Grupa naTemat

Minister Edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska wysyła dzieci do szkoły, która "zmusza do myślenia". Czyli do prywatnej

Minister Edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska wysyła dzieci do szkoły, która "zmusza do myślenia". Czyli do prywatnej
Minister Edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska wysyła dzieci do szkoły, która "zmusza do myślenia". Czyli do prywatnej Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta
Pracują na państwowym, ale wolą prywatne. Okazuje się, że do tego grona należy również obecna minister edukacji. Joanna Kluzik-Rostkowska woli zapłacić, ale mieć pewność, co do jakości kształcenia swoich córek. Dlaczego? Bo jak stwierdziła w wywiadzie, prywatne szkoły "zmuszają do myślenia". W rozmowie z naTemat minister przeprasza nauczycieli ze szkół publicznych, którzy poczuli się dotknięci. – Nie to miałam na myśli – mówi Joanna Kluzik-Rostkowska.

Pod kuratelą ministra edukacji znajdują się zarówno szkoły publiczne, jak i prywatne, które stanowią ok. 10% ogółu. Wśród nielicznych uczniów, którzy chodzą do szkół prywatnych, są również dzieci minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej. Dlaczego?


Bo jak powiedziała w rozmowie z "Dużym Formatem", mieszka pod Warszawą, a do szkoły dzieci trzeba dowieźć. – Uznałam, że skoro mają przemierzać pół świata, to niech spróbują szczęścia w takich, które zmuszają do myślenia – czytamy.

Joanna Kluzik-Rostkowska
Minister Edukacji Narodowej

Szkoły do których chodzą moje dzieci, to są szkoły, do których sama bym chciała chodzić. Współpracujące. Takie, w których patrzy się na ucznia indywidualnie, bo przecież każdy ma indywidualny rytm i warto to docenić.


– To ogromnie niezręczna wypowiedź – mówi Krystyna Łybacka. Zdaniem byłej minister edukacji, wypowiedź Kluzik-Rostkowskiej to myślowe nadużycie.
– Skojarzenie jest natychmiast takie, że szkoły publiczne nie uczą myślenia. To wotum nieufności dla nauczycieli przyzwoicie pracujących w szkołach publicznych. Ja na miejscu pani minister pewnie bym przeprosiła, ale to kwestia wrażliwości – mówi była minister.

Nauczyciele dotknięci
Słowa Joanny Kluzik-Rostkowskiej dotknęły także środowisko nauczycielskie. Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego mówi, że odczuwa ogromny dysonans. – Nie ukrywam, że rzeczywiście jest zgrzyt. Takie słowa budzą protest i nie powinny paść z ust ministra edukacji narodowej. Byłoby lepiej, gdyby pani minister najpierw się zastanowiła, zanim coś powie – mówi Broniarz.

Joanna Kluzik-Rostkowska w rozmowie z naTemat przekonuje, że została źle zrozumiana. Nigdy nie uważała, że istnieje podział na dobre szkoły niepubliczne i złe - publiczne - Znam również doskonałe publiczne i pozostawiające wiele do życzenia niepubliczne. Czy moje słowa znaczą, że inne szkoły nie uczą myślenia? Nie rozumiem, dlaczego nauczyciel, który uczy myślenia i pracuje w fajnej szkole, mógł poczuć się urażony. Jeśli kogoś uraziły moje słowa to bardzo przepraszam. Nie taka była moja intencja – mówi minister edukacji, która całą sytuacją wyraźnie się przejęła.

– Są różne szkoły i takie też powinny być, bo i dzieci nie są takie same. Natomiast pojawiają się czasem sugestie, że szkolnictwo niepubliczne jest obok normy. A te szkoły zostały wywalczone przez podziemną "Solidarność" i bardzo dobrze, że są w Polsce już od 1989 roku. Mam wielu kolegów dziennikarzy, którzy mają dzieci w niepublicznych szkołach i mam nadzieję, że ich moje wybory nie dziwią. – mówi naTemat Joanna Kluzik-Rostkowska.

Nie ma powodu do wstydu
– Ja bym nie różnicowała tego, czy jedne uczą a drugie nie uczą myślenia. Tylko w ten sposób skomentuję tę sprawę – mówi o słowach swojej partyjnej koleżanki była minister edukacji Katarzyna Hall. Nieco bardziej rozmowny jest zaś Roman Giertych, który także jako minister edukacji, wybrał szkołę niepubliczną dla swoich dzieci. – W Polsce niektóre państwowe szkoły są bardzo dobre, szczególnie w Warszawie. Nie mają się czego wstydzić, jeśli chodzi o zmuszanie do młodzieży do myślenia – mówi minister.

Roman Giertych
Były minister edukacji

Jeżeli chodzi o czepianie się pani minister edukacji to przypominam, że zarówno szkoły prywatne jak i państwowe podlegają pod MEN. Są to takie same szkoły. Z punktu widzenia państwa, i tu i tu są dotacje, mają kontrole i realizują program. W innych krajach system szkół publicznych jest całkowicie oderwany od systemu szkół prywatnych. Nie widzę nic złego w tym, że panie minister wysyła swoje dzieci do takiej szkoły, jaką uważa za najstosowniejsze.


Krystyna Łybacka przyznaje, że nauczanie w szkole prywatnej może być lepsze, gdyż liczebność dzieci w tych placówkach jest dużo mniejsza. – Dzięki temu jest dużo więcej bezpośrednich rozmów i zainteresowania dzieckiem, bo jest na to czas. Stąd wynika to, że dziecko bardziej jest tam nastawione na dialog, a nie werbalną edukację. Poza tym, szkoły prywatne oferują cały wachlarz zajęć dodatkowych, na które nie każdego stać – mówi była minister edukacji.

Miejmy nadzieję, że za kilka lat również publiczne szkoły będą oferowały takie warunki, jakie politycy już dziś zapewniają swoim dzieciom. Bo choć słowa pani minister zostały przez nią wyjaśnione, wybory polityków względem własnych dzieci "zmuszają do myślenia".

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
EdukacjaSzkoły
Skomentuj