Bogusław Leśniodorski: Na Legii lepiej niż na Barcelonie

- Moim zdaniem na Legii jest znacznie lepiej niż na Camp Nou -  mówi prezes Legii Warszawa Bogusław Leśnodorski.
- Moim zdaniem na Legii jest znacznie lepiej niż na Camp Nou - mówi prezes Legii Warszawa Bogusław Leśnodorski. Fot: Law&Partners Foundation
– Mieszkałem przez jakiś czas w Barcelonie i chodziłem na mecze Katalończyków. I moim zdaniem na Legii jest znacznie lepiej niż na Camp Nou! Tu ludzie żyją, dopingują, a tam tylko oglądają. Dlatego kibice, a w szczególności kobiety, po przyjściu na stadion przy Łazienkowskiej są zachwyceni – mówi naTemat prezes Legii Bogusław Leśnodorski.

Boi się Pan czegoś?

Bogusław Leśnodorski:
Niczego. Nie mam żadnych strachów.

A tego, że Legia nie zdobędzie mistrzostwa Polski?

Słabo by było, chujowo nawet, ale się nie boję.

Bo wygracie?

Chciałbym bardzo, ale to jest przecież sport.

Legię ukoronowano zanim jeszcze rozegrała pierwszy wiosenny mecz.

Niedobrze, że tak się zdarzyło. Oczekiwania w Legii są bardzo duże, bo w takim klubie zawsze grasz o zwycięstwo, ale w piłce jest tak, że czasami jeden mecz może wszystko zmienić. Nawet najwięksi faworyci się czasem wywracają.

A co jeżeli i teraz faworyt się wywróci?

Nic. Będziemy starać się dalej, jeszcze bardziej niż dotychczas.

Co będzie wtedy z Panem?

Nie rozmawialiśmy o tym z zarządem. Jak Legia zdobędzie tytuł, to wszyscy popadną w euforię i ktoś może nawet będzie uważał, że to moja zasługa. Ale drużyny nie buduje się ani w miesiąc, ani w rok. Wiem o tym ja, wie o tym trener Urban.

Zobacz to: Bogusław Leśnodorski - prezes z innej planety. Zaczął marsz z Legią do Ligi Mistrzów

Urban ma komfort pracy?

Czytałem, że powiedział, że jeżeli nie wygra mistrzostwa w tym sezonie, to odejdzie. Podoba mi się to, bo to znaczy, że trener ma ambicję. Rozmawialiśmy po pierwszym meczu tej rundy i postanowiłem, że na temat przyszłości trenera nie będę się wypowiadał. U mnie ma po prostu wielki kredyt zaufania.

O Legii mówi się FC Hollywood.

Śmieszy mnie to, ale fajnie być porównywanym do Bayernu Monachium.

Za chwilę z tego Hollywood mogą odejść Dusan Kuciak i Artur Jędrzejczyk. Pierwszy wybiera się do Anglii, a drugi do Włoch.

Wszyscy mogą odejść, to taki biznes. Jak przychodziłem do Legii, to ludzie przekonywali mnie, że Michał Żyro na pewno wyjeżdża do Niemiec, a jednak jest z nami do dziś. Ale on jest młody, a Kuciak i Jędrzejczyk mają już swoje lata. Rozumiem ich, że chcą spróbować sił za granicą, w silniejszej lidze.

Nie chce Pan blokować ich transferów?

Nie ma sensu trzymać nikogo na siłę, bo z niewolnika nie ma pracownika. Poza tym taki klub jak Legia, z Akademią, musi sprzedać piłkarzy. Wszyscy grać nie będą.


Oprócz ewentualnych transferów wspomnianej dwójki, na pewno odchodzą Michał Żewłakow, Dickson Choto i Tomasz Kiełbowicz. W składzie zrobi się spora wyrwa.

Zdajemy sobie z tego sprawę i dlatego mamy plan B. Dalej nie wiadomo co z Ljuboją, który jeżeli usiądzie na ławce, to pewnie strzeli focha. Dlatego rozmawialiśmy i rozmawiamy z kilkoma innymi zawodnikami. Z Marcinem Wasilewskim, który był bardzo blisko Legii, a na którego wciąż jesteśmy otwarci, z Marcinem Kusiem, Adamem Kokoszką. O, i z Piotrkiem Celebanem z Vaslui. W jego sprawie powiem, że co się odwlecze, to nie uciecze.

Zobacz to: 34-letni Danijel Ljuboja prowadzi Legię do mistrzostwa. Kłóci się, baluje i strzela piękne bramki


Nie warto było wziąć takiego Kusia na pół roku z opcją przedłużenia na dwa lata? Na pewno nie żądałby złotych gór, a mielibyście zabezpieczenie na środku obrony.

Był taki pomysł i rozmawialiśmy o tym z Kołakowskim. Bardzo Kusia zachwala. W każdej innej sytuacji na pewno byśmy tego piłkarza wzięli, ale ta runda trwać będzie tylko trzy miesiące. Nie ma czasu na odbudowanie go, bo zaraz skończy się liga. Jeżeli Marcin podpisze umowę z Górnikiem i dojdzie tam do dobrej dyspozycji, to weźmiemy go latem. Może trochę więcej zapłacimy, ale nie kupimy kota w worku.

Dlaczego zawiesił Pan negocjacje kontraktowe ze wspomnianym Ljuboją, ale także z Vrdoljakiem, Saganowskim i Astizem?

Nie chodzi o przedłużenie kontraktu z jednym czy drugim, ale o pomysł na drużynę. Poza tym łatwiej się rozmawia, kiedy zawodnicy zarabiający dziesięć razy więcej niż inni grają te dziesięć razy lepiej. A jak nie? W meczu z Bełchatowem Ljuboję przykrył gość, który zarabia 6 tys. zł miesięcznie i miał dotychczas jeden mecz w Ekstraklasie. A Ljuboja zarabia pięćdziesiąt razy tyle co ten chłopak! Z drugiej strony mieliśmy obrońcę, który ma trzydzieści razy więcej niż ten z Bełchatowa, a nie potrafi podać do swojego bramkarza.

To jest piękno sportu, że ten, który zarabia 5 tys. może wygrać z tym, który zarabia 100 tys.

Legia ma dziś największy budżet w lidze. Cały Bełchatów zarabia pewnie mniej niż jeden Ljuboja. Nie wiem tego dokładnie, ale jeżeli nie, to pewnie niewiele się mylę. I jako prezes tego klubu myślę sobie: kurwa, co jest? To jak ściganie się sportowym samochodem, który ma 700 koni z jakimś rzęchem, który ma 70. I jak się cieszyć, że się wygrało?

A Legii dodatkowo nie udało się wygrać.

Nie może tak być. Jeśli przez siedem lat jest formuła, która jest powtarzana i jesteśmy blisko wygrania ligi, wkładamy pieniądze, ale jednak się nie udaje, to jakie mamy podstawy, żeby sądzić, że teraz się uda? Trzeba zmienić sposób myślenia.


Cały czas zachwala Pan młodych piłkarzy Legii, wymienia Pan kolejne nazwiska wielkich talentów z Młodej Ekstraklasy, to może warto na nich zdecydowanie postawić?

Dziś Akademia Legii jest najlepsza w Polsce, a będzie jeszcze lepsza – taką mam nadzieję. Mamy wielu utalentowanych chłopaków i powiem szczerze: jest w mojej głowie pomysł, że gdyby nam teraz nie poszło, to w przyszłym sezonie moglibyśmy zaryzykować i postawić na młodzież, ale tak zdecydowanie. Janek Urban też by zaryzykował.

Zobacz także: Rafał Wolski przeszedł z Legii do Fiorentiny za 2,7 miliona euro. "Dobrze, że nie zagrałem w Borussii Dortmund"

Latem w grę wchodzą transfery zagraniczne?

Za kilka dni lecimy do Fluminense, mistrza Brazylii i dostaniemy od nich zajebistych młodych zawodników.

Proszę nie chwalić dnia przed zachodem słońca. Legia już miała kilka przygód z Brazylijczykami.

Powiem Panu o co chodzi z tym Flu. Oni mają dziś najbogatszego sponsora w Ameryce Południowej i sprawdzają sobie, kogo chcą. Naprawdę duże gwiazdy. Wielu utalentowanych chłopaków z ich akademii, a mają najlepszą w tamtym regionie, nie ma miejsca w składzie, mimo iż są gotowi do gry.

I mają się ogrywać w Legii?

Tak, bo Legia to dla nich wyzwanie – bo w Europie, bo z oczekiwaniami, z ładnym stadionem i świetnymi kibicami. Mamy z Flu deal na dwa lata, z jakimiś opcjami transferowymi. Poza tym do Akademii Legii przyleciało właśnie dwóch fajnych Egipcjan.

Kiedy słucham jak Pan mówi o piłkarzach, to mam wrażenie, że Pan traktuje ich jak zwykłych pracowników, a nie jak gwiazdy. Nie chcę zabrzmieć źle, ale Pan ich trochę lekceważy.

Nie ma dla mnie znaczenia, kto ile zarabia. Poza tym jeżeli ktoś decyduje się grać w klubie, to powinien brać na siebie jakąś odpowiedzialność. Jeżeli piłkarz Legii mówi mi, że za duża jest presja, to może powinien iść do innej drużyny? To mnie zirytowało. Bo jeżeli gość wycenia się na 100 tys. zł miesięcznie, czyli trzydzieści średnich krajowych, to powinien pracować na całego, a nie marudzić.

Najłatwiej użyć argumentu kasy.

To sprawa wielopłaszczyznowa. Przecież to idole dziesiątek tysięcy chłopaków w Warszawie i w Polsce. Bycie piłkarzem to wielka odpowiedzialność społeczna.

Czytaj także: Właściciele polskich klubów piłkarskich: były cinkciarz, profesor, król bon motów, dziennikarz sportowy i dobry tata

Zawodnicy chyba się Pana boją.

Tak Pan uważa?

Takie odnoszę wrażenie.

Nie mają się mnie bać, ale szanować.


Pana miłość do Legii jest na pokaz?

Jak trenowałem pięciobój w Legii, na Fortach Bema, to konie nie miały owsa. Zrzuciliśmy się więc z kumplami i kupiliśmy im cały wagon. Koledzy wysłali mi niedawno dyplom, który otrzymaliśmy za wsparcie klubu. O, zobaczy Pan [Leśnodorski pokazuje na wiszący na ścianie dyplom – red.]. Za wsparcie finansowe klubu w kwocie 500 zł (śmiech). I czy to jest na pokaz?

Chodził Pan też na Żyletę.

Bywałem.

I przeszedłby się Pan tam dziś?

A czemu nie? Różnica między większością kibiców a Żyletą jest taka, że na Żylecie się śpiewa, prowadzi doping zorganizowany. A poza tym to tam jest cały przekrój społeczny. Pracownicy korporacji, zakapiory, mamy z dziećmi. Skrajnie radykalnych kibiców jest kilkuset, a z Żyletą identyfikuje się pewnie 25 tys. ludzi. Mamy się tego wstydzić? To powód do dumy.

Ale problemy i tak są.

Tak, ale mieszkałem przez jakiś czas w Barcelonie i chodziłem na mecze. I moim zdaniem na Legii jest znacznie lepiej niż na Camp Nou! Tu ludzie żyją, dopingują, a tam tylko oglądają mecz. Na Legii jest dużo fajniej. A zadymy oczywiście są słabe.

Właściciele wymagają, żeby stadion był pełny.

Próbujemy to osiągnąć, ale warszawiacy myślą, że na Łazienkowskiej jest niebezpiecznie. Tylko, że jak już nas odwiedzą, to wychodzą zaskoczeni. A najczęściej kobiety!

Dlaczego?

Faceci interesują się piłką, oglądają mecz. A kobiety patrzą tylko na Żyletę. Ostatnio odwiedziły nas, podczas meczu z Bełchatowem, siatkarki Legionovii i były zachwycone! Dlatego ja w ogóle chciałbym powiększyć Żyletę o te boczne sektory.

W końcu znikną zarzuty, że Legia chce na trybunach tylko białe kołnierzyki.

Legia to wielki skarb Warszawy. Znajdzie się tam miejsce dla każdego, tylko trzeba przyjść. A jak nasi jeszcze zaczną wygrywać, to jestem przekonany, że wkrótce zapanuje moda na Legię.

Rozmawiał: Sebastian Staszewski

Blog szefa działu Sport naTemat.pl Sebastiana Staszewskiego
Twitter szefa działu Sport naTemat.pl Sebastiana Staszewskiego
Trwa ładowanie komentarzy...