie świadczy. Więcej można wywnioskować z rozmów z poszczególnymi pracownikami i stąd takie szacunki – tłumaczy Rosińska.

"Słoik słoikowi" nierówny
Generalnie w stereotypowym traktowaniu "słoików" jako tych, którzy za swoje miejsce dadzą się pokroić, trzeba zachować pewną dozę umiaru. – Są też tacy, którzy migrują, ale mają zaplecze, np. mieszkanie od rodziców. Oni pracują z innych pobudek. Jest pewna tendencja, ale nie jest powszechna. Nie można generalizować – zauważa Kubisiak.

Nie jest też tak, że "słoik" jest pracownikiem bardziej poszukiwanym jako ten, który za swoją pracę da się pokroić. Tym bardziej, że dzisiaj na rynku pracy są zupełnie inne wyzwania niż jeszcze kilka lat temu. Brakuje rąk do pracy – według Eurostatu bezrobocie w Polsce zmalało już do 4,5 proc. Efekt? Nawet "słoik" może sobie pozwolić na pewną wybredność w poszukiwaniu pracy. Jedyne, co w ogóle może tutaj powodować rywalizację, to... nadmiar przyjezdnych. Zgodnie z badaniami GUS co trzeci polski pracownik to osoba, która za pracą migrowała. Innymi słowy Polska "słoikami" stoi.

– Kluczowa jest w ogóle dostępność pracowników. Profilowanie pracowników następuje, cechy czy postawy są wskazywane przez firmy. Nie można przecież przyjmować pierwszej osoby z brzegu. Ale preferencji co do pracowników napływowych raczej nie ma. Chyba że widzimy, że na lokalnym rynku brakuje rąk do pracy. Prowadziliśmy projekty, które miały na celu relokację pracowników w kraju – podsumowuje Kubisiak.
Trwa ładowanie komentarzy...