Grupa naTemat

Bronił się przed napadem, teraz zapłaci, bo przekroczył granicę obrony koniecznej. "Prawo wciąż służy sprawcom"

Gdzie są granice [url=http://shutr.bz/P4VUFa]obrony koniecznej[/url]? Pytanie powraca po sprawie Grzegorza z Równego, który został skazany na karę 500 zł za bicie napastnika sztachetą w głowę
Gdzie są granice obrony koniecznej? Pytanie powraca po sprawie Grzegorza z Równego, który został skazany na karę 500 zł za bicie napastnika sztachetą w głowę Fot. shutterstock.com
Wyobraź sobie, że ktoś wdziera się do twojego domu albo atakuje cię na ulicy z nożem w ręku. Grozi śmiercią. Widzisz, że napastnik jest większy, nie masz szans go obezwładnić. Nie ma jak uciekać. Co zrobić? Na pewno nie należy napastnika uderzyć czymś ciężkim lub ostrym, ani tym bardziej wbić mu noża w brzuch. To bowiem, chociaż zrobione w samoobronie, może nas zaprowadzić do więzienia, i to na wiele miesięcy. Bo prawo w Polsce wciąż głównie chroni sprawców, a nie ofiary, a tak zwana "granica obrony koniecznej" dalej jest jednym wielkim absurdem.

Sprawa pana Grzegorza z miejscowości Równe, który bronił się przed napastnikiem, a teraz musi zapłacić mu 500 zł kary, przywraca dyskusje o granicach obrony własnej. W tym przypadku napastnik wtargnął na jego posesję i zaczął się szarpać z gospodarzem. Ten, niewiele zapewne myśląc, uderzył go kilka razy sztachetą w głowę – również wtedy, gdy napastnik po upadku próbował wstać. Sąd uznał, że przekroczono w tym przypadku granice obrony koniecznej. 500 zł to i tak mała kara – pan Grzegorz bowiem, jak uznał wymiar sprawiedliwości, nie był w pełni świadomy popełnianych czynów.

(Nie)normalne państwo?
Wyrok sądu dzieli zarówno mieszkańców okolicznych miejscowości, jak i internautów. Chociaż zasadę "granicy obrony koniecznej" krytykowano już wielokrotnie, to nadal funkcjonuje ona w polskim prawie. Jeden z naszych czytelników, Wojciech, tak podsumował całą sprawę:

Wojciech

W normalnym państwie, obywatel powinien móc odstrzelić jak wściekłego psa napastnika który wchodzi na jego teren i grozi śmiercią jemu i jego bliskim. Jedyne co powinien za to dostać to medal.

W nienormalnym państwie musisz poczekać aż napastnik najpierw da ci w mordę i liczyć na to, że ten cios nie pozbawi cię przytomności, aby nie być ukaranym za użycie siły wobec łotra.


Przesada? Niestety, przyglądając się polskiemu prawu i temu, jak zasada granicy obrony koniecznej funkcjonuje w naszym kraju, wygląda na to, że tak wygląda polska rzeczywistość.

Art. 25. Kodeksu Karnego:

§ 1. Nie popełnia przestępstwa, kto w obronie koniecznej odpiera bezpośredni, bezprawny zamach na jakiekolwiek dobro chronione prawem.

§ 2. W razie przekroczenia granic obrony koniecznej, w szczególności gdy sprawca zastosował sposób obrony niewspółmierny do niebezpieczeństwa zamachu, sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary, a nawet odstąpić od jej wymierzenia.

§ 3. Nie podlega karze, kto przekracza granice obrony koniecznej pod wpływem strachu lub wzburzenia usprawiedliwionych okolicznościami zamachu.


Co to ta obrona konieczna
Tak jak w przypadku wielu przepisów, tak i z tych obywatel niewiele się w praktyce dowie na temat tego, co dokładnie oznacza "obrona konieczna". By ona zaszła, spełnione muszą być dwa warunki: musi nastąpić "bezprawny i bezpośredni zamach", a nasza reakcja musi być adekwatna do okoliczności zdarzenia i intensywności oraz siły zamachu. Posłużę się tu wyjaśnieniem za "Dziennikiem Gazetą Prawną".

Bezprawnym zamachem nazywamy wszystkie czyny naruszające przepisy, ale nie tylko karne. Bezpośrednim zaś nazywamy każdy zamach, w którym sprawca już przystąpił do ataku, bądź gdy z obiektywnej analizy sytuacji wynika, że napastnik niezwłocznie do tego ataku przystąpi. W tym drugim przypadku, teoretycznie, co podkreślał "DGP", możemy zareagować zanim jeszcze napastnik przystąpi do ataku.

Broniący nie może jednak działać ze zbyt dużą gwałtownością, a ponadto jego obrona musi być skorelowana czasowo z atakiem. W przeciwnym razie będzie miało miejsce przekroczenie granic obrony koniecznej. Obrona konieczna powinna być bowiem proporcjonalna, czyli wystarczająca do odparcia zamachu.

Sąd, przy ocenie naszej sytuacji, będzie więc brał pod uwagę zarówno "siłę i intensywność zamachu", poziom zagrożenia oraz "właściwości samego napastnika". Teoretycznie też, jeśli przekroczyliśmy granicę obrony koniecznej "na skutek strachu lub wzburzenia", sąd może odstąpić od wymierzenia kary.

Granica jest niezbędna...
Ostatecznie jednak każdą sprawę prokuratura i sądy muszą rozpatrywać indywidualnie. Z wyrokami potem bywa różnie – i wiele z nich oburza społeczeństwo, bo wyglądają tak, jakby prawo chroniło sprawców, a nie ofiary przestępstw. Wiele osób, tak jak nasz czytelnik Wojciech, zastanawia się w ogóle: po co istnieje granica obrony koniecznej?

Zdaniem prawnika i senatora Aleksandra Pocieja, konieczność istnienia tej granicy jest zupełnie zrozumiała. – Problem polega na tym, że trzeba miarkować swoje działania. Jeśli napada mnie wielki człowiek z nożem czy dwóch, trzech, to nikt mi nic nie zarzuci, jeśli wyjmę pistolet i strzelę do któregoś z nich. Ale jeżeli zwrócę uwagę dziecku, na przykład 12-13-letniemu, a ono rzuci się na mnie z pięściami, to nie mogę wyjąć broni i strzelić, bo mam obowiązek dostosowania sposobu działania – tłumaczy prawnik.

Pociej podaje przykład, który najlepiej obrazuje konieczność istnienia takiej granicy. Jeśli ktoś nas zaatakuje i zagraża to naszemu zdrowiu czy życiu, my wyjmiemy nóż i nawet kogoś dźgniemy, a przeciwnicy odstąpią od ataku i uciekną, to nie możemy zacząć ich gonić i dalej dźgać nożem. Gdyby więc nie przepisy o granicy, to takie zachowanie: dogonienie napastnika i zabicie go, nie byłoby karalne. A musi być, bo trudno żeby każdy obywatel mógł w zasadzie dokonywać samosądu, z zabiciem włącznie, na każdym złodzieju czy agresorze.

Przepisy w ten sposób tworzą pewną spójną całość. – Musi istnieć przepis o obronie koniecznej, by móc w pewnych okolicznościach odstępować od karania za zabicie kogoś, ale na przypadki przesady musi też istnieć zapis o przekroczeniu granic obrony – podkreśla Pociej.

... Ale z wyrokami bywa różnie
Niestety, z wyrokami w tych sprawach bywa już różnie. Najgłośniejszym tego typu przypadkiem jest sprawa Damiana R. z Kołobrzegu. W dniu incydentu do R. przyszedł znajomy, Sebastian G., z innym mężczyzną – Dawidem P., któremu twarz zasłaniała kominiarka. G. Zaatakował Damiana R., siostra skazanego wpadła w histerię, a matka zadzwoniła po policję. Reagować próbował ojczym – chciał wyrzucić napastników z mieszkania. To jednak nie poskutkowało, a ojczym oberwał do tego w głowę. Damian R. Widząc, że agresorzy nie chcą opuścić mieszkania, złapał za nóż. Dawidowi P. Zadał ciosy jeszcze wewnątrz mieszkania, Sebastiana G. Wypchnął na korytarz i tam dopiero zaczął z nim szarpaninę. W efekcie R. zadał pięć ciosów nożem kuchennym Dawidowi P. i dwa ciosy Sebastianowi G. Obaj wykrwawili się się na śmierć.

Sprawa ta do dzisiaj dzieli opinię publiczną. Jedni wskazują, że okoliczności spotkania nie były do końca jasne, bo spotkanie G. z R. Miało mieć podłoże narkotykowe. Inni twierdzą, że skoro dwóch mężczyzn nie chciało opuścić mieszkania, pobiło ojczyma rodziny i grozili domownikom śmiercią, Damian R. mógł zareagować tak, jak to zrobił. Sąd w 2013 roku zadecydował, by na 10 lat posłać go do więzienia.

Przykładów jest więcej. 1997 rok, Łódź. Józef Banasiak pod swoim domem zauważył intruzów. Gdy wyszedł na zewnątrz, jeden z nich rzucił się na niego z nożem. Gospodarz wyrwał go napastnikowi i dźgnął go w pośladek. Intruz zmarł po kilku godzinach w szpitalu.

Sąd uwierzył, że Banasiak nie chciał nikogo zabić. Mimo to, wymiar sprawiedliwości uznał, że "działanie broniącego się było nieproporcjonalne do zagrożenia" i wydał wyrok: 16 miesięcy więzienia. W uzasadnieniu podkreślono, że z opinii biegłych wynika, iż w momencie zadawania ciosu Banasiak nie czuł już strachu.

Aleksander Pociej komentując tę sytuację podkreśla, że wszystko zależy od przebiegu zdarzeń. – Na minus działa to, że broniący się uderzył w pośladek. To oznacza, że zadał cios od tyłu. Jeśli było tak, że wyrwał napastnikowi nóż i dźgnął go, gdy ten uciekał, to zgadzam się z sędzią. Ale jeśli po wyrwaniu noża broniący się dźgnął agresora w dalszej szamotaninie, jeśli reszta napastników nie uciekła, to ja i prawdopodobnie wielu innych sędziów, by go uniewinniło – podkreśla prawnik. Tym bardziej, że pośladek nie jest miejscem, w które uderza się, by zabić.

Jeśli zaś napastnik zaczął uciekać, a broniący się go dogania i w szamotaninie dźga, to jest to przekroczenie granic obrony, powstaje jednak pytanie, karać czy nie. – Ja pomyślałbym w takiej sytuacji o wyroku w zawieszeniu – dodaje senator.

Mój rozmówca wskazuje też inny absurd dotyczący granicy obrony w Polsce. – Pamiętam sprawę, gdzie mężczyzna mieszkał na odludziu, w domku, do którego siekierami dobijali się trzej napastnicy. Gospodarz wyjął bodajże dubeltówkę i wystrzelił przez dziurę w tych drzwiach. Dostał wyrok, bo sąd uznał, że żeby była to obrona konieczna, to napastnicy powinni byli sforsować te drzwi. I powinien poczekać. Dla mnie to absolutnie niezrozumienie obrony koniecznej, bo przecież nie wiadomo, czy gospodarz dałby radę strzelić, gdyby agresorzy wtargnęli do środka – podkreśla Pociej.

Niektóre sprawy ciągną się latami
Oczywiście nie zawsze sądy uznają, że zabijając napastnika ktoś przekroczył granicę obrony koniecznej. Ale sprawy dotyczące tego potrafią ciągnąć się latami i przysparzają oskarżonym bardzo dużo stresu. Taką sądową gehennę przeżył m.in. Dariusz Maciejewski, który w 2001 roku zastrzelił jednego z uzbrojonych napastników, którzy napadli na jego bar. Dopiero po 3 latach sąd uznał, że była to obrona konieczna. Maciejewski, gdy dziennikarze TVP.Info chcieli z nim porozmawiać po zapadnięciu wyroku uniewinniającego, powiedział jednak tylko, że nie chce rozmawiać, bo wspomnienia są zbyt świeże.

Jeszcze dłużej z wymiarem sprawiedliwości męczył się Unkas Gałek – Kazach mieszkający w Ząbkowicach Śląskich. W swoim ojczystym kraju zabił 4 osoby broniąc swojej rodziny. W Polsce groziło mu za to dożywocie, ale ostatecznie, po 7 latach, uniewinniono go. Jak mówił mediom, najtrudniejsze było udowadniać kolejne razy, że miał prawo do obrony.

Sądy wszechwładne
Wyroków uniewinniających jest zresztą sporo w tego typu sprawach. Problem polega jednak na tym, że sądy i prokuratury interpretują każde zdarzenie, a z tym, jak wiadomo, bywa różnie. Wystarczy bowiem wyobrazić sobie prostą sytuację: w miejscu, z którego nie ma jak uciekać, trafiamy na agresora z nożem. Grozi, że nas zabije. W teorii, jeśli "atak ma niezwłocznie nastąpić", możemy zaatakować przestępcę, zanim on to zrobi. Tylko jak ocenić, czy atak miał nastąpić niezwłocznie? Skąd mamy wiedzieć, czy napastnik grozi nam śmiercią na poważnie, czy jednak tylko blefuje?

Wiele osób w takiej sytuacji uzna, że lepiej jest zabić kogoś, niż samemu stracić życie. Szczególnie mogłyby tak zrobić osoby, które wiedzą, że nie mają szansy obezwładnić albo skutecznie odeprzeć napastnika. Tylko jak potem w sądzie udowodnić, jak się czuliśmy? A co, jeśli działaliśmy pod wpływem adrenaliny i nawet nie pamiętamy dokładnie, co się stało, oprócz tego, że ktoś nas zaatakował? Sąd może w takiej sytuacji odstąpić od kary, ale nie musi. Wszystko zależy od przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości.

Granica potrzebna, ale sądy źle ją rozumieją?
Aleksander Pociej wskazuje, że cała dyskusja wokół obrony koniecznej dotyczy w zasadzie tylko jednej kwestii: gdzie zaczyna się, a gdzie kończy granica obrony. Gdy pytam o "śliskie" sytuacje, Pociej stwierdza jasno: jeśli wydarzenie zostało jakoś zarejestrowane lub są świadkowie i mamy sytuację, gdzie agresor bądź agresorzy grożą nam śmiercią, wykonują gesty wskazujące na atak, to w ramach obrony koniecznej możemy zaatakować pierwsi. – Dla mnie w takiej sytuacji, nawet przy starciu jeden na jeden, nie ma wątpliwości: w momencie, gdy ktoś wyjmuje nóż i idzie na mnie, mam możliwość na lewą rękę zarzucić marynarkę, a w prawą wziąć nóż i odpychając jego atak, samemu zadać cios – wyjaśnia nasz rozmówca.

Niestety, jednocześnie senator przyznaje, że choć mamy dobre i "wystarczająco precyzyjne przepisy", to "linia orzecznictwa w tym zakresie poszła w kierunku nakładania na obywatela broniącego się zbyt dużych obowiązków". – Nie do końca rozumiem powód, dla którego linia orzecznictwa poszła w takim kierunku. O ile nie budzą u mnie wątpliwości decyzje sądów odnośnie przekroczenia ekstensywnego, gdzie broniący się atakuje jeszcze napastnika po zdarzeniu, to już zbyt często, moim zdaniem, sądy uznają za przekroczenie sytuacje, w których ktoś zbyt szybko zareagował. W ten sposób orzecznictwo nie bardzo realizuje prawo obywatela do obrony i w zasadzie często bardziej służy przestępcom niż ofiarom – podkreśla Pociej.

ZOBACZ TAKŻE:
WIĘCEJ NA TEMAT:
WypadkiPrawo
Skomentuj