Adrianna Biedrzyńska po aferze w 2003 roku przestała pojawiać się w mediach
Adrianna Biedrzyńska po aferze w 2003 roku przestała pojawiać się w mediach Fot. Maciej Zienkiewicz / Agencja Gazeta

– Jak trudno wrócić do życia publicznego po poważnych problemach wizerunkowych? – zapytał jeden z naszych Czytelników podczas Otwartego Kolegium. Jako przykład podał Adriannę Biedrzyńską, której partner w 2003 roku naciągnął kilka znanych osób na spore pieniądze. Od tamtej pory Biedrzyńska nie pojawia się raczej w mediach ani reklamach. Czy takie winy da się odkupić - rozmawiamy z Filipem Mecnerem, managerem gwiazd, specjalistą od wizerunku.

REKLAMA
Temat nadesłany przez Macieja Kmitę w ramach Otwartego Kolegium

logo

W 2003 roku Adrianna Biedrzyńska straciła kontrakty, przestała się pojawiać w mediach, nie kręciła nawet portali plotkarskich. Wszystko przez jej życiowego partnera, który naciągnął kilku bogatych znajomych aktorki na zainwestowanie w giełdę. Pieniędzmi miał zajmować się jego znajomy, domniemany specjalista od inwestowania. Ucierpiał wówczas m.in. Tomasz Stockinger, który przekazał partnerowi Biedrzyńskiej aż 200 tysięcy złotych. Aktor twierdził wtedy, że jego koleżanka po fachu też jest zamieszana w aferę i sama podstawiała ofiary. Adrianna Biedrzyńska, oczywiście, zaprzeczała. Ale opinia publiczna, twórcy filmowi i reklamodawcy i tak jej nie wybaczyli.
O tym co zrobić, by wyjść z takiej sytuacji i kiedy naprawdę gwiazdy spadają na dno – rozmawiamy z Filipem Mecnerem.
W naszym kraju znane osoby regularnie się kompromitują, ale jakimś cudem wciąż są na topie. Co więc musi się wydarzyć, żeby pogrążyło gwiazdę?
Filip Mecner: Pod tym względem Polska niewiele różni się od USA czy krajów Europy Zachodniej. Winona Ryder ukradła ze sklepu sukienkę, ale zostało jej to wybaczone, dalej grała w filmach. Zdrada Tigera Woodsa była większą sprawą, stracił kilka
kontraktów reklamowych, ale ostatecznie, po pewnych zabiegach, udało mu się częściowo odzyskać sympatię, jaką darzyła go publiczność.
A na naszym podwórku? Kilku młodych polskich aktorów zaszalało pewnego wieczora, skończyło się policyjną interwencją i sądem, ale pracy nie stracili. Bardzo dobry polski aktor został przyłapany na załatwianiu potrzeb fizjologicznych w metrze, ale nadal jest rozchwytywany i lubiany. Drobne występki, przewinienia, takie jak publiczne upicie się, jazda po alkoholu, drobna kradzież, branie miękkich narkotyków niestety dość często są łagodnie traktowane przez opinię publiczną. Nieco surowiej przez pracodawców, bo mogą skończyć się utratą pracy (co chyba rzadko się zdarza) lub zaprzepaścić szansę dla winowajcy na zdobycie fajnej roli w przyszłości lub podpisanie dobrego kontraktu reklamowego. Tak zwane dobre prowadzenie się to dla większości firm podstawa przy wybieraniu “znanej twarzy” do reklamy.
Co musi się stać, żeby gwiazda została kompletnie zepchnięta w niepamięć?
Dzieje się tak przy sprawach większego kalibru, choć też nie zawsze. Duże oszustwa, kradzieże, przekręty finansowe, popełnione przestępstwa, incydenty o charakterze seksualnym. Proszę sobie przypomnieć przypadek bardzo znanego psychologa, oskarżonego o molestowanie dzieci. Albo przypadek jednego z popularnych aktorów z połowy lat 90, który po pijanemu zabił swoją matkę. Trafił do więzienia, jakiś czas temu wyszedł, ale słuch o nim zaginał. Od takich spraw chyba już nie ma ratunku. Natomiast z większości wpadek można wyjść obronną ręką. Nawet jeśli chwilowo taka osoba znajdzie się pod falą krytyki, to długofalowych negatywnych skutków można uniknąć. Pod warunkiem, że taki incydent zdarzył się jednorazowo i zostały podjęte odpowiednie działania zmierzające do tego, żeby swoją winę odkupić, a błędy naprawić.
No właśnie – jak je naprawić? Co osoba znana może zrobić, by wrócić do łask opinii publicznej, a przynajmniej nie zostać wyklętą i odstawioną na margines?
To, oczywiście, zależy od kalibru sprawy, jej okoliczności, także od samej osoby. Ale jest kilka podstawowych zasad, którymi w takich przypadkach należy się kierować.
Przede wszystkim: w ogóle należy podjąć kroki mające na celu wyjaśnienie sprawy opinii publicznej i naprawienie lub zminimalizowanie szkód, jakie się wyrządziło sobie i innym. Brak reakcji może spowodować efekt kuli śnieżnej. Zbagatelizowana i pozostawiona poza kontrolą sytuacja kryzysowa może sprawić, że nawet drobny, pozornie niewielki incydent, może być rozdmuchany do niebotycznych rozmiarów i wyrządzić szkody niewspółpierne do przewinienia.
Jak kontrolować sytuację? Przede wszystkim pokazać swój punkt widzenia, swoją wersję historii, “your side of story”, jak mawiają Amerykanie. Nie kłamać, nawet w najgorszych przypadkach. W przypadku winy trzeba się przyznać, przeprosić, wyrazić skruchę. Pokazać, że jest się takim samym człowiekiem, jak inni, że też ma się swoje słabości. Wówczas winy, prawdopodobnie, zostaną wybaczone – zarówno przez opinię publiczną, jak i pracodawców. No i najważniejsze – nigdy więcej nie wolno powtórzyć tego samego błędu.
W niektórych przypadkach niepowtarzanie może być trudne. Jak ktoś jest chociażby alkoholikiem, a to chyba problem dość popularny w show-bizie.
Nawet tak poważny problem można obrócić na swoją korzyść. Jest taka jedna polska gwiazda, która się przyznała do alkoholizmu, ale – moim zdaniem - swojej szansy na “wygranie” sytuacji nie wykorzystała. Mogła przecież zaangażować się w akcję uświadamiającą o skutkach alkoholizmu, stać się twarzą takiej kampanii. I w ten sposób pomóc innym, pokazywać i uświadamiać zgubne skutki nałogu, a przy okazji ratować swój wizerunek. Nie da się, oczywiście, naprawić takiej sytuacji w tydzień czy miesiąc. Może to zająć nawet dwa, trzy lata. Chyba zabrakło tej osobie konsekwencji w działaniu.
Da się wyjść z takich tarapatów bez specjalisty?
Być może tamtej gwieździe rzeczywiście nikt nie podpowiedział, co trzeba zrobić. W kryzysowej sytuacji znana osoba może obyć się bez eksperta, ale sama musi posiadać
pewne PR-owe i marketingowe kompetencje lub niesamowitą intuicję, a te ma niewiele osób, można je policzyć na palcach jednej ręki. Ale po to właśnie są specjaliści.
Na Zachodzie to standard, gwiazdy tam mają oddzielnego managera od spraw biznesowych, PR-u i marketingu. W Polsce z takiej pomocy korzysta coraz więcej osób. Widać, że częśc karier jest prowadzonych w fajny, profesjonalny i przemyślany sposób. Ale to wciąż za mało. To też po części wina mediów czy pracodawców. Gdy niektórzy z nich słyszą, że mają się skontaktować z osobą znaną publicznie przez managera, oburzają się – że to za długo, po co komu manager i tak dalej. A środowisko powinno wręcz przeciwnie - wymuszać profesjonalizację.
Czyli piętnować tych, którzy są nieprofesjonalni?
Piętnować nie, profesjonalizować. Opowiem na przykładzie. Przyszła kiedyś do mnie pewna aktorka, która dostała rolę w niezłym filmie w Wielkiej Brytanii. Gdy już przeszła przez cały casting, poszła prosto do producenta, żeby porozmawiać o współpracy – ustalić finanse, warunki pracy. Producent się zdziwił i spytał z kim ma rozmawiać. – Ze mną, przecież gram w tym filmie! – odpowiedziała aktorka. On zaś na to: no właśnie, pani gra, a nie zajmuje się biznesem. Poprosił, żeby przysłała swojego agenta. To nie było jego widzimisię ani lekceważenie aktorki. Producent wiedział, że z menedżerem dogada się szybciej, sprawniej, z korzyścią dla aktorki, bo posługugują sie tym samym językiem – językiem biznesu.
Czemu więc polskie gwiazdy nie korzystają z usług managerów, speców od wizerunku? Są aż tak pyszni, skąpi, nieświadomi?
Może część z nich miało złe doświadczenia z pracy z managerami? Może trafili na kogoś niekompetentnego albo zwyczajnie zabrakło “chemii” we współpracy i zrazili się do tego typu usług? Ale w większości przypadków to chyba raczej brak świadomości, ale też przekonania, że zatrudnienie takiej osoby się opłaca, że systematyczna stała praca managera z gwiazdą przynosi zazwyczaj dobre efekty. Nie wszyscy to rozumieją. Ale potem zdarza się, że jak trwoga to do Boga – kiedy gwiazdy tracą kontrakty, nagle zaczynają się zwracać do agentów po ratunek. Wtedy często bywa już za późno na pomoc.
Dużo trzeba zapłacić za takie "znalezienie pracy" lub pomoc w sytuacji, kiedy ktoś ma kłopotliwą sytuację?
To tajemnica biznesowa. Oczywiście, wszystko zależy od przypadku. Ale opowiem pewną anegdotę: jeszcze w latach '90 pewien znany biznesmen popadł w poważne tarapaty. Poszedł do agencji specjalizującej się w sytuacjach kryzysowych, poprosił o pomoc. Podano mu cenę: sto tysięcy złotych, potem będziemy radzić. Zapłacił i usłyszał radę: milczeć, nie wychylać się, zniknąć na jakiś czas. To uproszczenie, bo pewnie powstała cała strategia tego milczenia, ale ogólnie rada za sto tysięcy była taka: zniknąć. Przynajmniej na jakiś czas. Biznesmen poszłuchał i dziś jest jednym z najbogatszych Polaków.