Grupa naTemat

Uciekinier, słabeusz i "przegrany". Żołnierz korporacji, który został surferem

Uciekinier, słabeusz i "przegrany". Żołnierz korporacji, który został surferem
Uciekinier, słabeusz i "przegrany". Żołnierz korporacji, który został surferem Fot. Krzysztof Majak / naTemat.pl
– Odchodzę, jadę na Dominikanę – powiedział do swojego szefa Jacek Gadzinowski. Nie odpowiadała mu rola demiurga, korporacyjne absurdy i używki jako metoda na codzienność. I choć wiele osób nazwało go idiotą, nie żałuje swojej decyzji o odejściu z systemu korporacyjnego, na którym nie zostawia suchej nitki.

Jak wyglądało twoje życie w korporacji?


Jacek Gadzinowski: Właściwie w kilku korporacjach. Byłem w wiodącej korporacji telekomunikacyjnej tzw. telekomie, w koncernie mediowym, zajmującym się grami komputerowymi, w firmie produkującej i sprzedającej sprzęt AGD, dużym czołowym sklepie internetowym z ambicjami giełdowymi. Pracowałem też w agencji reklamowej. Polskie filie lub polskie firmy dążą do ideału korporacjonizmu, ale nie zawsze im się to udaje. Mam więc pewien przegląd stanu rzeczy. Wydawałem duże budżety lub je zdobywałem, oszczędzałem miliony jednym pociągnięciem długopisu. Wpływałem w ten sposób na dziesiątki osób, które mogły zarobić albo zostać zwolnione lub zatrudnione.

Co łączy te wszystkie organizacje?

Są bardzo podobne. Jest tam część ludzi mniej aktywna, której taki sposób życia pasuje. Tak jak sto lat temu ludzie przychodzili na taśmę i produkowali dziennie np. tysiąc śrubek, tak i dziś pracujemy. Tyle tylko, że dzisiaj robimy to w biurach, a garnitury, w które się ubieramy w korporacji, to są takie drelichy XXI wieku. Dalej jesteśmy robotnikami. Kiedyś narzędziem pracy była taśma, dziś komputer. Wszędzie jest system godzinowy, jakaś forma kontroli pracowników, systemy ocen. W Polsce nie polegają one jednak na systemie motywowania, a na podnoszeniu efektywności pracowników. Liczy się wynik finansowy i to czasem w sposób karykaturalne i szkodliwy dla przedsiębiorstwa. 

Gdy zaczynałeś pracę w korporacjach było inaczej?


Dziś korporacje wyglądają inaczej niż jeszcze dziesięć lat temu. Wtedy wydawało się, że to "Eldorado". Były lepsze wynagrodzenia, korporacje dawały więcej możliwości, a przy tym nie było tylu zwolnień. Ludzie właśnie przez to godzą się dziś na niższe pensje, a korporacje optymalizują koszty. Największym kosztem w korporacji jest surowiec, jeśli produkujemy, albo właśnie ludzie jako pozycje w tabelkach excela. 

Kim jesteś z wykształcenia?

[Śmiech] Z wykształcenia jestem inżynierem, który znalazł się w PR, reklamie i marketingu. Studiowałem na Politechnice Częstochowskiej, gdzie m.in. miałem takie przedmioty jak metalurgia, chemia organiczna, statystyka, logika, cybernetyka czy krystalografia. Wiedziałem, co to jest odlewanie w kokilach itd. Kiedyś myślałem, że będę pracował w hucie i że to będzie całe moje życie. Pewnie gdyby dzisiaj nadal była komuna, to pewnie tak właśnie by było. Byłbym inżynierem i patrzył, czy się dobrze tę stal wytapia, czy piece martenowskie, które były później indukcyjne, dobrze funkcjonują. Tak bym żył i odcinał kupony. Kariera a’la inż. Karwowski.


Z huty do agencji reklamowej, trudno stwierdzić, która praca jest cięższa.

Jest taka łatka, przekonanie, że pracując w PR, reklamie czy marketingu wpływa się poprzez swoje działania na bardzo dużą ilość osób, czyli jest się takim "władcą dusz". W niektórych przypadkach jest to prawda, jeśli tworzymy kreatywne reklamy. Będę pewnie generalizował, ale nie oszukujmy się, 99 proc. polskiej reklamy to działania odtwórcze. Nie chcę obrażać swoich kolegów z branży, ale tak jest. My nie wymyślamy niczego, a jedynie adaptujemy, a niekiedy wręcz kradniemy („zapożyczamy”) pomysły, które widzimy u innych lub za granicą. Wymyślanie nowych rzeczy i ciągłe bycie pod presją przerasta nasz rynek reklamy. Mimo wszystko czujemy się demiurgami i mamy różne możliwości pokazywania temu ciemnemu ludowi, że nadal mamy na niego wpływ. Otaczamy się modnymi gadżetami, jak iPhone'y, iPad'y, chodzimy na imprezy branżowe, kupujemy w leasingu drogie samochody, szpanujemy mieszkaniami i domami na kredyt (po co chcemy zachwycić innych?). Ale rzeczywistej reklamy, która zmieniałaby świat, w Polsce nie widzę i nie zobaczę. 

To co twoim zdaniem robią ludzie w agencjach reklamowych? Cały dzień szukają inspiracji w internecie?

To, co zawsze mnie bolało i zastanawiało w przemyśle reklamowym, to swego rodzaju etos siedzenia do późnych godzin w pracy, bo w ten sposób pokazywało się swoje oddanie sprawie i że się ma milion pomysłów, co jest bzdurą. Jak ktoś zna wykres jakiejkolwiek efektywności pracy wie, że są „dwa piki” w ciągu dnia. Rano i ewentualnie w ciągu dnia około godz. 17 jesteś w stanie pracować na tyle, aby coś zrobić. Więc tam się siedzi godzinami, pije kawę, pali papierosy, bierze używki, czyta gazety lub przegląda Facebooka, gada przez telefon, bo trzeba wytrzymać kilkanaście godzin. Znam też takich, którzy leżeli pod biurkami i nie wychodzili z pracy po kilka dni. Wynika to z nieefektywnego zarządzania ludźmi. Ich jest czasem po prostu za dużo, a projekty są źle realizowane. Klienci nie do końca wiedzą, czego chcą i robią „milion poprawek”. To na nowo uruchamia cały proces i stres. To ludzie kreatywni walczą z tymi klientami i próbują udowadniać swoje wizje. Walczą też ze sobą nawzajem, skaczą do oczu. Ci ludzie siedzą i się kiszą, a efektem jest ich wymemłanie, spadek formy umysłowej. 

Na własne życzenie wychodzimy o godz. 21?


Niektórzy lubią taki tryb życia, chcą być też cały czas online lub „aktywni”. Wdają się w dyskusje branżowe, zamiast w tym czasie pracować. Gdybym teraz otworzył Facebook, to gwarantuję ci, że 40 proc. moich znajomych będzie gadało między sobą. Ja się zastanawiam, czy oni pracują, czy w tym momencie mają czas prywatny. Korporacje i przemysł reklamowy zlepiły życie osobiste z czasem, który poświęcamy na pracę. Ludzie pracują w soboty i w niedzielę, sprawdzają maile, by wiedzieć, co się dzieje w korporacji lub agencji reklamowej, czy ktoś czegoś nie napisał, czy nie trzeba szybko zareagować, czy nie mamy jakiegoś kryzysu albo coś się źle sprzedaje i trzeba jutro uruchomić inną reklamę. Sami wpędziliśmy się w stan „standby” i ciągle jesteśmy gotowi pracować. Jedziesz rowerem i ciągle patrzysz w telefon. Idziesz do kawiarni i zamiast rozmawiać z przyjaciółmi patrzysz w telefon. Jedziesz samochodem, gapisz się w ekran telefonu. To jest chore. 

Wspomniałeś też o używkach. Niedawno pisałem o tym, że ulubionym narkotykiem pewnej części Warszawy jest kokaina. Było to widać w korporacjach w których pracowałeś?

Używki w przemyśle reklamowym są rzeczą normalną, która nikogo nie dziwi. Oczywiście, że nikt oficjalnie tego nie powie. Ale ten poziom stresu, który generują korporacje i same agencje reklamowe – ludzie w nich pracujący, niezrozumienie drugiego człowieka, decyzje które nie są niczym podparte, sprzyjają temu. W agencjach mówi się czasem o "testach korytarzowych". Często dobre projekty z agencji przepadają bo nie są rozumiane – bez uzasadnienia ze strony korporacji. Korporacja też w swojej strukturze „walczy wewnętrznie” co przekłada się później na agencje reklamowe i odrzucanie czasem dobrych pomysłów i reklam. To są absurdy, problemy „pierwszego świata” a życie w takim wykreowanym świecie powoduje, że niektórzy miękną i potrzebują się albo ogłuszyć, albo speeda. Inaczej nie da się siedzieć 16 godzin w firmie i mieć ciągle nowe pomysły. 

Mówisz z własnego doświadczenia?

Kiedyś w nowej pracy przyszła do mnie koleżanka i powiedziała: "Chcesz kontakt do dobrego lekarza?". Odpowiedziałem że nie potrzebuje, bo jestem zdrowy. Ona odparła, że każdy tak mówi na początku, a wszyscy potrzebują prochów. Jej lekarz wszystko i szybko załatwia, a przy tym nie zadaje zbędnych pytań. Miał ponoć dostęp do wszystkich psychotropów itd. Powiedziała też: "Tu jest tak stresująco, że na palcach jednej ręki policzysz, kto nie jest na prochach". 

Nie od dziś się mówi, że amfetamina w korporacjach to norma.

W dawnych czasach modny był alkohol i eter, który wprowadzał w mityczny trans i czynił człowieka kreatywnym. Teraz jest chemia… Ci ludzie potrzebują zapomnieć. Gdy wracasz z korporacji, gdzie jesteś tłamszony albo zgniatany z ziemią, to uciekasz. Używki w korporacji czy reklamie nie są czymś, co buduje twoją wartość. To zwykła ucieczka przed rzeczywistym światem. 

Co w twoim życiu było momentem przełomowym? Adrian Falatyn się zakochał, Łukaszem Feldmanem wstrząsnęła utrata bliskiej osoby. Co Tobie pokazało, że czas zmienić swoje życie?

Kalendarz. Po prostu moją ówczesną wartością było to, że jestem "Excelem", a na moją ocenę wpływa to, co jest w tym "Excelu", jak ten arkusz zniknie to mnie nie będzie. Uznałem że nie jest droga życiowa, w którą można iść. Drugim powodem była kwestia zdrowotna, bo zacząłem podupadać fizycznie. Zawsze aktywnie uprawiałem sport, jeździłem po Europie, a jak trafiłem do korpo, to wszystko się skończyło. Przychodziłem z pracy i nic mi się nie chciało. Zanim nerwy puściły mijały 2-3 godziny. Podczas powrotu do domu byłem jak automat. Jechałem 45 minut i nie pamiętałem praktycznie niczego, co się dzieje od chwili wyjścia z firmy do momentu, gdy leżałem już na łóżku i włączałem telewizor. To był taki stan, jak bym się upił albo naćpał i urwał mi się film. Denerwował mnie też czas spędzany dziennie w samochodzie. To były 3 godziny dziennie, podczas których nic nie robiłem. Czas wyrwany z życia, siedzenie i denerwowanie się, podobnie jak tysiące ludzi dookoła mnie. Trąbienie na siebie, przeklinanie i zajeżdżanie sobie drogi.

A bezpośrednia przyczyna?

Był też bezpośredni powód, czyli kontuzja której nabawiłem się, uprawiając sport. Miałem wypadek podczas wyjazdu. Złamałem kostkę w kilku miejscach, co dało mi czas, aby pomyśleć. Zobaczyłem, kto jest przy mnie, a kto jest tylko mega interesownym kolesiem lub panną i jak się zachowuje względem mnie, gdy jestem kontuzjowany. Niektórzy zaczęli mówić, że jestem idiotą bo uprawiam sport w tym wieku. Pytali, po co mi to wszystko. Zobaczyłem, kto jest toksyczny wokół mnie. Suma tego bagażu zadecydowała, że poszedłem pracować na swoje. Byłem świadomy ryzyka, że pensja nie będzie mi już regularnie wpływała, że nie będę miał auta służbowego i karnetu na basen. I że może moja wartość społeczna będzie mniejsza do nie będę „bardzo ważnym Brand managerem, dyrektorem czy jakimś tam kierownikiem”.

Opłacało się?

Odkąd odszedłem z korporacji, świata agencji reklamowych i pracuję na swoim, mam więcej czasu, poznaję nowych ludzi, jestem spokojniejszy, dostrzegłem gdzie i na kogo tracę czas. Od wielu osób, które zostały w korpo, słyszę, że ciągle jeżdżę, że mnie ciągle nie ma. Wynika to trochę z zazdrości. Ludzie pracujący w korporacji wyładowują w ten sposób swoją frustrację i nie próbują zrozumieć tego że ja po prostu mam swoje pasje życiowe.

Poprzedni moi rozmówcy, którzy z wyboru i u szczytu kariery odeszli z korporacji wspominali o bardzo złych reakcjach otoczenia. Ludzie totalnie nie rozumieją, a nawet potępiają taką decyzję. U ciebie też tak było?


Przede wszystkim było zdziwienie, które przechodziło w agresję. Nie mogli zrozumieć, jak to jest, że człowiek pracujący w garniturze wybiera inną ścieżkę. W związku z tym, że nie pracuję jak oni i mam czelność powiedzieć, że korporacja to nie miejsce dla mnie i wolę realizować sportowe pasje, to jestem idiotą. Dlaczego? Bo zrobiłem sobie kontuzję w wieku ponad 30 lat i jestem już stary, nie dbam o siebie i o swoją rodzinę, nie szanuję się, nie dbam o przyszłość, tracę szansę na karierę zawodową itd. To wszystko usłyszałem od znajomych. Oprócz tego były też teksty w stylu idiota, debil, kretyn, człowiek nieodpowiedzialny. I to mówiły osoby, które niby mają „wyższe wykształcenie” czy mają odpowiedzialne stanowiska, które powinny sobą coś reprezentować w życiu. Dzisiaj z wieloma z nich nie utrzymuje już żadnych kontaktów, bo ich nie chcę.

Skąd to się bierze w ludziach?


Nie chcę uogólniać, ale my Polacy, przynajmniej niektórzy, mamy za niski poziom tolerancji wobec ludzi, którzy chcą żyć inaczej niż my, po swojemu. A ja w przeciągu trzech lat, odkąd zacząłem uprawiać sporty wodne, zwiedziłem mnóstwo miejsc, których nie miałbym szansy zobaczyć pracując w korporacji. Też spojrzałem na siebie, że podróże i przebywanie w otwartym środowisku uczy pokory, tolerancji i pozytywnego nastawienia do innych.

Kiedy miałeś wypadek?

Jak miałem 34 lata. Teraz mam 37. Niektórzy mówili, że moja decyzja to kryzys wieku średniego. Ale nie możemy postrzegać kogoś, kto podjął decyzję o podjęciu nowej drogi życiowej, której my nie potrafimy zrozumieć jako debila czy kretyna. Tylko dlatego, że nie spełnia pewnych norm społecznych. Część ludzi oczywiście bije brawo za tego typu decyzje, ale jest grupa która mówi: "to jest słabeusz bo się poddał". Albo, że jestem niedostosowany do życia. Moim zdaniem jest to podświadome tłumaczenie ludzi, którzy nie mieli odwagi, żeby podjąć taką decyzję, bo ona nie jest łatwa lekka i przyjemna. Zwłaszcza, jeśli ktoś jest żołnierzem korporacji. 

Chcesz powiedzieć, że podjęcie takiej decyzji nie oznacza głębokiego oddechu i wymarzonego odpoczynku?

Na początku jest tak, jakbyś był narkomanem, który odstawia dragi. Masz miesiąc, dwa czy trzy gdy nie wiesz, co ze sobą zrobić. Nie masz budzika, szefa wrzeszczącego nad tobą, nie masz wyników sprzedaży i całego ciśnienia. Nagle masz zupełnie inne życie i nie wiesz, co z nim zrobić. Może też się zdarzyć, że ktoś wróci do korporacji, bo tam było mu fajniej. 

Brzmi to trochę jak historie więźniów, którzy wyszli z więzienia i nie potrafią sobie poradzić na wolności.


No dokładnie i popełniają kolejne przestępstwa tylko po to, aby tam wrócić. Nie jest to łatwe. Pojawia się ogromny kryzys wewnętrzny i pytania, czy podjąłem słuszną decyzję. Choć u mnie ogromną rolę odegrał kitesurfing. Trzy miesiące po tym jak pierwszy raz zacząłem pływać na kite powiedziałem szefowi, że wybieram inną drogę. Zobaczyłem, że można pływać, jeździć po świecie i żyć inaczej, pracować zdalnie i w miarę to funkcjonuje. Szef zapytał o powód odejścia. Opowiedziałem, że wyjeżdżam na Dominikanę... Po prostu. 

Co robiłeś później?

Założyłem swoją firmę, która zajmuje się e-commerce'em, marketingiem internetowym i PR-em. Idzie całkiem dobrze, nie narzekam. Pływałem też na kite, później zacząłem na wake. Na pół gwizdka. Ale to się zmieniło w tym roku. Chce podnosić swoje umiejętności sportowe i podjąłem się treningu by wyjść z poziomu amator na pół-profesjonalizm. Trenuję z lepszymi od siebie – zaczynałem z Victorem Borsukiem, teraz trenuje z Łukaszem Ceranem by pokonać swoje ogranicznia. Tylko tak mogę nauczyć się więcej i lepiej, zdobyć też pokory i doświadczenia.


Pasje i praca, czyli masz z czego żyć?

Tak, ale nie robię tego dla kogoś. Jeśli coś zepsuję, robię to na własny rachunek. Jeśli dosięgnie mnie choroba pt. "chcę pływać bo są warunki" to mogę wyjechać na rok. Mogę wykonywać swoją pracę również na Rodos, w Brazylii czy w Wietnamie. Nie zarobię tyle, co na miejscu ale jest to wszystko możliwe. To kwestia wyboru i samoograniczenia. Dalej mogę wrócić do dawnego życia, bo wciąż mam propozycje z korporacji i agencji reklamowych, które z chęcią zatrudniłyby mnie na stanowisku dyrektora sprzedaży internetowej czy eksperta od marketingu. Tylko nie wiem, czy na dzień dzisiejszy bym się tam odnalazł, bo ważniejsza jest dla mnie prognoza wiatrowa i czy można pojechać popływać, albo jaki rozmiar latawca powinienem dzisiaj wybrać. Abstrakcja? Dla mnie już nie. To moje życie. 

Brzmi to jak spełnienie marzeń...


Jeśli nie będę chciał pracować, zamknę komputer. Jak zechcę, otworzę go znowu. Mam bloga www.gadzinowski.pl na którym też coś tam zarabiam lub pozyskam klienta. Dzisiaj jestem surferem z wyboru. To ja wyznaczam miejsce, w którym jestem i co robię, a nie robi tego za mnie ktoś inny, ze wszystkimi tego pozytywnymi i negatywnymi dla mnie konsekwencjami. To wiatr i woda zmieniały na plus moje życie, gdzie jestem zdrowszy, spokojniejszy, w lepszym balansie ze sobą, rodziną, znajomymi i otoczeniem. Otaczam się ludźmi którzy są pozytywni, pracuje z firmami i klientami którzy mnie rozumieją. Razem robimy fajne rzeczy i to mi sprawia satysfakcję.


ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
PracaKorporacje
Skomentuj