20 lat milczenia o ekscesach alkoholowych abp. Głodzia. "Dla przeciętnego Polaka nie ma znaczenia, że biskup to pijak"

Metropolita gdański abp. Sławoj Leszek Głódź ma problemy z alkoholem, poniża swoich współpracowników, a kurią zarządza w sposób feudalny – wynika z informacji "Wprost"
Metropolita gdański abp. Sławoj Leszek Głódź ma problemy z alkoholem, poniża swoich współpracowników, a kurią zarządza w sposób feudalny – wynika z informacji "Wprost" Fot. Renata Dąbrowska / Agencja Gazeta
Informacje o ekscesach alkoholowych arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia pojawiały się co najmniej od początku lat 90., a jednak dopiero teraz duchowny trafił pod lupę dziennikarzy. Jak to możliwe? "To była tajemnica poliszynela, a ze strachu przed otwartym mówieniem o problemach Kościoła zastosowaliśmy autocenzurę" – przekonywały w TOK FM Dorota Warakomska i Renata Kim. – Nic z tych rzeczy. Po prostu dla przeciętnego człowieka nie ma znaczenia, że biskup jest pijakiem i awanturnikiem. Są ważniejsze problemy na świecie – odpowiada Jacek Żakowski.

Metropolita gdański abp Sławoj Leszek Głódź zarządza kurią w sposób feudalny, uwielbia poniżać swoich współpracowników, a w swojej siedzibie regularnie organizuje libacje alkoholowe – takie informacje znalazły się w artykule dziennikarki "Wprost" Magdaleny Rigamonti, która wysłuchała relacji księży pokrzywdzonych przez arcybiskupa. Choć publikacja wywołała falę oburzenia, o zaskoczeniu mowy być jednak nie może – doniesienia tygodnika tylko potwierdzają to, o czym mówiło się po cichu od przeszło 20 lat. Pytanie, dlaczego milczenie trwało tak długo?



Przydomek "Flaszka"

Przemilczana historia abp Sławoja Leszka Głodzia zaczyna się w 1991 roku. To wtedy duchowny, świeżo po 14-letnim okresie pracy w Watykanie, został mianowany biskupem polowym Wojska Polskiego. Jak pisze Jakub Noch, dziennikarz naTemat z Gdańska, starsi oficerowie do dziś wspominają, jak "odpadali", kiedy ich głowy okazywały się zbyt słabe w porównaniu z głową biskupa. Takie alkoholowe libacje miały się zdarzać nawet przy okazji papieskich pielgrzymek i właśnie za ich sprawą abp Głódź zapracował na opinię człowieka, który przepije każdego. Nie bez powodu mieszkańcy Gdańska, i nie tylko oni, od lat nazywają go Sławojem "Flaszką" Głodziem.

Bloger Salonu24

Słynne były jego imprezy integracyjne na wewnętrznym dziedzińcu katedry polowej Wojska Polskiego w Warszawie, za czasów, gdy był biskupem polowym, na których wóda i bardziej wykwintne alkohole lały się strumieniami. A rozsławili je studenci PWST, której okna wychodziły właśnie na ten dziedziniec i którzy z wysokości kilku pięter widzieli wszystko jak na dłoni. CZYTAJ WIĘCEJ


Nazwisko arcybiskupa w alkoholowym kontekście po raz kolejny pojawiło się po słynnej niedyspozycji Aleksandra Kwaśniewskiego na cmentarzu w Charkowie. To właśnie abp Głódź miał w dużej mierze odpowiadać za "kontuzję goleni" byłego prezydenta, o czym pisała na swoim blogu dziennikarka "Polityki" Janina Paradowska:

"Wszyscy dziennikarze, którzy tam byli, wiedzieli i opowiadali po całej Warszawie, że to biskup Głódź uczynił, ale on ma mocną głowę, a Kwaśniewski słabą, więc po biskupie widać nie było, a po prezydencie - było. Pili jednak obaj w takim miejscu. Dlaczegóż to osobę duchowego otoczono wówczas taką dziennikarską dyskrecją? Chyba nie z powodu braku odwagi? A może po prostu wszyscy są w spisku?". Te pytania pozostały bez odpowiedzi.

"Brudzio" z antychrystem

Piotr Gadzinowski, działacz lewicy i były dziennikarz antyklerykalnego tygodnika "NIE", może powiedzieć co nieco o przyjaźni rodziny Kwaśniewskich i kontrowersyjnego hierarchy. W rozmowie z naTemat wspomina coroczne spotkania dla przyjaciół, jakie organizowane były w Pałacu Prezydenckim".

– Abp Głódź miał taką cechę, że chciał być kochany przez wszystkich, zwłaszcza przez swoich adwersarzy. Dlatego kiedy zobaczył mnie na tym spotkaniu, chciał koniecznie przekonać, że nie jest takim złym człowiekiem. Polegało to na tym, że proponował "brudzia", a następnie serię kielonków. Nie jestem abstynentem, ale muszę powiedzieć, że po kolejnej serii kielonków i kolejnych "brudziach" miałem dość. Przy kolejnych okazjach go unikałem – mówi.


Gadzinowski był tym bardziej zaskoczony zachowaniem arcybiskupa, że w tamtym czasie na łamach "NIE" pisał o jego problemach alkoholowych. – A jednak nie tylko on, ale także inni hierarchowie, na tych spotkaniach u prezydentach chcieli ze mną rozmawiać. Chcieli sprawdzić, jak wygląda ten antychryst od Urbana. I powiem szczerze, że Głódź nie jest jedynym, z którym musiałem wypić "brudzia" – twierdzi.

Wpis Gadzinowskiego z 2006 roku

Głodzia nigdy nie lubiłem. Pomimo jego corocznych prób wciskania mi rozkochujących płynów, inaugurowania zakochania przez uchlewanie, nigdy nie nie polubiłem. Potem okazje się skończyły i tak zostało. Głodź wypić mógł i pewnie nadal może. Dlatego rychło zdobędzie na Wybrzeżu Gdańskim grono wiernych, wilgotnych sympatyków.


Ostatnie informacje "Wprost' tylko potwierdzają przewidywania Gadzinowskiego.

Autocenzura?

"Tych anegdot jest bardzo dużo i trudno znaleźć dziennikarza politycznego w Warszawie, który by nie potrafił sporo powiedzieć na temat różnych zachowań abpa Głodzia i jego predylekcji do dobrych trunków" – mówił dziś na antenie TOK FM Jan Wróbel, ewidentnie zaskoczony faktem, że przez lata informacje o arcybiskupie pojawiały się jedynie na łamach "NIE" i "Faktów i mitów".

Zdaniem Renaty Kim z "Newsweeka" to wynik swego rodzaju autocenzury. "Boimy się mówić otwarcie o problemach Kościoła. To jest dokładnie ten sam motyw działania, jak przy okazji wyciszaniu pedofilii w Kościele. Ukrywamy problemy, zamiast jawnie je rozwiązywać" – stwierdziła dziennikarka.

Podobnie uważa Dorota Warakomska, aktywistka Kongresu Kobiet. "Wszyscy dziennikarze, którzy mieli okazję się z nim spotkać czy rozmawiać, doskonale wiedzieli, że arcybiskup za kołnierz nie wylewa" – mówiła na antenie radia.

"Ekscesy alkoholowe biskupa? Strata czasu"

Jacek Żakowski z "Polityki" jest jednak zupełnie innego zdania. – Rzeczywiście legendy na ten temat krążyły od dawna, ale jest tyle ważnych rzeczy na świecie, że zajmowanie się alkoholowymi ekscesami biskupa to strata czasu – zaznacza w rozmowie z naTemat.

Jacek Żakowski
dziennikarz "Polityki"

Dla przeciętnego Polaka nie ma znaczenia, że biskup jest pijakiem i awanturnikiem. Taka jest moja opinia, być może dla samych katolików jest to ważne, a być może część z nich uważa, że takie zachowanie mieści się w granicach normy.


Według niego dużo większe znaczenie ma to, że "biskup ciągnie do siebie publiczny majątek". – Tym trzeba się zajmować i rzeczywiście od lat takie artykuły powstawały – podkreśla.

Z tą tezą polemizuje Piotr Gadzinowski. – Kiedy te jego skłonności hulaszcze nie kolidowały z funkcją jaką pełnił, a więc kapelana wojskowego, rzeczywiście można było powiedzieć, że to nie jest istotne. Ale teraz zarządza jedną z największych i najważniejszych diecezji w naszym kraju, kieruje polityką finansową, podlegają mu liczni księża. Podobno 80 proc. Polaków to katolicy, więc to jest tak naprawdę problem prawie całego kraju – stwierdza.
Trwa ładowanie komentarzy...