Darek Hoffmann, twórca SciFun: nauczyciele puszczają moje filmy na lekcjach

Darek Hoffmann, znany jako SciFun, opowiada nam o swojej pasji do nauk ścisłych.
Darek Hoffmann, znany jako SciFun, opowiada nam o swojej pasji do nauk ścisłych. Fot. Dariusz Hoffman
– Wszystko zależy od sposobu przekazywania młodym ludziom wiedzy – mówi Darek Hofmann odpowiadając wszystkim, którzy pogardzają rzekomą ignorancją dzisiejszej "gimbazy". On sam jest żywym dowodem na potwierdzenie tych słów – jego poświęcony naukom ścisłym kanał na YouTube śledzi ponad 200 tys. osób. W większości w wieku szkolnym.

Skąd wziął się pomysł na SciFun?

W jakimś sensie chodził za mną od dziecka, bo już wtedy zacząłem się interesować astronomią, a później także fizyką. W pewnym momencie postanowiłem podzielić się moją pasją z innymi.

I stąd “Nietuzinkowy Blog Naukowy”?

Tak jest. A kiedy okazało się, że blog odnosi sukcesy, postanowiłem spróbować czegoś innego, czyli przejścia na formę video. Inspiracją był dla mnie mój brat, Marek, znany szerzej jako AdBuster.

Czy w polskim internecie SciFun ma konkurencję?

Na pewno warto wspomnieć o programie Polimaty, prowadzonym przez Radka Kotarskiego. Z tym, że ja koncentruję się tylko na naukach ścisłych, podczas gdy w Polimatach poruszane są bardzo różne tematy z dziedziny psychologii, historii i w ogóle, szerzej rozumianej humanistyki. Poza tym na YouTube istnieje kilka mniej popularnych kanałów stricte naukowych, które traktować można jako formę korepetycji online.

Rozumiem, że SciFun nie ma takich ambicji?


Ja nie chcę nikogo nauczać. Ciekawi mnie po prostu świat i staram się moją fascynacją dzielić z internautami. Ale to nie jest systematyczny wykład konkretnych dziedzin nauki.


Skąd czerpie pan inspiracje do tworzenia kolejnych odcinków?

Przyznam, że z pomysłami nie mam problemu: tematy są już rozpisane na kilka miesięcy w przód. Pomysłów mam jeszcze więcej, jednak nie wszystkie nadają się do realizacji krótkiego filmu na ich temat.

Skąd się one biorą?

Z samego zainteresowania rzeczywistością, z wertowania podręczników akademickich czy serwisów naukowych. Korzystam często z zasobów NASA i JPL i serwisów uniwersyteckich w rodzaju Hyperphysics. Lubię również zerknąć na warsztat „kolegów po fachu” z zachodu, gdzie istnieje sporo bardzo wartościowych video-show popularno-naukowych, takich jak: MinutePhysics, Veritasium, czy Periodic Table of Videos.

Kim jest pan z wykształcenia?

Informatykiem.

Zakładam więc, że nie ma pan akademickiej wiedzy z fizyki czy chemii. Jak dba pan o merytoryczną poprawność kolejnych odcinków?

To dla mnie kluczowa sprawa. Na stronę merytoryczną kładę największy nacisk, bo mam świadomość, że program oglądają liczni młodzi ludzie i również z niego czerpią swoją wiedzę. To ogromna odpowiedzialność, dlatego pracując nad odcinkiem większą część czasu spędzam zgłębiając dany temat – samo kręcenie to tylko formalność. Zdaję sobie sprawę, że poważny, merytoryczny błąd, byłby początkiem mojego końca.


A czy często zdarza się, że ktoś wytyka jakieś mniejsze błędy? Jako dziennikarz portalu internetowego wiem, że internauci bywają pod tym względem bezlitośni.

Czasem miewam takie sytuacje. Pamiętam jedną z mojego pierwszego filmu, w którym mówiłem o locie wahadłowca. Ktoś zwrócił mi uwagę, że para wyzwalająca się przy starcie tego pojazdu pochodzi nie tylko ze spalania wodoru, o czym powiedziałem, ale również ze zbiornika wody umieszczonego pod wahadłowcem, o czym już nie wspomniałem. Czasem ktoś wytknie mi, że nie trzymam się ściśle naukowej nomenklatury, lub zwróci uwagę na drobne błędy językowe. Ale raczej nie mam hejterów. Moja widownia jest bardzo pozytywnie nastawiona do programu.


Skoro już mowa o widowni – kim są ludzie, którzy oglądają SciFun?

Duża część to ludzie młodzi, ale są także starsze osoby. Często piszą do mnie “szkoda, że za czasów mojej młodości nie było takich programów”. To bardzo miłe. Cieszę się także z reakcji rodziców, którzy wspominają o tym, że z radością pokazują kolejne odcinki swoim dzieciom.

A nauczyciele?

Oni też czasem się odzywają i to już jest zupełnie niesamowite, bo okazuje się, że nieraz puszczają moje filmy na lekcjach jako formę pomocy naukowej.

A pana nigdy nie korciło, żeby zostać nauczycielem?


Nie, mam wiele zastrzeżeń do dzisiejszego systemu edukacji.

Jakich?

Stosunkowo najłatwiejszy do naprawienia byłby sposób zarządzania szkolnictwem, któremu towarzyszyć musiałaby reforma administracji i zwiększenie nakładów na oświatę. Są jednak głębsze problemy: chodzi o czynnik ludzki. Otóż nie każdy nadaje się na nauczyciela, a dziś w tym zawodzie pracuje wiele osób, które są tam z przypadku i tak naprawdę źle się w tej roli czują.

To nie może dawać dobrych rezultatów.


Dokładnie tak. To m.in. z powodu takich osób uczniowie zaczynają postrzegać całą dziedzinę, której uczy dany pedagog, jako nudną. Trzecim powodem, dla którego nie podoba mi się dzisiejszy system edukacji, jest jego niesprawiedliwość tkwiąca w założeniu, że wszyscy powinni uczyć się tego samego, w tym samym tempie i w tym samym czasie. Widziałem gdzieś zabawną ilustrację tego problemu: oto na łące pod drzewem mamy psa, kota, fokę i rybkę w akwarium, a przed nimi stoi nauczyciel, który mówi: w zgodzie z naszą podstawą programową dziś będziemy się uczyć, jak się wspiąć na drzewo.

Jak na kogoś, kto trzyma się z dala od nauczycielstwa, ma pan całkiem dużo do powiedzenia na temat edukacji. Czy mimo tego, że nie chce pan pracować w szkole, postrzega pan swoją działalność jako rodzaj misji?

Może trochę. Ale przede wszystkim chodzi mi o wspieranie edukacji. Staram się “zajawiać” młodych ludzi nauką, ale samo nauczanie pozostawiam już profesjonalistom.

Czy gdyby Ministerstwo zaprosiła pana do współpracy w roli konsultanta, pomagającego zreformować sposób przekazywania wiedzy, zgodził by się pan?

Nie wiem, bo nie mam kwalifikacji np. do układania programu nauczania. Ale podobnie jak wielu innych ludzi widzę, że system edukacji wymaga zmian. Jednym z rozwiązań może być sięgnięcie po nowoczesne technologie, w tym internet. Dzięki niemu można sprawić, że przekaz i sposób nauczania najlepszych nauczycieli można replikować i kierować do wielu uczniów: w ten sposób częściowo rozwiązany zostanie problem niedostatku dobrych, ożywianych autentyczną pasją nauczycieli.


A jak na pański program reagują środowiska akademickie? Czy miał pan jakieś sygnały z tej strony?

Dostałem kilka bardzo miłych emaili z gratulacjami od doktorantów. Podkreślali, że doceniają to, co robię, zwłaszcza w obliczu upadku misji edukacyjnej telewizji.

To chyba niezbyt silny odzew. Może akademicy powinni bardziej interesować się popularyzacją nauk ścisłych?


Popularyzacja istnieje. Ale podam też przykład czegoś, co nie istnieje. Na Zachodzie YouTube wyrasta już na ważny obszar dla realizacji idei „public understanding of science” i oprócz inicjatyw oddolnych, tworzonych przez pasjonatów, możemy też „uczyć” się tam od supergwiazd tej dziedziny, takich jak prof. Brian Cox, prof. Richard Dawkins, dr. Neil DeGrasse Tyson, prof. Lawrance Krauss, czy prof. Michio Kaku. W Polsce tego nie ma. Brakuje nam obecnie celebrytów-naukowców, charyzmatycznych postaci, porywających widzów swoją pasją i autorytetem.

Wiele osób twierdzi, że dzisiaj młodzi ludzie nie chcą się uczyć. Pogardliwie mówi się o nich “gimbaza”, dodając, że w głowie im tylko imprezy, internet i inne “głupoty”. Zgadza się pan z taką optyką?

Nie. Uważam, że wszystko zależy od sposobu przekazywania młodym ludziom wiedzy. Przecież dzieci są urodzonymi naukowcami: są ciekawe świata, dociekliwe, ciągle chcą wiedzieć “dlaczego”. Od najmłodszych lat zadają pytania, rozkręcają zabawki, kombinują.

A co się dzieje później?


Później te ich cechy się zatracają. I to przez nas, dorosłych. Bo mówimy “nie wolno”, “a po co?”. Następnie dzieciaki idą do szkoły, gdzie trafiają na nauczycieli bez pasji, bez przekonania do tego, co robią. I szybko zjawiska i tematy, które kiedyś wzbudzały ciekawość, stają się dla młodych ludzi częścią nudnej i wymuszonej szkolnej wiedzy.

Trwa ładowanie komentarzy...