Biegam, więc jestem, czyli jak pozwoliliśmy, by jogging zawładnął naszym życiem [wywiad]

Na coraz popularniejszy w Polsce sport, jakim jest bieganie, warto spojrzeć z czysto naukowej perspektywy. Co ten fenomen mówi o tym, jacy jesteśmy?
Na coraz popularniejszy w Polsce sport, jakim jest bieganie, warto spojrzeć z czysto naukowej perspektywy. Co ten fenomen mówi o tym, jacy jesteśmy? Fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta
Dziś w Polsce bieganie to już coś znacznie więcej niż moda: to niemal obowiązek. Nowa, świecka religia. To, co było kiedyś przyjemnością, stało się dla klasy średniej kulturową powinnością dbania o swoje ciało, zdrowie i ducha. Dlaczego nie uciekniemy przed bieganiem? O polskim fenomenie tego sportu opowiada nam socjolożka Dorota Olko. – Ostatnio znajoma opowiadała mi o półmaratonie, w którym biegła. Mówiła, że czuła się jak dziecko, które spadło tam z księżyca, bo biegła w zwykłych spodenkach i koszulce, a wszyscy dookoła, prawie bez wyjątku, ubrani byli w specjalne ciuchy. Od stóp do głów – mówi.

Polska oszalała na punkcie biegania. Wedle badań żaden sport nie zyskuje tak wielu nowych zwolenników, a wydatki Polaków na tę dyscyplinę rosną w zawrotnym tempie. W ogólnym biegowym szaleństwie wielu z nas nawet nie zastanawia się, skąd się ono wzięło? O co w nim chodzi? Dorota Olko, socjolożka z Instytutu Socjologii UW opowiada naTemat o tym fenomenie z perspektywy nauk społecznych. W swojej pracy naukowej zajmuje się m.in. stylami życia i sportem. Pisze doktorat poświęcony temu, jak na co dzień dbamy o swoje ciało.



Zajmujesz się sportem od strony teoretycznej. A jak jest z praktyką? Trenujesz coś?

Dorota Olko: Jako dziecko przez wiele lat tańczyłam, przez pewien czas grałam w tenisa. Później aktywność sportowa zaczęła sprowadzać się do siłowni i fitnessu. Poza tym jeżdżę na rowerze, w zimie na nartach, a wczoraj pierwszy raz poszłam na boks. Czasami biegam i przede wszystkim dużo chodzę (śmiech). Brzmi to jak żart, ale według badań TNS OBOP z 2011 r. spacery to, obok jazdy na rowerze, główna aktywność fizyczna Polaków.

Twój doktorat poświęcony jest pracy nad ciałem m.in przez sport. Czy twoje własne motywacje jeśli chodzi o uprawianie sportu też są związane właśnie z troską o ciało?

Trudno zaprzeczyć. Moja przygoda z fitnessem zaczęła się w wieku kilkunastu lat z powodu obsesji na punkcie sylwetki. W swoich badaniach m.in. szukam odpowiedzi na pytanie, jak to się dzieje, że tak łatwo ulegamy presji dbałości, niekiedy obsesyjnej, o ciało. Wiele mówi się o kwestiach genderowych, o wpływie mediów, mnie interesuje przede wszystkim wpływ sfery rynkowej na praktyki kształtowania ciała.

Mówisz o tym, że uprawiamy sport, bo z różnych względów czujemy się zobowiązani do dbania o własne ciało. Jednak gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego staram się uprawiać jogging, odpowiedziałbym pewnie: “Bo lubię, bo to przyjemne i zdrowe”. Chociaż, prawdę mówiąc, kiedy wracam po pracy do domu, to często najchętniej zasiadłbym przed telewizorem, a nie szedł biegać. W tym konkretnym momencie to rzekomo przyjemne bieganie jest raczej katorgą (śmiech).

Nie jesteś odosobniony – większość ludzi (co widać w statystykach GUS-u) deklaruje, że sport to po prostu przyjemność. Oczywiście sport z założenia jest formą relaksu, spędzania wolnego czasu. Jednak znamienne jest, że mówiąc o własnej aktywności użyłeś określenia „STARAM SIĘ uprawiać jogging”. To doskonale pokazuje, jak współczesna kultura zamienia to, co było przyjemnością, w konieczność, a przynajmniej powinność. Kiedy czytasz porady ekspertów, że aktywność fizyczna to recepta na zachowanie zdrowia, zaczynasz myśleć o sporcie jak o swego rodzaju lekarstwie czy terapii, a jak wiadomo, nie wszystkie lekarstwa są smaczne, a zabiegi medyczne przyjemne…

Skąd więc te deklaracje o tym, że sport to przyjemność?

Ostatnio robiłam badania dotyczące zumby – formy fitnessu, która kładzie ogromny nacisk na element zabawy. Moje rozmówczynie deklarują, że chodzą na tego typu zajęcia dla przyjemności, jednak wszystkie opowiadają podobną historię – zanim trafiły na zumbę zmuszały się do fitnessu, siłowni, bo czuły, że powinny się ruszać. Zumba była dla nich swego rodzaju „wyzwoleniem” od tych ograniczających i nużących aktywności. Widać więc doskonale, że uprawianie sportu jest ciągle uwikłane w pewną sprzeczność. Z jednej strony wiemy, że powinniśmy mieć dużo samodyscypliny, z drugiej strony staramy się ten przykry obowiązek jakoś sobie osłodzić. Badacze zajmujący się cielesnością nazywają to “kalkulowanym hedonizmem”.

Z bieganiem jest podobnie?

Bieganie też jest takim balansowaniem: z jednej strony dyscyplina, z drugiej poczucie wolności, niezależności. Bieganie to coś, co możemy robić sami: wychodzimy z domu, jesteśmy niczym nieskrępowani, po prostu biegniemy. Zauważ, że to jeden z typowych sposobów promocji biegania. Jeśli popatrzysz np. na artykuły o joggingu, często pojawia się tam stwierdzenie: “możesz biegać wszędzie”, to zależy od ciebie. Ale z drugiej strony można zauważyć kolejny paradoks: cała rosnąca wokół biegów kultura ekspercka, wszystkie porady, trenerzy, cały biznes, który się wokół biegania kręci, reklamy, marketing – to wszystko generuje już dzisiaj pewną formę presji. Wśród ludzi wzrasta poczucie, że trzeba uprawiać ten sport, że to jest fajne, w takim lajfstajlowym sensie.

Ale mało kto przyzna chyba, że biega, bo to teraz modne.

To prawda. Czasami świadomość tej presji ujawnia się dopiero wtedy, kiedy mamy okazję się jej przeciwstawić. Doskonały przykład to popularność kampanii "Nie biegam" - zanim okazało się, że chodzi o środek na biegunkę, mnóstwo ludzi polubiło ten fanpage. Skoro tak chętnie korzystamy z możliwości zamanifestowania swojej niechęci do biegania, to jednak czujemy, że to jest jakiś kulturowy wymóg, przed którym czasami chcielibyśmy uciec.

Mam pewną teorię na temat obecnej popularności biegania. Jestem ciekaw, co o niej sądzisz. Czy nie jest tak, że ten właśnie sport wpisuje się dobrze w typową filozofię życia “lemingów”, czy też “korpoludków”? “Weź sprawy w swoje ręce”, “dąż do doskonałości”, “ciężko pracuj, a osiągniesz w przyszłości sukces”, “wszystko zależy tylko od Ciebie” – te hasła pasują zarówno do biegania, jak i pewnej wizji życia.

Zgadzam się z tym, co mówisz: chodzi o ciągłe przekraczanie samego siebie zgodnie z dominującą ideologią, że sukces zależy tylko od nas samych i naszej ciężkiej pracy. Od lat 90. taką samą złudną opowieść samo słyszymy na temat kariery zawodowej, stąd twoja słuszna intuicja. Kampanie promujące bieganie mówią, że to sport dla każdego, że liczy się wyłącznie systematyczność. I często ludzie dążą do swoich biegowych celów, nie licząc się z kosztami – chociażby z kontuzjami, czyli paradoksalnie z utratą zdrowia.

A nawet życia – tak jak było w przypadku niedawnej tragicznej śmierci na mecie "Biegnij Warszawo".

Bieganie wpisuje się w kult zdrowia, ale przecież lekarze coraz częściej lekarze zwracają uwagę, że niekoniecznie „biegać każdy może”. A przynajmniej nie tyle, ile by chciał. Ludzie często starają się bić własne rekordy za wszelką cenę, wzajemnie się napędzają. Jednocześnie odchodzą od kolektywnych form spędzania wolnego czasu, a pracujemy na siebie, na swój osobisty sukces. Widać to choćby po fakcie, że spada odsetek osób uprawiających sporty drużynowe. Bieganie wpisuje się w ogół zjawisk określanych mianem kultury indywidualizmu.

Znam to z własnego doświadczenia. Choć mam kumpli, z którymi od czasów liceum regularnie graliśmy w piłkę, dziś zebranie w jednym miejscu i czasie 10 osób chętnych pokopać graniczy z cudem…

Oczywiście – tutaj kłania się także brak czasu. Łatwiej nam wyjść rano i pobiegać te pół godziny czy 40 minut, ale już trudniej jest się spotkać i grać w piłkę nożną. Zauważ, że jak się popatrzy na co dzień na biegaczy na ulicach, to rzadko widać osoby, które biegają z przyjacielem, chłopakiem, dziewczyną. Najczęściej biegają sami, z słuchawkami w uszach.

Ale w internecie są podejmowane różne próby budowania wokół biegania jakiejś społeczności: choćby proste apele, żeby biegacze pozdrawiali się nawzajem na ulicy.

No jasne. Podobnie działo się w Stanach Zjednoczonych, gdzie w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych tworzyła się kultura biegania: najpierw bieganie było zindwidualizowane, później zaczęły się tworzyć społeczności biegaczy. W Polsce też mamy różnego rodzaju oddolnie organizowane biegi, albo inicjatywy w stylu “She runs the night”, gdzie coś robimy razem, gdzie chodzi o rozrywkę i o namiastkę doświadczenia wspólnotowego. To pokazuje, że tęsknimy za ową wspólnotowością, jednak coraz częściej musimy ją sobie kupić. Zamiast grać w piłkę z grupą przyjaciół, płacimy za udział w obrandowanym biegu. Swoją drogą to pozdrawianie się, o którym mówisz, ma nie tylko wymiar społecznościowy. Chodzi też o odróżnienie się od innych, w ten sposób wyodrębniamy się spośród tych, którzy nie biegają.

No właśnie. Bo wiele osób bardzo chwali się tym, że należy do “subkultury” biegaczy. To jest taki “lajfstajl”, w którym chyba czasem bardziej chodzi o gadżety, niż o samo bieganie.

Ostatnio znajoma opowiadała mi o półmaratonie, w którym biegła. Mówiła, że czuła się jak dziecko, które spadło tam z księżyca, bo biegła w zwykłych spodenkach i koszulce, a wszyscy dookoła, prawie bez wyjątku, ubrani byli w specjalne ciuchy. Od stóp do głów. Na początku czuła się niepewnie, ale w trakcie biegu okazało się, że ona tych „profesjonalnych biegaczy” wyprzedza. To dobrze pokazuje, że często na pierwszy plan wysuwa się motyw stylizacji codziennego doświadczenia, autoekspresji i autokreacji.

Stąd chyba tak duża popularność wrzucania swoich biegowych wyników do mediów społecznościowych. To taki komunikat: “patrzcie, jaki jestem fajny”.

Też tak mi się wydaje. Chcemy się bieganiem pochwalić i Facebook jest jednym z bardziej użytecznych narzędzi ku temu. Porównujemy się z innymi, ale to jednak inny rodzaj rywalizacji, niż w wyczynowym sporcie. Chodzi raczej o wysłanie komunikatu: “pracuję nad sobą, idzie mi coraz lepiej” i o wzajemne napędzanie się. Pokazujemy w ten sposób, jak bardzo jesteśmy zdyscyplinowani, bo jednak w kulturze klasy średniej samodyscyplina jest jedną z najważniejszych wartości. Specjalne aplikacje do liczenia kilometrów, czasu i kalorii pomagają też lepiej kontrolować to, co się robi, a jak pokazują badania stylów życia prowadzone w Instytucie socjologii UW przez Macieja Gdulę i Przemysława Sadurę, klasa średnia dąży do wprowadzenia porządku w każdej sferze życia.

Czy bieganie jest właśnie sportem klasy średniej?

To, co dzieje się obecnie w Polsce wokół biegania przypomina trochę wspomniany wcześniej boom wokół joggingu, który miał miejsce prawie pół wieku temu w USA. W latach siedemdziesiątych klasy niższe traktowały bieganie jako fanaberię „białych kołnierzyków”, czyli w uproszczeniu – wyższej klasy średniej.

Ja czasem mam wrażenie, że dziś biegają wszyscy.

To jednak złudzenie, według najnowszej Diagnozy Społecznej biega 7,4 proc. Polaków, choć rzeczywiście biega nas coraz więcej, co również znajduje odzwierciedlenie w statystykach. Jeszcze kilka lat temu bieganie nie było tak powszechne. Z analiz, które robiliśmy w Instytucie Socjologii, wynikało, że bieganie to sport typowy dla klas wyższych, które w sporcie szukały głównie czystej przyjemności, a więc stroniły np. od siłowni, gdzie tłum ludzi poci się, żeby mieć zgrabne ciało. Wydaje się, że dzisiaj bieganie przestaje być sportem alternatywnym, wyróżniającym, staje się bardziej masowe i jednocześnie bardziej skomercjalizowane. Wypada zainwestować w określony strój, ale znamienne, że coraz częściej można go kupić również w dyskoncie.

No właśnie, żeby biegać wystarczy kupić sobie buty za 200 zł. Chyba nie można powiedzieć, że to kiedykolwiek był sport zarezerwowany dla elit. Przecież elitarne są sporty drogie: yachting, golf, jeździectwo, czy choćby tenis.


Oczywiście. Jednak to mit, że bieganie nic nie kosztuje. Często mówi się, że jest tanie, bo nie trzeba kupować karnetu, drogiego sprzętu, itd. Ale trzeba mieć wolny czas, który jest pewnym zasobem, trzeba mieć także siłę i energię, o którą trudno, gdy pracuje się fizycznie. I wreszcie trzeba mieć np. możliwość opłacenia niani, żeby mama mogła pobiegać. Mówiąc ogólnie, wbrew temu, co słyszymy w mediach, nie każdy może sobie pozwolić na uprawianie sportu, nawet na pozornie tanie bieganie.

Takie ukryte koszty?

I to koszty spore. Ale bezpośrednie wydatki na ten sport też są duże. Przeczytałam ostatnio, że Polacy w 2012 roku wydali na bieganie 1,5 mld. zł. To naprawdę robi wrażenie. 30-40 lat temu na zachodzie temu bieganie okazało się idealnym sportem do wchłonięcia przez machinę marketingową właśnie dlatego, że ma tak wiele znaczeń: może wiązać się z dbałością o zdrowie, z manifestacją określonej postawy życiowej (w tamtych czasach bieganie wiązało się np. z postawą proekologiczną), z potrzebą niezależności, wolności, przyjemności na świeżym powietrzu. To wszystko można świetnie sprzedać i dotrzeć do bardzo różnych grup.

Mówiąc o sporcie odwołujesz się do klas społecznych. Czy to jest tak, że siłownia jest np. typowa dla osób o niższym statusie, a squash to cały czas sport menedżerów i dyrektorów?

Trudno jest mówić o bezpośrednim związku konkretnych dyscyplin z jakąś klasą społeczną. Różnice ujawniają się natomiast na poziomie tego, czego w danym sporcie szukają ludzie z określonej klasy, z jakim nastawieniem go uprawiają. Doskonale to widać na przykładzie siłowni – są różne siłownie skierowane do różnych grup odbiorców.

Poza tym to, co było elitarne jakiś czas temu, po pewnym czasie staje się dosyć powszechne, bo klasy średnie mają to do siebie, że aspirują i naśladują, wciąż gonią klasę wyższą – widać to również w sporcie. Klasę ludową zwykło się kojarzyć z dążeniem do ukształtowania silnego ciała, co ma związek m.in. z wykonywaniem określonego typu pracy i orientacją na to co praktyczne, użyteczne. Ale tutaj trzeba być ostrożnym, te różnice są coraz bardziej subtelne. I nie zapominajmy, że dbałość o ciało jest w pewien sposób użyteczna także dla klas średnich.

I jaki użytek ma ze sportu klasa średnia? Czy chodzi tylko o wspomniane wcześniej zdrowie?

Jak sam zauważyłeś, sport to też praca nad sylwetką, praca nad ciałem. Współczesna kultura podpowiada nam, że ciało to coś plastycznego, co możemy w dowolny sposób kształtować, to jakby materialny wyraz konstruowanej przez nas tożsamości. Socjologowie i antropologowie zajmujący się cielesnością podkreślają jednak, że praca nad ciałem to nie tylko autokreacja, lecz także środek do celu.

Jaki to cel?

Np. powodzenie w życiu osobistym czy zawodowym. Inny slogan: „W zdrowym ciele zdrowy duch” wskazuje na związek między ciałem a emocjami. Zadbane ciało i określony typ sylwetki są swego rodzaju dowodem na to, że kontrolujemy swoje życie, jesteśmy pełni energii, kreatywni, zdyscyplinowani, czyli posiadamy cechy wysoko cenione w kulturze korporacyjnej. Nie bez powodu klasa średnia dostaje od pracodawców karty Multisport. Kryje się za tym sugestia, jak powinno się wyglądać w tej pracy. Chociaż wykonujemy pracę umysłową, a nie fizyczną, okazuje się, że wygląd i “bycie fit” są ważne.

Sport staje się też sposobem na odreagowanie stresu związanego z pracą. Kolorowe czasopisma nieustannie zachęcają nas do „aktywnego wypoczynku” i przekonują, że wydzielające się po treningu endorfiny pozwolą zapomnieć o codziennych troskach.
Trwa ładowanie komentarzy...