"Byłem pewien, że dostanę kulkę w głowę". Wywiad z porwanym przez piratów kapitanem Phillipsem

Kapitan Phillips opowiedział nam o tym jak został porwany przez somalijskich piratów
Kapitan Phillips opowiedział nam o tym jak został porwany przez somalijskich piratów Fot: Krzysztof Majak/naTemat.pl
Jedni uważają go za bohatera, inni za lekkomyślnego ryzykanta. W dniu premiery filmu "Kapitan Phillips" z Tomem Hanksem, prawdziwy kapitan Richard Phillips zdradza nam kulisy ataku piratów na jego statek. "Przeżyłem prawdziwy koszmar. Byłem przekonany, że moja historia skończy się kulką w głowie" - opowiada nam Phillips.

O co chodzi?

W kwietniu 2009 roku Administracja Morska USA ostrzegła wszystkie statki, by trzymały się w odległości co najmniej 1100 km od wybrzeży Somalii. Kontenerowiec płynący do Kenii, którym dowodził kapitan Richard Phillips, znajdował się zaledwie 440 km od portu w Somalii. Na pokład wtargnęło czterech piratów, załoga odparła atak, ale bandyci porwali kapitana statku. Po kilku dniach Phillipsa odbili żołnierze USA.

Na podstawie jego historii nakręcono film z Tomem Hanksem w roli głównej oraz wydano książkę "Kapitan. Na służbie".


Słyszałem, że pan wcale nie jest bohaterem. Swoim zachowaniem naraził pan wielu marynarzy na niebezpieczeństwo.



Kapitan Richard Phillips: Parę osób próbuje oczernić moje dobre imię. Marynarze to dziwne towarzystwo... Ktoś wywęszył okazję do zarobienia pieniędzy, więc pozwali mnie i firmę, że rzekomo naraziłem ich życie. Tylko dlaczego wnieśli pozew dopiero po jakimś czasie? Dlaczego nie zrobili tego od razu? To brzmi podejrzanie.

Może część pańskiej załogi na początku sprawdzała na jakich podstawach wnieść pozew? Podobno zignorował pan ostrzeżenia, by trzymać się z dala od piratów.

Nie sądzę. Po prostu chcą mnie oczernić. Co do ignorowania ostrzeżeń, to nie można tego tak nazwać.

Jak inaczej to nazwać? Administracja Morska USA doradzała, by statki trzymały się jak najdalej od Półwyspu Somalijskiego. Pan to zignorował.

To były tylko zalecenia. Nie miały sensu jeśli spojrzymy na cel, do którego płynęliśmy. Maersk Alabama płynął z Dżibuti do Mombassy. Jeśli pan spojrzy na mapę to zauważy pan, że omijając ten rejon mielibyśmy ponad dwa razy dłuższy rejs. To nie miałoby sensu.

Ale może uniknęlibyście piratów?

Wątpię. Piraci i tak wypływali na dalekie wody. Mieli do pomocy ogromne statki-matki, które pomagały im oddalić się od lądu. Nawet gdybyśmy byli i tysiąc mil od brzegu to i tak mogliby na nas napaść. Nie wierzę w te ostrzeżenia. Zawsze byłem tego świadom i mówiłem swoim ludziom, że prędzej czy później spotkamy się z piratami. Mówiłem im, że pytanie nie powinno brzmieć „czy” tylko „kiedy” nas zaatakują. Po prostu byli wszędzie. Na tych wodach niemal każdy statek może mieć na pokładzie piratów. Dokładnie to opisałem w swojej książce.

Przed tymi zajściami spotkał się pan z piratami?

Tak. Już dzień wcześniej ścigały nas trzy motorówki. Tyle, że bandyci wybrali zły moment do ataku. Morze było lekko wzburzone, więc mieli problemy z zaczepieniem drabiny do abordażu. Wykorzystaliśmy ten fakt i za pomocą pewnych manewrów udało nam się odeprzeć ich atak.

Następnego dnia morze było spokojne?

Tak, to był idealny dzień do abordażu. Zresztą niedługo przed atakiem powiedziałem to moim marynarzom. Piraci, którzy nas zaatakowali nie mogli trafić na lepszy dzień. Myślałem, że damy radę ich odeprzeć, jednak szczęście stało po ich stronie.

Mimo wszystko, ciężko mi jest pojąć, jak czterech piratów mogło z poziomu łodzi motorowej wejść na pokład i opanować ogromny okręt.

Teraz zasady się zmieniły i pływają z nami uzbrojeni ochroniarze, którzy zapobiegliby takiemu atakowi. Tyle, że wtedy, kiedy zostaliśmy zaatakowani, nie mieliśmy ochrony. To oni mieli broń, więc nią straszyli. Poza tym mieli szczęście - ich drabina, za pomocą której weszli na pokład Maersk Alabama, miała idealną długość. Mieli sporo szczęścia, jeśli chodzi o początek ataku.

Później już nie?

Mnie złapano, ale moim ludziom udało się uciec i ukryć w jednym z pomieszczeń na statku, które stało się ich twierdzą. Stamtąd marynarze przejęli kontrolę nad Maersk Alabamą i uniemożliwili piratom operowanie statkiem. Poprzez rozbujanie okrętu udało się zatopić ich motorówkę, co uniemożliwiło im ewentualną ucieczkę. Na dodatek moim ludziom udało się uwięzić ich przywódcę, dzięki czemu mogli negocjować moje uwolnienie.

Na czym polegały te negocjacje?

Piraci mieli wypuścić mnie, a moi ludzie ich człowieka. Mieliśmy pozwolić im uciec. Zaproponowałem, by do wymiany doszło na łodzi ratunkowej. W każdym innym przypadku piraci mieliby szansę po raz kolejny przejąć kontrolę nad statkiem, a tak bez swojej drabiny nie mieli szans powrotu na Maersk Alabamę. Jedyny problem był taki, że kiedy wypuszczono ich człowieka piraci zmienili zdanie i postanowili zabrać mnie ze sobą.

Słyszałem pogłoski, że wymyślił pan wymianę na łodzi ratunkowej dlatego, że miał pan życzenie śmierci. Według częścii załogi popełnił pan karygodne błędy. Mimo ostrzeżeń o pirackich atakach pan wypłynął na niebezpieczne wody... Wiedział pan, że w marynarce jest pan skończonym człowiekiem.

Nic z tych rzeczy. Po prostu miałem zamiar pozbyć się piratów z mojego statku. Wiedziałem, że jedyną szansą jest zwodowanie łodzi ratowniczej i zwabienia ich na nią. Tyle, że miałem nadzieję, że uda mi się jakimś cudem im uciec. Nie sądziłem, że mi się to nie uda.

Spędził pan z nimi cztery i pół dnia na łodzi. O czym rozmawialiście?

Nie byłem zainteresowany tym, by bliżej ich poznać. Porwali mnie, traktowali mnie instrumentalnie. Byłem z nimi tylko po to, by mogli na mnie zarobić. Wiedziałem, że moje życie dla nich się nie liczy. Kilka razy celowali do mnie z AK-47 i robili ruch, jakby do mnie strzelali. Wiedziałem, że jeśli nie dostaną okupu, zginę.

Ale o czymś przecież musieliście rozmawiać.

Tak, tak rozmawiałem. Na tyle, na ile musiałem. Nawet zdarzyło nam się żartować... Raz ja śmiałem się z czegoś co oni nieudolnie robili, raz oni śmiali się ze mnie. To chyba normalne, że przez cztery i pół dnia nie będziemy siedzieli i się na siebie gapili. Po jakimś czasie zaczynacie ze sobą rozmawiać. Powtarzałem im głównie to, by mnie wypuścili. Nie chciałem za to nic wiedzieć o ich życiach. Bo choć mówili, że sytuacja ich do tego zmusiła, to wiem, że w Somalii można inaczej zarabiać. To był ich samodzielny wybór. Jedyne co tak naprawdę mnie zaciekawiło to to, że ich przywódca urodził się w chrześcijańskiej rodzinie i dopiero później przeszedł na islam.


Znajdując się na łodzi ratunkowej miał pan nadzieję, że pan przeżyje?

Nie. Bardzo chciałem przeżyć, ale byłem przekonany, że moja historia skończy się kulką w głowie. Nie spodziewałem się, że amerykańskim wojskom uda się mnie odbić.

Z jednej strony mała łódka, z drugiej dwa wojenne okręty USS Bainbridge i USS Halyburton. Mogli znieść piratów jedną salwą, ale zginąłby też pan.

Tak, to był pojedynek Dawida z Goliatem. Ale mimo, że my siedzieliśmy w małej kapsule ratunkowej to piłka była po stronie piratów.

Sytuacja patowa. W końcu jednak Amerykanie zdecydowali się użyć strzelców wyborowych...


Miałem naprawdę wielkie szczęście, że udało mi się wyjść z tego cało. Trzech napastników zginęło. Ostatniego pirata uratowało tylko to, że był na pokładzie innego statku i prowadził negocjacje.

Teraz został skazany na 33 lata w więzieniu. Czy myślał pan o tym, by się z nim spotkać?

Absolutnie nie. Mam te sprawy za sobą. Ten człowiek jest zły. Chciał mnie zabić. Miał gdzieś moje życie i to kim jestem. Dlaczego miałbym się z nim zobaczyć? Przez tego człowieka przeżyłem prawdziwy koszmar. Jest bandytą, który zasługuje na więzienie.

Część ludzi uważa, że Somalijczycy zostają piratami z biedy i naprawdę nie mają innego wyboru.

Mają wybór. Te osoby postanowiły pójść na łatwiznę. Zobaczyli, że mogą zarabiać pieniądze napadając i porywając innych. Nie powinniśmy im okazywać litości czy współczucia. Oni nie zasługują na żaden szacunek, bo go innym nie okazują. Zamiast pracować, jak normalni ludzie, cały czas napadają na statki.


Czy piractwo wciąż jest problemem?

Oczywiście. Choć bandyci zniknęli z okolic Somalii, to dają o sobie znać na innych wodach. Słychać o napadach na Filipinach, w Indonezji, w okolicach Ameryki Południowej. Do tego po drugiej stronie Afryki, w okolicach Nigerii zaczęli pływać równie groźni piraci. Tak więc teraz nie pozostaje nam nic innego, jak zatrudniać na statkach uzbrojoną ochronę.

Podobno marynarze nadal niechętnie wypływają z panem w rejs?

To bzdury. Jakoś nie mam problemów z załogami z którymi pływam po morzach. Jednak przyznam, że przez 14 miesięcy nie mogłem wykonywać zawodu. Uwielbiam morze, więc to była dla mnie mordęga. Co do niechętnych mi marynarzy, to ktoś rozsiewa plotki, by mnie zniesławić. Nie jest tak, że nikt nie chce ze mną pływać.

Pływa pan od ponad 35 lat. Czy spotkanie z piratami to było pana najgorsze przeżycie na morzu?

Tak. Ale jako kapitan miałem inne tragiczne wydarzenia na pokładach moich okrętów. Raz wybuchł pożar w maszynowni i czterech marynarzy zginęło. Nie mieliśmy szans ich uratować. To było okropne. Poza tym pływałem wśród huraganów czy tornad. To też może człowieka przerazić.

Przejdźmy do filmu "Kapitan Phillips" o pana przygodach. Czy jest pan zadowolony z faktu, że zagrał pana Tom Hanks?

Mógłby trochę przytyć i stać się nieco przystojniejszy. A tak szczerze, to bardzo fajny facet. Kilka razy mnie odwiedził przed kręceniem zdjęć i trochę ze sobą pogadaliśmy. To znaczy on gadał, bo to lubi robić, a ja musiałem go słuchać. Jednak opowiada na tyle ciekawie, że byłem w stanie to wytrzymać. Ale być może zadziałała magia Toma Hanksa (śmiech).

Trwa ładowanie komentarzy...