Lęk, ból, rezygnacja - triathlon w Zielonce. Mój pierwszy na dystansie olimpijskim

Zawody triathlonowe
Zawody triathlonowe Fot. Robert Robaszewski / Agencja Gazeta
Zielonka 2013, koło Warszawy. W miejscu gdzie mało kto wie znajdują się piękne, naturalnie czyszczone zbiorniki wodne – Glinianki. Dookoła las. To tu w temperaturze prawie trzydziestu stopni rozegrane zostały zawody triathlonowe na dystansie 1.5 km – pływania, 40 km – jazdy na rowerze i 10 km biegu. To amatorskie spotkanie co roku już od dziesięciu lat przyciąga tych, którzy chcą pokonać swoje słabości. Mistrzostwa klubu „Lechitów” to mała, nienagłaśniana impreza w której rywalizują między sobą, kobiety, mężczyźni, seniorzy i juniorzy.

Fenomen tej imprezy polega na tym, że organizator – Pan Bogdan Krysiński, przy nie wielkiej pomocy swojego kolegi za własne pieniądze stara się popularyzować tę dyscyplinę. To społecznik, triathlonista, Iron man. Jestem pełen podziwu dla Ciebie Bogdan. Ciesze się, że mogłem wziąć udział i z sukcesem stanąć na linii mety. Choć była to dla mnie droga przez mękę.

LĘK – pływanie na dystansie 1.5 km

Jak się później okazało, pływanie było dla mnie najłatwiejsze. Pewnie dla tego, że najkrótsze. Choć po pierwszych trzystu metrach miałem ochotę zakończyć swoje zawody. Myśl taka pojawiła się po tym jak zaczęły docierać do mnie różne, wcześniej nie znane odczucia. Po wskoczeniu do wody, która przy brzegu, przy temperaturze powietrza trzydzieści stopni była jak zupka, po kilku dziesięciu metrach zrobiła się lodowata. Wiry. To naturalne zjawisko, które występuje na otwartych wodach. Wiedziałem o tym, ale wcześniej nie myślałem, że będzie aż tak odczuwalne. Do tego adrenalina i niezła przepychanka w wodzie z innymi uczestnikami, którzy walczyli o jak najlepsze miejsce. Wiedzieli co robią. Płynęli równiutko. Jak po kresce. Czego ja nie mogę powiedzieć o sobie. Mój kolega Robert, który stał na linii brzegu mówił mi, że płynę zygzakiem. Przez to miałem do pokonania trochę więcej niż inni. Mimo że starałem się co jakiś czas wychylać i sprawdzać gdzie są boje, to zawsze byłem od nich za daleko. Myśl, że jestem na otwartej przestrzeni w wodzie i że muszę przepłynąć trzy razy prawie od jednego końca jeziora do drugiego napawała mnie lękiem.

Pierwszy nawrót poszedł gładko. Wychyliłem głowę sprawdziłem w którą stronę mam płynąć i zanurzyłem się do kraula. Spokojnie mam jeszcze przed sobą sporo do przepłynięcia – pomyślałem. I znowu to samo zimna woda – jak lód, co powoduje że zaczyna mi szybciej bić serce. Robię się nerwowy, a tego chciałem uniknąć, bo od tego to już tylko chwila do zachłyśnięcia się wodą. Muszę opanować emocje – powtarzałem w myślach. Muszę uspokoić oddech. Nagle między ręce wpada mi jakiś glon. Wystraszony zwalniam i na chwilę się zatrzymuję. Niby nic takiego, ale może to wybić człowieka z rytmu. Jedna pętla za mną. Zostały jeszcze dwie. Dam radę – powtarzam sobie. Przecież dłuższe dystanse pływałem w basenie. No właśnie w basenie, a nie w jeziorze. To ma znaczenie.

Co jakiś czas coś mnie smera po brzuchu. Woda jest zielona, zmienią swoją temperaturę. W momencie jest jak zupka, a zaraz potem jak lód. O rany. Żebym chociaż płyną prosto. A tu znosi mnie. Kolejny nawrót i kolejna prosta. Nagle czuję, że ktoś mnie uderza nogą. To ponad siedemdziesięcioletni mężczyzna, który próbuje mnie wyprzedzić. Na dodatek płynie żabką, czyli teoretycznie wolniejszym od kraula stylem. No nie, tak być nie może – mówię sobie i przyśpieszam. Lewa ręka, prawa ręka, Wciskam dłonie w tafle wody. Przyśpieszam oddech, włączam mocniej nogi. Jest, odsadziłem go. Zaczynam się rozkręcać. Jest boja. Teraz nawrót i ostatnie pięćset metrów. Dam radę, dam, radę. Choć cały czas czuję, że przepełnia mnie poczucie lęku. Muszę zwolnić, bo jeszcze nie koniec. Jeszcze może się coś stać. W każdej chwili mogę złapać skurcz. Jedna boja, druga boja. Jest i trzecia. Za nią nawrót i ostatnia prosta. Mijam ją i na chwilę wynurzam głowę, żeby zobaczyć gdzie płynąć. Przez chwilę postanawiam uruchomić nogi do żabki, żeby ocenić pozycję przeciwnika. Jest blisko. Goni mnie tą cholerną żabką. I ja przez chwilę nią płynę. Naglę czuję, że to nie dobry pomysł. Odczuwam delikatny skurcz nóg. Organizm daje mi do zrozumienia, że lepiej będzie jak będę płynął kraulem. Słucham się i wracam do kraula. Wrzucam piąty bieg i heja. Jest dobrze już się niczego nie boję. Czuję, że dam radę. Jestem spokojny, silny i wiem co robić. Poczucie lęku znika. Udało mi się go przezwyciężyć. To ja wygrywam, nie on. Ostatnie metry w wodzie. Ostatnie sekundy. Sunę jak nowo narodzony. Daje z siebie wszystko. Dobijam do brzegu, czuje zmęczenie, nogi mam z waty. Wspinam się po skarpie i biegnę po rower. Zaczyna się kolejny etap.

BÓL – 40 km jazdy na rowerze

Zanim ruszyłem, musiałem się przebrać. Nie myślałem, że najtrudniej będzie naciągnąć koszulkę na mokre ciało. Potem skarpetki i buty. Jeszcze tylko kask, okulary i ruszam. Pierwszy kilometr prowadzi przez las, ścieżkami mało prostymi. Pomyślałem, że dobrze , że mam rower górski a nie szosę. Śmiałem się, bo w planie miałem jechać na rowerze veturillo. Jako, że nie mam roweru, swój pożyczyła mi żona. Góral się spisał, tylko że zapomniałem podnieść siodełko i nie działa ostatnia przerzutka – ta która pozwala na rozwinięcie większej prędkości. Wyjechałem na drogę asfaltową, minąłem dwóch zawodników i przycisnąłem pedał. Po dziesięciu kilometrach wjechałem na rondo na którym się trochę pogubiłem. Przez to trójka zawodników mnie minęła. Na szczęście szybko się zorientowałem, że nie tędy droga i zawróciłem. Z racji tego, że to amatorskie zawody, to i amatorskie było oznakowanie trasy – nie zawsze widoczne. Nadrobiłem jednak stracone kilometry, dogoniłem i wyprzedziłem dwójkę zawodników, którzy wcześniej mnie minęli. Pamiętałem, żeby dużo pić. Zaplanowałem sobie, że będę pił co pięć kilometrów. Co dziesięć będę przygryzał baton. Amatorski snickers jak przystało na zawody. Bez problemu pokonałem trzecią piątkę. Nagle zacząłem czuć lekki ból w prawej skroni. Nie byłem pewien, czy to czasami nie przez kask. Był dość ciasno założony. Pomyślałem, że poluzuję go trochę. Nie pomogło. Ćmienie było, ale ból był do zniesienia. Zacząłem więcej pić. Zbliżałem się do dwudziestego kilometra. Stał tam Robert, który miał przejąć mój bidon i go napełnić. Dziś wiem, że dwa bidony to minimum. Muszę sobie sprawić drugi. Nawrotka i zaczynam drugie dwadzieścia kilometrów. Od Roberta przejmuję pełny bidon i dociskam pedał. Nagle pojawia się ból. Boli mnie nad kolanem. Poniżej mięśnia czworogłowego, tuż nad kolanem. No, nie, tak nie może być – pomyślałem, co jest! Jeszcze nigdy mnie tu nic nie bolało. Zakwas, czy jakiś skurcz? Boli i to jak. A to dopiero dwudziesty piąty kilometr. Nie mogę tego odpuścić. Idzie mi nie najgorzej. Program Endomondo mówi, że jadę ze średnią prędkością dwie minuty i dwadzieścia sekund na kilometra. Jak dla mnie ok.

Próbuje wstać z siodełka, żeby docisnąć na górce. Auu. Boli. Nie mogę. Prawa noga gorzej niż lewa. Czuję jakbym miał dwa potężne kamienie. Próbuję zluzować mięśnie, ale to nie pomaga. Jeszcze tylko dziesięć kilometrów. Zwalniam i zrzucam na niższy bieg. Widzę jak najlepsi już po nawrocie zbliżają się do końca. Przede mną jeszcze górka. Muszę dać radę. Nie przestaję, pedałuję. Wiem, że jak stanę to będzie już po zawodach. Mam siłę woli, brakuje mi sił mięśni. Boli coraz mocniej. Głowa i nogi. Zakwas jak nic. Prędkość spada do trzech minut na kilometr. Jeszcze tylko kilometr. Ten najgorszy. Po lesie, kamieniach i dziurach. Każdy podskok koła wywołuje ból. Dam radę. Zaciskam zęby i dojeżdżam do mety. Ból pokonany.

REZYGNACJA – 10 km biegu

Myśl o rezygnacji pojawiła się zaraz po zejściu z roweru. Nie mogłem zrobić nawet kroku. Nogi były porządnie zakwaszone. Zostało tylko i aż dziesięć kilometrów biegu. Ale jak mam biec jak nie mogę iść? Nie zastanawiam się, ruszam.

O Boże, to nie może być prawda. Pierwsze kilka kroków uświadamia mnie, że nie będzie to bieg. Oby truchtać.

Dystans dziesięciu kilometrów był pokonywany dookoła jednego ze zbiorników wodnych. Pętla wynosiła kilometr i sześćset metrów. Do przebiegnięcia było sześć kółek i jeszcze kawałek. Co kółko chciałem rezygnować. To nie był bieg. Truchtałem i to z wielkim trudem. Otuchy dodawali mi mijający mnie zawodnicy. Oddychaj, dasz radę, dobrze ci idzie – krzyczeli. Atrakcji na trasie nie brakowało. Biegłem między dziećmi, które to z rodzicami przyjechały nad wodę się poopalać. Między zwierzętami, które pływały w wodzie. Ludzie na plaży, leżąc krzyczeli dawaj dawaj. Byli też tacy, co się nabijali. Byli to dobrze zbudowani, ale z brzuchami od piwa, łysi panowie, którzy krzyczeli, dawaj, może piwka? Zobacz kobieta cię wyprzedziła. Odpowiadałem im, że zapraszam na trasę. Uwierzcie mi, że jak się biegnie w miejscu, gdzie co kawałek czuć zamach karkówki z grilla, czy kiełbasy, ma się ochotę stanąć, zrezygnować z dalszej części biegu i wbić swoje zęby w chrupiącą skórkę. Masakra. To dodatkowe walory triathlonu z Zielonce. Klimat nigdzie indziej niespotykany.

Nie wiem jak to zrobiłem, ale udało mi się dobiec do mety. Tym samym ukończyłem swój pierwszy triathlon. Czas pozostaje dużo do życzenia, ale cieszę się, że mogłem poczuć jak to jest być triathlonczykiem. Jest nad czym pracować. Teraz czas na regenerację. Potem na trening.

/Wojciech Bałkowski jest dziennikarzem Polsat News/
Trwa ładowanie komentarzy...