Grupa naTemat

W szkole specjalnej dla tybetańskich uchodźców. Czyli jak pomagać podczas podróży filantropijnych

Fot. Daria Mejnartowicz
Dehradun, 9-26 luty 2014 – Zaczęło się od spotkania XIV Dalajlamy podczas 13. Światowego Spotkania Laureatów Pokojowej Nagrody Nobla w Warszawie oraz dr. Tseringa Wangchuk, ministra zdrowia Tybetu. W możliwie najszybszym terminie zorganizowałam wyjazd do północnych Indii, gdzie m.in. w takich miastach jak Dharamsala, Dehradun, Ladakh, mieszka ok. 150 000 tybetańskich uchodźców. W Dharamsala urzęduje Dalajlama oraz Rząd Tybetański na Uchodźstwie.

Cel: pomoc uchodźcom - dzieciom i dorosłym

Ustaliłam z ministrem, że celem mojej kolejnej wyprawy filantropijnej będzie praca w Ngoenga School for the Tibetan Children with Special Needs, zebranie pomocy medycznych, o które poprosił Tsering, rehabilitacyjnych i sportowych dla dzieci z ośrodka. Zorganizowanie wyprawy zajęło mi trzy i pół miesiąca. Na niezbędne do wjazdu na teren obozu dokumenty PAP (PROTECTED AREA PERMIT), Department Of Health Central Tibetan Administration Aplication Form czekałam ponad 3 miesiące.

Dużo łatwiejsze okazało się uzyskanie wsparcia, jakie dostałam od 49 osób i instytucji. Dzięki działaniom Edyty Musielak i Natalii Pęcak (alumnek programu Vital Voices Chapter Poland), Państwa Rybińskich - zebrałam kilkanaście kilogramów pomocy medycznych, jak: stetoskopy, ciśnieniomierze, glukometry oraz zabawki rehabilitacyjne. Potem z pomocą w zakupach kolejnych rzeczy, które planowałam zabrać, oraz w ich transporcie, włączyli się m.in.: pracownicy Thera Band Poland, Qpharma, fizjoterapeuci z Carolina Medical Center, Main Events, Vital Voices Chapter Poland, Qatar Airways Poland, Fundacja Multis Multum, członkowie Warsaw Anglican Church, Centrum Medyczne Medicor, Apteka Bonis Avibus, OGICOM ‘Spider’, Damian Szeląg z Agencji Reklamowej ‘Kinggroup’.

Ostatecznie leciałam do Indii z 64 kg pomocy przeznaczonych dla Ngoenga School oraz tybetańskich ośrodków zdrowia w Dehradun i Dharamsala. Po dotarciu do Delhi czekało mnie dodatkowo 6 godzin niebezpiecznej, bo samochodem, podróży na północ kraju.

Po dotarciu do ośrodka Sonam Youguaz, nowy dyrektor szkoły powitał mnie, zakładając na szyję Katak - biały jedwabny szal, będący dowodem szacunku i przyjaźni. Pracownik administracyjny zaprowadził mnie do mojego skromnie wyposażonego pokoju i zaprosił na lunch do stołówki szkolnej. Tego dnia, jak prawie co dzień, serwowano ryż z dahl (soczewica, warzywa) i wyjątkowo z kawałkami soi.

Pogodowe zaskoczenie

Luty to okres zimowy w Dehradun znajdującym się u podnóża Himalajów, co oznacza temp. 17-25°C w ciągu dnia oraz 3-10°C w nocy. Nie używa się ogrzewania. Sugerując się dzienną temperaturą, wzięłam na wyjazd głównie letnie rzeczy i obuwie. Zimno od popołudniowych godzin było największym wyzwaniem podczas mojego pobytu. Spałam w zimowej pidżamie, bluzie polarowej, w narciarskich skarpetkach, pod masywną kołdrą, dwoma kocami i nadal było mi zimno. W nocy w budynku przez nieszczelne okna szalał wiatr.

Najbardziej oczekiwaną chwilą w ciągu dnia było wzięcie gorącego prysznica i wypicie gorącej herbaty przy wypożyczonym z fizjoterapii grzejniku. Moja łazienka jako jedna z niewielu w całym ośrodku była wyposażona w bojler elektryczny oraz miskę WC (z niedziałającą spłuczką). Dość często w powodu przerw w dostawie prądu moje wieczorne marzenie było niemożliwe do spełnienia.

Ośrodek pod okiem Dalajlamy

W ośrodku mieszka 105 osób, w tym: 47 wychowanków szkoły w wieku 7-30 lat, nauczyciele, wychowawcy (Home Parents), 2 pielęgniarki, 3 kucharzy, 2 fizjoterapeutów, administracja – wraz z rodzinami.


Wszystkie dzieci są upośledzone umysłowo (w stopniu od umiarkowanego po głębokie), kilkoro ma zespół Downa, autyzm, ponad połowa - jako efekt m.in.: polio, MPD i dystrofii mięśniowej - sprzężoną niepełnosprawność przejawiającą się zarówno problemami w obrębie narządu ruchu, jak i całą gamą objawów towarzyszących uszkodzeniu mózgu (padaczka, problemy z połykaniem, słuchem, wzrokiem). 30% dzieci jest prowadzane na wózkach inwalidzkich, karmione podczas posiłków.

Ngoenga School powstała w 2000 r. z inicjatywy i ze środków przekazanych przez XIV Dalajlamę. Pozostaje pod jego czujnym okiem, a także Ministerstwa Zdrowia. Dalajlama w dniu otwarcia (8.03) posadził na środku głównego placu Drzewo Bodhi (tzw. Kroczące) i pobłogosławił ośrodek. Regularnie go odwiedza. To jedyny specjalistyczny ośrodek dla tybetańskich dzieci niepełnosprawnych, nie tylko żyjących na uchodźstwie.

Mieszkają i uczą się w nim dzieci z Tybetu, Indii, Bhutanu oraz Nepalu. Program szkolny obejmuje 10 miesięcy, po czym większość podopiecznych jedzie na wakacje do swoich rodzin (lipiec-sierpień). Na miejscu zostają sieroty i ci, których rodzice nie są w stanie zapewnić podróży lub dobrych warunków pobytu w domu.

Ośrodek, który mieści się na kilku hektarach ziemi i obejmuje kilka budynków, jak: kuchnia, część mieszkalna, szkoła, w niej sala rehabilitacyjna, budynek dla gości wraz z salą do medytacji, śpiewu oraz imprez, jest co jakiś czas wspierany przez instytucje i indywidualnych sponsorów z całego świata.

Niemniej jednak potrzebuje jeszcze wiele środków i wysiłku, by nie budził sensacji odwiedzających go gości z ‘innego’ świata. Wyposażenie ośrodka, w tym zaplecze sanitarne, jest bardzo skromne. We wszystkich budynkach widoczne są skutki wilgoci.

Codzienne zajęcia w szkole

Dzień dla podopiecznych ośrodka zaczyna się o godz. 6.30. Ok. godz. 8.00 byłam rozbudzana mantrami śpiewanymi przez prawie 50-osobową grupę w sali znajdującej się pod moim pokojem, a dochodzące wibracje tej modlitwy powodowały w moim ciele ciarki. Zajęcia szkolne trwają do godz. 16.00, potem jest czas wolny, a o godz. 20.30 gasi się światło w salach. W każdej z nich mieszka 7-8 dzieci oraz kobieta i mężczyzna - przybrani rodzice.

Oprócz zajęć szkolnych i logopedycznych, dla osób mniej dotkniętych upośledzeniem prowadzone są zajęcia warsztatowe (occupational therapy), np. szycia na maszynie, plastyczne, robienia korali, zajęcia muzyczne. Imponujące były efekty pracy najstarszej dorosłej grupy podopiecznych – produkcja świeczek, różnego kształtu i koloru. Produkty te są sprzedawane Tybetańczykom spoza ośrodka i jest na nie większy popyt niż możliwości produkcyjne zespołu.

Przekazuję sprzęty

Pierwszego dnia mojej pracy odwiedziłam dwa ośrodki zdrowia dla lokalnej społeczności tybetańskiej: Dekyiling Health Centre oraz Rajpur Health Centre. W każdym z nich pracuje jeden lekarz wraz z zespołem: pielęgniarkami, laborantem, dentystą, technikiem rentgenowskim, położną. Warunki bardzo skromne.

Przekazuję kadrze zestaw pomocy z Polski: stetoskop, ciśnieniomierz automatyczny, glukometr wraz z zapasem pasków, Perskindol – maść na bolące mięśnie i stawy oraz zestaw artykułów na temat zdrowej diety w przypadku takich problemów zdrowotnych, jak: cukrzyca, choroby układu krążenia, w tym nadciśnienie, profilaktyka choroby nowotworowej. Instruuję pielęgniarki, jak i kiedy korzystać z prezentów. To nie jest oczywiste.

Dużą pulę pomocy przekazuję Tseringowi, ministrowi zdrowia, który chce doposażyć nimi ośrodki zdrowia w Dharamsala.

Spotkanie z młodą pielęgniarką

W Ngoenga School zaprzyjaźniam się z Tsering Yangzom, młodą pielęgniarką, która pracuje tak jak inni pracownicy medyczni na 3-4-letnim kontrakcie. Nie miała wyboru miejsca pracy – zostało ono wskazane przez Departament of Health w Dharamsala. Tsering żali się, że praca z niepełnosprawnymi dziećmi jest trudna i stresująca. Nie ma czasu na swoje życie prywatne. Mieszka jak wszyscy pracownicy w mieszkaniu służbowym.

Musi być dostępna 24/7, bo zdarzają się problemy np. z oddychaniem, a na wyposażeniu nie ma butli tlenowej. Tydzień przed moim przyjazdem zmarł 13-letni chłopiec w końcowym stadium dystrofii mięśniowej. Była bezsilna. Któregoś dnia pojechałam z nią do szpitala indyjskiego, żeby zrobić zdjęcie RTG płuc dziewczynce z podejrzeniem o nawrót gruźlicy.

Śmieje się, wspominając o wyzwaniach, jakie mają w związku z seksualnością nastoletnich dzieci.

Chciałaby wrócić do pracy klinicznej z pacjentami kardiologicznymi w szpitalu lub przychodni, jak wcześniej. Jej edukację oraz utrzymanie opłacała przez kilkanaście lat kobieta z Francji. Yangzom mówi o niej ‘mama i mentorka’, bo rodzice Tybetanki, kochający ją prości ludzie, nie byli w stanie doradzić optymalnej drogi edukacji i kariery. Utrzymują bliski kontakt. Sponsorka, obecnie pani po siedemdziesiątce, odwiedza ją w Indiach co kilka lat.

Fizjoterapia na miarę możliwości

W szkole pracowałam codziennie przez 5,5 godz. z wyjątkiem niedzieli. Zwykle towarzyszył mi w pracy Namdol, jeden z etatowych fizjoterapeutów, co rusz przypominając, żebym podczas ćwiczeń, a to głównie praca fizyczna, oszczędzała swoje plecy. Na 1,5-godzinne zajęcia ruchowe nauczyciele przyprowadzali ok. 6 dzieci, najczęściej najciężej dotkniętych przez chorobę – leżących, spastycznych, sztywnych lub wiotkich, osłabionych nieaktywnym trybem życia, otyłych (powód: smażone jedzenie, chipsy, słodkie napoje, duża ilość węglowodanów, mało owoców i warzyw).

Na sali fizjoterapii było na tyle zimno, że zwykle nie wchodziło w grę rozebranie dzieci z kurtek, a często i z obuwia. Dwóch fizjoterapeutów wyznaczonych do pracy w szkole, przez zaledwie kilka godzin dziennie, na zajęcia z tak liczną grupą dzieci w ciężkim stanie, to za mało, więc fizjoterapia przynosi adekwatne, przewidywalne – słabe rezultaty. Rehabilitacja neurologiczna, o ile jest regularnie prowadzona, często daje bardzo powolne postępy, a dodatkowo utrudniają ją inne towarzyszące choroby.

Dla porównania w Klinice ortopedycznej, w której pracuję, terapeuta pracuje indywidualnie z pacjentem przez 60 minut, min. 3 razy w tygodniu. Pacjent współpracuje z terapeutą, wykonując część ćwiczeń samodzielnie. W przypadku dziecka upośledzonego, często z zaburzeniami słuchu i wzroku, przykurczami i zniekształceniami w obrębie narządu ruchu, brakiem koordynacji, nie ma na to szans.

Jest zdane w 100 proc. na ręce terapeuty – zwykle ćwiczenia bierne i rozciąganie, w przypadku dzieci w lepszym stanie - core stability i stabilizacja, ćwiczenia aktywizujące samodzielność. Dodatkowo w czasie zajęć trzeba wyłapać moment, kiedy dziecko będzie potrzebować toalety, kiedy nie połyka śliny itp.


Po południu gram w piłkę nożną z chłopcami. Dostałam kilka piłek wraz z profesjonalnymi rękawicami piłkarskimi, które robią furorę, od Tomka Zabielskiego (ex-PZPN).

Czuję radość i spełnienie

Do swoich sukcesów podczas mojego pobytu zaliczam naukę personelu wykorzystywania pomocy do rehabilitacji, które otrzymałam m.in. od Thera Band Poland i innych, które przywiozłam, oraz po wcześniejszym przygotowaniu - postawienie na nogi 7-latka Chomphela. Chłopiec wcześniej spędzał życie na wózku, jedynie obserwując, jak inne dzieci bawią się samodzielnie w czasie przerw w zajęciach.

Gdy zauważyłam, że chłopiec jest w stanie kontrolować postawę ciała i aktywnie wykonywać pomocne mu ćwiczenia wzmacniające i stabilizujące, dzięki Jane i Davidowi, sponsorom z Polski, przekazałam mu zakupiony na miejscu chodzik.

Chłopiec na jednym ze zdjęć dumnie pokazuje medal, który wręczyłam mu za determinację, z jaką pokonywał wszelkie trudności podczas zajęć i codziennej praktyki z chodzikiem (mimo że się przewracał i miał odciski od pchania na delikatnych rączkach). Na medalu widnieje napis: ‘Każdy ma w sobie mistrza’. Nic dodać, nic ująć.

Po rozpoznaniu na miejscu potrzeb dokupiłam w mieście dla Dorjee, Tseringa, Rinzin pomoce do łatwiejszego poruszania się (chodzik i laski). Szkołę stać jedynie na niezbędne zaopatrzenie ortopedyczne.


Innym przykładem zauważalnych zmian, który dał mi satysfakcję, była praca z Konchok, młodym mnichem z pobliskiego Shachukul Monastry. Mnich po wypadku na motorze był bardzo osłabiony, miał poważne problemy z poruszaniem się, spędzał całe dnie w pokoju, medytując i studiując, był pesymistycznie nastawiony do życia.

Zrobiłam mu kilka sesji mentoringowych, przekazałam listę zadań ruchowych wraz z instruktażem i zdjęciami do wykonania z asystą kolegów-mnichów, kilka pomocy do ćwiczeń oraz wyprowadziłam z pomocą chodzika z ponurego pokoju na podwórko Monastyru – gdzie ćwiczył w promieniach słońca i z widokiem na Himalaje. Odżył. Dzięki Thera Band Poland załatwiłam mu dostawę do Indii pozostałych pomocy do rehabilitacji.

Moja propozycja skorzystania z masażu pleców czy karku spotkała się z zainteresowaniem pracowników pobliskiego Health Center oraz mieszkańców Ngoenga School.

Z racji doświadczenia menadżerskiego zostałam poproszona przez dyrektora o listę moich sugestii do zastosowania w codziennej pracy ośrodka. Dyskutowaliśmy na ich temat prawie każdego dnia. Rozmawialiśmy także, w jakim kierunku rozwinąć współpracę ze Specjalnym Ośrodkiem Szkolno-Wychowawczym z Tarnowskich Gór, który zgłosił się do mnie przed wyjazdem z propozycją zostania oficjalnym Partnerem Ngoenga School.

Czas się rozstać, ale nie skończyć pomagać

Po 2,5 tyg. pobytu przyszedł czas na pożegnanie. Dostaję od kadry i dzieci wzruszające prezenty: wykonane ręcznie przez Tenzina Kalsang świeczki, od dyrektora szkoły dyplom, rysunek tęczy od dzieci oraz - jak przystało na tradycję - biały szal, stanowiący niejako błogosławieństwo na moją drogę powrotną i dalsze życie.

Po powrocie planuję podjąć kolejne działania, by wspierać ośrodek podobnie jak inne, które odwiedziłam podczas swoich podróży filantropijnych. Mam przecież wokół siebie tylu wspaniałych i gotowych ludzi, by mnie w tym wspierać. ‘Stajesz się na zawsze odpowiedzialny za to, co oswoiłeś’ - powiedział lis do Małego Księcia.


Tybetańczycy z Dharamsala pozostaną w moim sercu oraz w działaniach. Dlaczego to robię? Któregoś dnia jedna z nauczycielek nieśmiało powiedziała mi: ‘You have been working so hard for our children. We all have seen this. It is not common. You did a great job with Chomphel. We are so happy for him’.

Dla tych, którzy chcieliby wesprzeć ośrodek, również wiedzą, doświadczeniem, materiałami, które przydadzą się w pracy nauczycieli, terapeutów, podaję kontakt do szkoły: www.ngoengaschool.org. Można to zrobić także za pośrednictwem Tibetan Voluntary Health Association: www.tibet.net/health. Kontakt do Darii Mejnartowicz: daria.m@onet.pl.
ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
CharytatywnośćTybet
Skomentuj