"Lepiej żeby pracownicy umarli z głodu?"– internauci bronią Cropp przed krytyką za produkcję ubrań w Bangladeszu

Metkę marki Cropp znaleziono w gruzach fabryki w Bangladeszu
Metkę marki Cropp znaleziono w gruzach fabryki w Bangladeszu Fot. http://bit.ly/18nwrOF / Cropp
"Trudno zaprzeczyć faktom" – tak marka Cropp komentuje doniesienia, że metkę firmy znaleziono w gruzach fabryki w Bangladeszu. I choć branżowa koalicja na rzecz poprawy warunków pracy grzmi z oburzenia, a klienci piszą do Croppa z pretensjami, w komentarzach bardzo często pada zarzut, że krytyka w tej sprawie to szczyt hipokryzji. Dlaczego? Bo nikt nie zwraca uwagi na to, czy ubrania produkowane są zgodnie z etyką. – Świat jest od dawna głuchy na podobne doniesienia, a my jesteśmy jeszcze jakieś 100 lat do tyłu – mówi prezes Polskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwego Handlu.

Fabryka odzieżowa Rana Plaza w Bangladeuszu zawaliła się ponad miesiac temu, ale dopiero, gdy okazało się, że w ruinach znaleziono metkę polskiej firmy Cropp, sprawa zyskała tak duży rozgłos w Polsce.

Zabawa w kotka i myszkę

Na głowy szefów LPP, czyli producenta ubrań Cropp, Reserved, House, Mohito i Sinsay, posypały się gromy. Pierwsza do krytyki ruszyła koalicja Clean Clothes Polska skupiająca organizacje działające na rzecz warunków pracy w przemyśle odzieżowym. Na swojej stronie internetowej zaprasza wszystkich klientów Croppa do podpisania się pod apelem do prezesa zarządu LPP Marka Piechockiego.



Postuluje w nim m.in. zidentyfikowanie i upublicznienie listy fabryk w Bangladeszu, gdzie LPP produkuje swoje ubrania, przystąpienie firmy do programu wypłaty odszkodowań poszkodowanym w katastrofie Rana Plaza oraz wywiązanie się z deklaracji z marca 2012 roku o ogłoszeniu wyników badań z monitoringu warunków pracy.

– Z LPP to jest trochę taka zabawa w kotka i myszkę. W ubiegłym roku przeprowadziliśmy akcję "Reserved: Nie rezerwuj informacji tylko dla siebie", która polegała na tym, że konsumenci mogli wysyłać maile i apele do LPP, by zaczęło być bardziej transparentne i informować, co właściwie kryje się za metką jej ubrań. Wtedy tylko mogliśmy się domyślać, w których krajach firma prowadzi produkcję – mówi naTemat Maria Huma, koordynatorka Clean Clothes Polska.

Nasza rozmówczyni wyjaśnia jednak, że przez dłuższy czas LPP milczało. – Nie odpowiadało na pytania klientów np. o to w jaki sposób sprawdza i bada warunki pracy. Dopiero po serii listów wysłanych przez konsumentów, firma zadeklarowała szereg działań będących podstawą do zapewnienia standardów pracy w fabrykach w Azji, jednakże do tej pory nie ogłosiła publicznie rezultatów tych działań. Mam nadzieję, że katastrofa w Bangladeszu będzie ostatecznym impulsem do wdrożenia i ogłoszenia tych działań – słyszymy.

43 złote - tyle kosztuje uszycie koszuli w Stanach Zjednoczonych.
12 złotych - tyle kosztuje uszycie koszuli w Bangladeszu.
100 milionów - tyle osób pracuje w azjatyckich fabrykach odzieży. CZYTAJ WIĘCEJ


źródło: gazetaprawna.pl
Huma przekonuje, że nie chodzi tutaj o to, by fabryki zamknąć na cztery spusty i przygwoździć producentów. Raczej, by zachęcić ich do rozmowy z pracownikami. – Mógłby na przykład zlecić kontrolę nad nimi niezależnej organizacji – dodaje.

Teraz Bangladesz
Pretensje mają też klienci, którzy na facebookowym profilu marki Cropp domagają sią reakcji. "H&M i inne konkurencyjne firmy niemal od razu pryzstąpiły do porozumienia dot. zapobiegania takim katastrofom jak w Bangladeszu. Rozumiem, że państwo z tym czekają, aż wszyscy klienci przerzucą się na kupowanie u nich? Czas chyba poczuć się do odpowiedzialności za pracowników, bez których sukces waszych firm w ogóle nie byłby możliwy" – skarży się Joanna. "No daliście czadu z tym Bangladeszem. Polak potrafi. Powinniście dostać znaczek 'Teraz Polska'" – skomentował Bartosz.

Co na to sami zainteresowani? Najpierw pracownik LPP w rozmowie z Clean Clothes Polska stwierdził, że "trudno zaprzeczyć faktom", a potem na stronie firmy pojawiła się informacja zarządu. To na razie jedyny oficjalny głos w tej sprawie i zarazem oficjalne potwierdzenie medialnych doniesień. "LPP nie posiada własnych mocy produkcyjnych. (…) Około 19 proc. oferty powstaje w Bangladeszu. Udział ubrań produkowanych na zlecenie LPP stanowi ok. 0,3 proc. całego eksportu odzieży z tego kraju" – przyznali szefowie producenta marki Cropp.

Oświadczenie zarządu LPP

Jeden ze współpracujących z LPP agentów ulokował w tym roku produkcję części odzieży marki Cropp (0,6% udziału w całości tegorocznych zamówień złożonych przez LPP w Bangladeszu) w fabryce, której siedziba mieściła się w budynku Rana Plaza. Budynek ten uległ tragicznej katastrofie budowlanej, która pociągnęła za sobą ponad tysiąc ofiar śmiertelnych. Odnalezione na miejscu katastrofy przywieszki Cropp, których fotografie znalazły się w mediach, prawdopodobnie były przygotowane dla mającej nastąpić w maju produkcji kolejnej partii towaru.


Bez zaskoczenia
Pytanie, kogo właściwie zdziwiło, że Cropp produkował ubrania w Azji? I czy potrzebowaliśmy namacalnego dowodu w postaci metki znalezionej w gruzach fabryki w Bangladeszu, by uświadomić sobie, że polskie firmy też tam produkują? – To prawda, że taka informacja właściwie niczego nie zmienia. Świat jest od dawna głuchy na podobne doniesienia, a my jesteśmy jeszcze jakieś 100 lat do tyłu. W kraju, gdzie 90 proc. konsumentów nie wie, czym właściwie jest Fair Trade, nie ma szans na reakcję – przekonuje w rozmowie z naTemat Wojciech Zięba, prezes Polskiego Stowarzyszenia Sprawiedliwego Handlu.

Fair trade - międzynarodowy ruch mający na celu rozwój etycznego handlu, opartego na współpracy bogatych krajów z biegnymi oraz poszanowaniu praw pracowniczych.


Podobnego zdania jest Rafał Bauer, biznesmen, prezes zarządu Black Lion NFI S.A. i bloger naTemat. Komentując sprawę fabryki w Bangladeszu zwrócił uwagę, że przychody polskiego sektora tekstylnego już od dawna liczyć można w miliardach, ale nikt nie zastanawia się, co jest przyczyną tego sukcesu. "Martwiące jest to, że praktycznie cały potencjał wytwórczy tej branży ulokowany jest za granicą, a konkretnie w Azji. W efekcie miliardy złotych wydawane na zakupy odzieży i szeregu akcesoriów zasilają Turcję, Chiny, a coraz częściej Bangladesz" – napisał.

Polski kapitał korzysta z pracy pół niewolników kabotyńsko wyposażając się w oświadczenia producentów, iż zatrudniają wyłącznie pełnoletnich i dbają o właściwe warunki pracy. To nie my jesteśmy winni wyzyskowi – zapewnia w artykule jeden z przedsiębiorców – to wy kłócicie się o każdego centa za przeszycie T-shirta. CZYTAJ WIĘCEJ


Bojkot i hipokryzja
Tym bardziej dziwić mogą niektóre komentarze, w których postuluje się bojkot produktów Croppa i innych marek należących do LPP. To już przerabialiśmy. W ubiegłym roku klienci zupełnie zignorowali akcję przeciwko H&M, w ramach której wolontariusze wkładali do kieszeni ubrań metki z informacją o fatalnych warunkach pracy w Kambodży.

– Bojkot to nie jest dobre rozwiązanie. Koniec końców najgorzej wychodzą na nim sami pracownicy – podkreśla Maria Huma. Jak mówi, z jej dotychczasowego doświadczenia wynika, że jakiekolwiek zmiany mogą zaistnieć tylko w dwóch przypadkach: – Albo w wyniku zmian w prawie czy jakichkolwiek zachęt ze strony państwa, albo za sprawą działań samych producentów, którzy nie chcą zrażać klientów.

Póki co na nic takiego się nie zanosi. LPP w swoim oświadczeniu napisało, że "bada możliwość przystąpienia do porozumienia, które da szanse na unikanie tragedii podobnych do tej, która miała miejsce w budynku Rana Plaza". Część internautów wyśmiewa zaś kolejne "wzmożenie" z prawami pracowników z Azji w tle zarzucając innym hipokryzję.

Karol

Może zrezygnujecie z rolniczych produktów UE dofinansowanych w tak wielki sposób, że afrykańskie produkty są o tyle droższe, że nikt ich tutaj nie kupi? Dzieciakom nie mówicie: nie kupujcie spodni za 8 dych, a sami uwielbiacie błyskotki z krwawymi kamieniami za ciężkie pieniądze. A kto z was zrezygnował z produktów Apple'a? Śmieszne!"


Marek

Nie produkujmy ubrań w Bangladeszu. Ludzie stracą pracę, ale sumienie będzie spokojne. O tym, że umarli z głodu nikt nie napisze. Obok trupa nie będzie metki z napisem koszula. Ot, lewacka filozofia


Hubert

Proste, lepiej żeby tam tego nie robili i pozdychali z głodu. Na prawdę bardziej im pomożecie nie kupując tych produktów.


– Taki argument, że ci pracownicy tak czy owak skazani są na głód i marną egzystencję, jest po prostu marnym wykrętem od interwencji. Niech komentujący w ten sposób zadadzą sobie pytanie, czy podobnie podeszliby do sytuacji swojej rodziny? Czy chcieliby, by miała do wyboru: umrzeć z głodu albo przymierać głodem? – odpowiada na to Wojciech Zięba.

Maria Huma z Clean Clothes Polska przekonuje, że takie myślenie to demagogia. – Zawsze można powiedzieć, że dla takiego pracownika lepszy suchy chleb niż żaden i że pracuje z własnej woli, a nie przymusowo. Problem w tym, że za tym stoi organizacja, firma, która może sprawić, by ci ludzie godnie żyli – kwituje.

Czytaj także:

"Poszukiwania smartfona, który nie jest zbroczony krwią". Czy polski konsument podejmuje wybory etycznie?

Pięć znaków, które mają uspokoić nasze sumienie, ale nie mówią całej prawdy? Fairtrade, nie testowano na zwierzętach..
Trwa ładowanie komentarzy...