Dr hab Jacek Kochanowski z UW napisał na Twitterze, że Bratkowska powinna "wyskrobaną zygotę wsadzić w słój, zapeklować i wysłać panu księdzu"
Dr hab Jacek Kochanowski z UW napisał na Twitterze, że Bratkowska powinna "wyskrobaną zygotę wsadzić w słój, zapeklować i wysłać panu księdzu" Fot. YouTube/ Ania Aina Grodzka

To nie słowa z podwórka, a dr hab Jacka Kochanowskiego – socjologa z UW. Kochanowski napisał to na Twitterze i podkreślił, że "św. Zygota" to "patronka oszołomów". Po raz kolejny okazało się, że fanatycy są po obu stronach barykady – i że po obu stronach są tak samo szkodliwi. - Czy dr hab. nie stać na mniej prymitywne wyłożenie własnych racji o aborcji? - pytał potem dziennikarz Agaton Koziński.

REKLAMA

Dr hab Jacek Kochanowski to specjalista od gender. Do tej pory nie był znany z kontrowersyjnych wypowiedzi. Wręcz przeciwnie – był uważany za jedną z osób, które w temacie gender wypowiadają się logicznie i spokojnie, bez ideologicznych i emocjonalnych argumentów.

Teraz całe to wrażenie padło. A wszystko przez wpis na Twitterze. Gdy trwała burza wokół słów Katarzyny Bratkowskiej o aborcji w Wigilię, socjolog postanowił bronić kontrowersyjnej działaczki. Niestety, zrobił to w sposób przypominający nie poważanego naukowca, a sejmowych pieniaczy: Krystynę Pawłowicz, Stanisława Piętę czy Stefana Niesiołowskiego.

"Bratkowska powinna wyskrobaną zygotę wsadzić w słój, zapeklować i wysłać panu księdzu. Niech kanonizują św. Zygotę. Patronkę oszołomów" – napisał na TT dr Kochanowski. I wywołał prawie taką burzę, jak Bratkowska.

Jedni wskazywali, że socjolog za wszelką cenę szuka rozgłosu. Inni – że po prostu pokazał swoją prawdziwą naturę. W większości jednak Kochanowskiego spotkała miażdżąca krytyka. Głosów broniących jakoś nie było słychać.

Jedna z komentujących wytykała też Kochanowskiemu, że takimi wpisami szkodzi idei tolerancji i genderowi. Podkreślała, że przecież to lewica ma być stroną tolerancyjną, kulturalną, która używa argumentów, a nie młota.

Nauce taki język nie przystoi! Podobnie zareagował dziennikarz "Polski The Times" Agaton Koziński. Zapytał socjologa: "Czy dr hab. nie stać na mniej prymitywne wyłożenie własnych racji o aborcji? Musi Pan od razu obrażać?". Odpowiedzą było, że przecież druga strona, na przykład Krystyna Pawłowicz, używa takiego języka. Koziński wskazywał, że jeśli socjolog chce więc dorównać do polityków, to niech zacznie się przedstawiać jako jeden z nich, zamiast "podważać autorytet UW".

Mimo to, Kochanowski bronił się na Twitterze przed atakami. Pisał, że "będzie walczył z oszołomami", bo szlag go trafia, gdy ich słucha. Podkreślał przy tym, że nie ma pogardy dla katolików. I pytał, dlaczego ma szanować oszołomów, skoro oni nie szanują jego. Nabijał się też, że katolicy mają "kruche uczucia" - skoro tylko "wspomniał o zygocie", a oni "już piszą list do rektora".

Prawie jak polityk Być może socjolog nie zorientował się w porę, że jest krytykowany nie tylko przez "oszołomstwo". Wiele komentarzy uderzało bowiem w ton, że naukowcowi nie przystaje tak się wypowiadać. I trudno się z tym nie zgodzić. Przyzwyczailiśmy się do tego, że politycy rzucają mięsem i obelgami w swoich rywali – i robią to w sposób bardzo niewybredny.

Ba, przyzwyczailiśmy się do ostrego dyskursu nawet wśród wykładowców. Prof. Magdalena Środa nie raz i nie dwa wywoływała lawiny komentarzy swoimi tekstami, prof. Andrzej Zybertowicz często bardzo ostro ocenia obecny rząd. Czasem ostre sądy wydają katoliccy wykładowcy. Ale do tej pory nie było chyba jeszcze wypowiedzi naukowca, która byłaby tak mocno i jednoznacznie krytykowana przez wszystkich – od lewa do prawa.

Uniwersytet powinien go ukarać? Od razu powstała też kwestia tego, co z Kochanowskim teraz zrobić. Czy powinien przed uczelnią odpowiedzieć za swoje słowa? Czy Uniwersytet Warszawski powinien wyciągnąć wobec niego jakieś konsekwencje? Na ile uczelnia może regulować wolność słowa swoich pracowników?

Oczywiście, wiele osób twierdzi, że socjolog powinien co najmniej dostać naganę, zaś w nieco skrajniejszych opiniach – stracić posadę. O ile jednak to sprawa wewnętrzna UW, to dla społeczeństwa powstaje pytanie: gdzie szukać normalnego, kulturalnego języka debaty publicznej, jeśli nawet akademiccy wykładowcy używają takich sformułowań? Nawet publicystyczna wojna między prawicą i lewicą rzadko kiedy rzuca takie teksty. Nie zdziwiłbym się, gdyby koledzy-naukowcy dr Kochanowskiego teraz się od niego odcięli – bo trudno uznać, by takie słowa mogły pozytywnie wpływać na reputację środowiska naukowego, a nauki o gender w szczególności.

Zdaje się, że faktycznie dr hab Jacek Kochanowski zapomniał, że fanatyzmu fanatyzmem się nie zwalczy. Sam zaczął być fanatyczny – i pokazał po raz kolejny, że ekstremizm to porażka po każdej stronie. Nie tylko na prawicy.