To jedno z najważniejszych wydarzeń w historii Polski – 10. rocznica Polski w Unii Europejskiej

Nie przepadam za „rocznicowym dziennikarstwem”, ale tym razem nie miałem oporów. Bo 10-ta rocznica członkostwa Polski w Unii to coś więcej niż rocznica, naturalna potrzeba przypominania, jak to było. To świetna też okazja do refleksji nad polskimi drogami, wyborami, politykami, patriotyzmem, dziennikarstwem.


Tak się złożyło, że wszedłem do grupy „unijnych dziennikarzy” w 2000 roku, którą od wielu już miesięcy budowała Ewa Haczyk, wówczas urzędniczka w Urzędzie Komitetu Integracji Europejskiej. Regularne „śniadania z negocjatorem” były spotkaniami, podczas których od takich ludzi jak Jan Kułakowski, Jarosław Pietras, Piotr Serafin, Danuta Hübner, Jan Truszczyński uczyliśmy się Unii, poznawaliśmy szczegóły negocjacji, czasem byliśmy uhonorowani za swoją zawodową pasję jakąś sensacją „off the record” . No i byliśmy pierwsi na liście zabieranych przez rząd dziennikarzy na unijne szczyty, które krok po kroku przybliżały nas do 1 maja 2004 roku.


Gdy uświadomiłem sobie, że pamięć zaczyna mnie zawodzić, że po mimo zaledwie dziesięciu, dwunastu latach nie pamiętam już dokładnie, co się stało w Sewilli, Laeken czy Kopenhadze postanowiłem wrócić do tych czasów, ponownie spotkać się z ludźmi, którzy „tworzyli historię” i wspólnie przypomnieć sobie, jak Polska walczyła o miejsce w Europie. Tak powstała książka „Przepustka do Europy”. A z niej – w największym skrócie jawi się taki oto obraz tamtych wydarzeń.


Na pierwszy szczyt Rady Europejskiej pojechałem w połowie czerwca 2001 roku do Göteborga. I można powiedzieć, że znalazłem się w świecie kompletnie…. obcym. No bo my chcemy do Europy, dopiero co staliśmy się członkiem NATO, a tu tysiące ludzi na ulicach miasta demonstrowało zarówno przeciwko Unii jak i NATO! Poszaleli w tej Szwecji! Ponieważ demonstranci zablokowali ulice, by liderzy nie dotarli na szczyt, wkroczyła policja z psami, doszło do starć!


W innej części miasta 15 czerwca wieczorem nawet padły strzały! Policja, po tym, jak jeden z jej oficerów został ranny po ataku demonstrantów z kamieniami, zaczęła strzelać w powietrze, co ostudziło temperament atakujących. W każdym razie mimo tych niesłychanie ostrych zajść, szczyt się odbył, a premier Jerzy Buzek mógł powiedzieć, że przywódcy „starej Unii” potwierdzili, iż negocjacje z najlepiej przygotowanymi państwami zakończą się w roku 2002, a dwa lata później dojdzie do rozszerzenia. Tylko czy my byliśmy „najlepiej przygotowani”?
Wyglądało, że … nie.

Wątpliwości wyrażał nawet entuzjasta „wielkiego rozszerzenia”, „Big Bangu”, Gerhard Schröder, który mówił, że może jednak nie wszyscy wezmą udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego w 2004 roku. Nie mówił wprost, ale wszyscy wiedzieli, że chodzi mu o Polskę, jako ten kraj, który może nie zakończyć negocjacji.

Jerzy Buzek:


My negocjowaliśmy solidnie i chcieliśmy uzyskać jak najlepsze warunki dla Polski, a nie koniecznie ścigać się z innymi. Chcę podkreślić, że np. Węgrzy, którzy się ścigali i zamknęli aż 23 obszary tuż przed końcem 2001 roku potem tego żałowali! Premier Viktor Orban (po raz pierwszy był premierem Węgier w latach 1998-2002 – przyp. M.Z.) kilkakrotnie mi mówił później: „szkoda, że szybko zamknąłem rozdział „środowisko” i „transport”, bo wy uzyskaliście znacznie lepsze warunki”. Właśnie to blokowanie podpisania ostatecznych porozumień i oczekiwanie, że „starzy” członkowie Unii, cała 15-tka zgodzi się na lepsze warunki było podstawą naszego późniejszego sukcesu. Z tego korzystali nasi następcy! I trzeba to docenić.

Pół roku później, 14 i 15 grudnia 2001 roku byłem już na kolejnym szczycie w belgijskim Laeken. Dodajmy: kolejny szczyt z kolejną ekipą rządzącą w Polsce, bowiem na jesieni wybory wygrała lewica i koalicyjny rząd SLD/Unia Pracy i PSL utworzył Leszek Miller. Danuta Hübner, minister ds. europejskich zwracała nam uwagę, że już nie mówią o nas „candidate countries” ale „future members”! I tak „future members” zostały precyzyjnie wymienione: Cypr, Estonia, Węgry, Litwa, Łotwa, Malta, Czechy, Słowacja, Słowenia i Polska!

W drodze powrotnej w samolocie z Janem Truszczyńskim, który od 23 października pełnił funkcję głównego negocjatora rozmawiałem o dopłatach bezpośrednich dla rolników, bardzo wrażliwym wówczas temacie. Wtedy zwrócił mi uwagę jak to skomplikowany problem, bo my zwykliśmy mówić tylko o samych kwotach, czyli ile dostaje niemiecki rolnik, francuski, a ile ma dostać nasz, w ogóle nie uwzględniając systemu podatkowego, ubezpieczeń społecznych i oczywiście kosztów produkcji.

Problem dopłat stanął jako poważny kłopot na kolejnym szczycie w Sewilli 21 i 22 czerwca 2002 roku. W konkluzjach spotkania napisano, że w sprawie dopłat bezpośrednich kraje kandydujące powinny wykazać „realistyczne i konstruktywne podejście”. Czyli nasza niezgoda na propozycję dopłat na poziomie 25% w pierwszym roku członkostwa i dochodzenie do pełnych do 2013 roku była zapowiedzią wielkiej awantury na tym tle. I ze „starą Unią” i w debacie „wewnątrzpolskiej”. Groźnie brzmiało jedno zdanie, że każde państwo w negocjacjach jest traktowane indywidualnie – czyli jak się nie dogada, to może wypaść z gry, podczas gdy inni w niej zostaną.

W drugiej dekadzie 2002 roku przewodnictwo w Unii przejmowała Dania, a finałowy szczyt zaplanowano na 12-13 grudnia.

Włodzimierz Cimoszewicz:


W gruncie rzeczy przypadek zdarzył, że na początku 2002 roku, w Rejkiawiku odbywał się szczyt NATO i ja musiałem tam lecieć z przesiadką w Kopenhadze. Miałem parę godzin czekania na lotnisku. Z panią ambasador Barbarą Tuge-Erecińską uzgodniłem, że ten czas wykorzystamy na moje spotkanie z członkiem rządu duńskiego Bertelem Haarderem. Duńczycy przed końcowym szczytem w Kopenhadze, mieli sprawować przewodnictwo w Unii Europejskiej. I na ten jeden rok powołali specjalnego ministra do spraw europejskich. I to był właśnie ten facet! Pani ambasador zaaranżowała to spotkanie i muszę powiedzieć, że pierwsze wrażenie było po prostu wstrząsające! On był antypolsko nastawiony!

Później próbowałem wyjaśnić, co jest tego przyczyną? Okazało się, że on był takim lokalnym duńskim politykiem z rolniczego okręgu, w którym farmerzy - tak jak polscy rolnicy - bali się Unii Europejskiej, a przede wszystkim duńscy rolnicy bali się polskich rolników w Unii! I ten facet przesiąkł obawami swoich wyborców, tymi ich racjami, argumentami i on sam nie chciał tej wielkiej Polski w Unii jako konkurenta! Jak ja go posłuchałem to pomyślałem, że zanosi się na mały dramat, bo ten facet będzie odgrywał ogromną rolę we wszystkich przygotowaniach do Kopenhagi! W tej końcówce, która wiadomo było, że będzie rozstrzygająca!

Na szczęście Włodzimierz Cimoszewicz znalazł sposób na „rozmiękczenie” Duńczyka, o czym opowiada w „Przepustce do Europy”.

I tak doszło do ostatniego, najważniejszego spotkania Rady Europejskiej w Kopenhadze. Najważniejszego nie tylko dlatego, że ostatniego, na którym miało się zdecydować czy wchodzimy z pozostałą 9-tką czy nie. W tych dniach, 12 i 13 grudnia zostały ostatecznie „klepnięte” warunki naszego członkostwa, a to miało kapitalne znaczenie dla najważniejszego wydarzenia w całym procesie – dla referendum. Słabe warunki trudno byłoby zareklamować w kampanii referendalnej, a z pewnością wykorzystali by je przeciwnicy członkostwa, coraz głośniejsza antyunijna Liga Polskich Rodzin, bardzo eurosceptyczna Samoobrona i co najmniej ostrożna część PSL-u.

A tu 12-go wieczorem premier Danii Anders Fogh Rasmussen, gospodarz szczytu i przewodniczący Rady na konferencji prasowej mówi, że ze zdziwieniem się dowiaduje o jakich planach prowadzenia przez polski rząd negocjacji. Te – zdaniem Duńczyka – zostały zakończone, a szczyt ma być tego potwierdzeniem, potem „Family foto” i uroczysta kolacja u królowej.

Leszek Miller:


Na nocnym spotkaniu polskiej delegacji zgadzaliśmy się, że trzeba pójść na zwarcie i zobaczyć, co z tego wyniknie. Wiedzieliśmy, że to ryzykowne, bo nikt nie miał pomysłu co zrobimy, jeśli Rasmussen wstanie i powie: nie jesteśmy przygotowani do rozmów, zamknęliśmy negocjacje, do widzenia panie Miller! Największy spór wybuchł z Jarosławem Kalinowskim. On był pod presją antyunijnej części PSL-u, która wtedy była bardzo silna. Ja starałem się to rozumieć, ale też uważałem, że całe negocjacje nie mogą się rozbić o kwotę mleczną! Przekonywałem Kalinowskiego, żeby rozważył złagodzenie stanowiska w sprawie mleka, ale on bał się, że jak nie załatwi tej sprawy to zostanie odwołany przez swoją partię natychmiast po przylocie do Warszawy. Po burzliwej naradzie ostatecznie stanęło, że kładziemy na stole pięć postulatów z kwotą mleczną włącznie.

Potem był całodzienny thriller. Z godziny na godzinę „dogadywano” kolejne polskie postulaty. Zatkało się na kwocie mlecznej.

Jarosław Kalinowski:


Przyznaję, że rozumiałem L. Millera i doceniam, że wytrzymał ciśnienie. On do mnie, że mam 8 mln ton, a on musi kończyć negocjacje. Mówił do mnie tak: choć do nas do stolika, gdzie są wszyscy z naszej delegacji. Zagłosujemy, ty się wstrzymasz i będzie koniec. A ja na to, że nie, nie zgadzam się. Wtedy zadzwonił prezydent Kwaśniewski, który mnie przekonywał przez 5 minut, może dłużej.

Przekonywał, że i tak uzyskałem tyle, ile nikt nie uzyskał. Z siedmiu na osiem! Żaden kraj nie dostał więcej nawet o litr, niż wynosiła jego kwota referencyjna. Na koniec tylko powiedział mi: nie podawaj się do dymisji! Nie wygłupiaj się! Skończyła się rozmowa i wtedy Marek Pol powiedział, że jak Leszek Miller mnie nie przekona, to nikt tego nie zrobi. Siedzieliśmy z Jerzym Plewą w kącie, jak te czarne owce, które wszystko psują. L. Miller mnie poprosił i raz jeszcze powtórzył, że musi kończyć negocjacje. Pyta mnie, co powiesz w kraju? A ja, że nie wyrażam zgody, by karać polskie rolnictwo, za to, że jako jedyne w tym obozie, nie dało się „skołchozować”. Wiem, jakie pojawią się możliwości i jaka będzie tragedia dla całego sektora mlecznego, gdy odpuszczę. Nie wyrażam zgody! A L. Miller: „no dobra, wrócimy do kraju i co wtedy? Co z koalicją”. A ja: „Wygląda na to, że jej nie będzie!”. I to był koniec rozmowy.

Wiemy, że skończyło się dobrze, wicepremier Kalinowski dostał swoją kwotę mleczną, koalicja została na kilka miesięcy uratowana, a wkrótce kwoty mlecznej już w Unii nie będzie…

Tymczasem 20 grudnia 2002 roku Leszek Miler przedstawił sejmowi sprawozdanie ze szczytu i szczegóły wynegocjowanego traktatu. Zakończył swoje wystąpienie zdaniem: „Po zakończeniu negocjacji można już powiedzieć, że Europa powiedziała nam „tak”. Teraz my powiedzmy „tak” Europie”. Tak oto na dobre zaczęła się kampania referendalna. Do boju poza rządem i Kancelarią Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego ruszyli „pozarządowcy”. Najbardziej widoczna była Fundacja im. Roberta Schumana z niezmordowaną Różą Thun. Jednocześnie szeregi zwierali przeciwnicy akcesji.

Róża Thun:


Takich poważnych spotkań z tymi ludźmi, którzy byli przeciwnikami członkostwa Polski w Unii sobie nie przypominam. To były raczej wrzaski niż rozmowy. Żadnych merytorycznych argumentów właściwie nie mieli nigdy. Pamiętam, ze na kilku większych spotkaniach zrywali się nagle jacyś ludzie i krzyczeli: Zdrada! Sprzedaż! Niemcy! Ale nie było z nimi merytorycznej rozmowy.

Zaczęliśmy wychodzić na ulice, bo już w salach konferencyjnych się nie mieściliśmy, ruszyły pierwsze Parady Schumana i oni się też pojawili, ale nie rozmawiali, tylko np. łamali dzieciom unijne chorągiewki, co nas zmusiło do organizowania Straży Miejskiej do ochrony uczestników marszu. Kiedyś nieśli na kiju moją kukłę, którą potem chcieli spalić, ale policja zabroniła im tłumacząc, że mogą wywołać pożar. Mieli głośniki, przez które krzyczeli i starali się zagłuszyć to, co działo się na naszych scenach. Nie, poważnych rozmów z nimi nie było! A już przed referendum Liga Polskich Rodzin rozdawała ulotki, na których było napisane, że Polska kompletnie zrujnuje się będąc w Unii, że nie będzie nic polskiego do jedzenia i takie tam bzdury.

Poważnym problemem stawał się spadek sympatii i zaufania do rządu, którego naturalną emanacją był Leszek Miller. Jego ekipa miała wiele kłopotów, a złą atmosferę wzmagały relacje z przesłuchań sejmowej komisji śledczej badającej tzw. aferę Rywina. Tymczasem było jasne, że zbliżające się referendum będzie w pewnym stopniu opowiedzeniem się właśnie za tym rządem, bądź przeciwko niemu – w końcu to „oni” wynegocjowali ostateczne warunki członkostwa. Jak trudno było pogodzić wielki cel integracji z walką polityczną z rządem prowadzoną wtedy przez niemal wszystkie partie w Polsce pokazuje fragment rozmowy z ówczesnymi ministrem ds. europejskich w Kancelarii Prezydenta RP.

Dariusz Szymczycha:


Ciekawe było spotkania z liderami tych partii w Pałacu w lutym i w marcu 2003 roku. I oni podczas tych spotkań mówili mniej więcej tak: „wie pan, ta integracja europejska, to ważna sprawa. My oczywiście jesteśmy „za”. Bardzo chcemy wstąpienia Polski do Unii. Tylko bardzo się martwimy, że to referendum będzie przegrane z powodu złego premiera Millera i jego rządu. Coś trzeba z tym zrobić!” Wiadomo było, że najprawdopodobniej przed referendum przed komisją stanie premier Leszek Miller. (Rzeczywiście tak się stało, dokładnie 28 kwietnia – przyp. M.Z.)

Szczerze mówiąc, nie bardzo wiedzieliśmy co w tej sytuacji zrobić, jakie „coś” mieli na myśli liderzy partii i tu nieoczekiwanie z pomocą przyszedł nam …. Günter Verheugen. On często bywał w kancelarii i spotykał się z nami bądź z samym Prezydentem w bibliotece, na zapleczu gabinetu. Tam nie było telefonów, telewizora, natomiast dostarczano zmrożoną Żubrówkę. Komisarz, poruszony tym problemem co tu można zrobić, jak zareagować na te dopytywania liderów opozycji o Millera, poprosił o spotkanie z nimi! I tak się stało! Na tym spotkaniu Verheugen mówił jakoś tak: „Panowie! Są rzeczy ważne i ważniejsze w tej chwili. Najważniejsza dla Polski jest pozytywna decyzja w referendum, byście do tej Unii weszli. Mam do was prośbę. Teraz nie strzelajcie do Millera! Teraz nie jest na to czas! Pracujcie na frekwencję!” I posłuchali!

Ogromnie ważne było pozyskanie wysokich hierarchów kościoła, a najlepiej samego papieża Jana Pawła II. Było jasne, że tylko on może „wyciszyć” antyunijny przekaz księży z niższego szczebla, głównie z Radia Maryja. Tak wysoko mogła dotrzeć tylko pierwsza osoba w państwie.

Aleksander Kwaśniewski:


To był 19 maja 2003 roku, narodowa pielgrzymka z okazji 25-lecia pontyfikatu. Ja już prowadziłem pełną parą kampanię na rzecz „tak” w referendum akcesyjnym. Pojechałem do Rzymu, gdzie miałem na placu św. Piotra wygłosić przemówienie. Na marginesie – byłem jednym z niewielu prezydentów, a może nawet jedynym, który występował na placu św. Piotra. Świetna akustyka, około 100 tysięcy ludzi, w większości z Polski.

Papież w różnych rozmowach bardzo wsłuchiwał się w te informacje z kraju dotyczące dyskusji o Unii Europejskiej, samemu będąc od początku zdeklarowanym zwolennikiem naszej akcesji. To wynikało nie tylko z jego przekonań, ale też z pewnością z osobistych doświadczeń. Był nie tylko „zeuropeizowany”, ale stając się papieżem został pierwszym obywatelem Unii Europejskiej, zanim myśmy – jako Polska – dołączyli.

Dlatego on naprawdę potrafił docenić plusy, ale też zwracał uwagę na zagrożenia. Często o nich mówił wskazując na laicyzację społeczeństw, odchodzenie od wartości chrześcijańskich. Ja mu mówiłem o kłopotach, jakie mamy z kampanią, o działaniach delikatnie mówiąc „nie eleganckich” jakie podejmowały różne środowiska, w tym kościelne, szczególnie Radio Maryja. Papież zgodnie ze swoją zasadą nie komentował, ale wysłuchał, a później w czasie odpowiedzi na moje przemówienie, które wysłuchał z uwagą, powiedział te kluczowe później słowa: „Od Unii Lubelskiej do Unii Europejskiej. Polska potrzebuje Europy, Europa potrzebuje Polski”.

Potem w badaniu przeprowadzonym przez Pracownię Badań Społecznych z Sopotu wyszło, że aż 53% głosując na tak w referendum kierowało się między innymi tymi zdaniami wypowiedzianymi przez papieża. Ale wróćmy do 8 czerwca 2003 roku, drugiego dnia referendum. PBS robiło badanie, z którego po pierwszym dniu jawił się ponury obraz – mało ludzi głosuje, a przecież żeby referendum było ważne musi w nim wziąć udział co najmniej 50% uprawnionych do glosowania. W połowie drugiego dnia ciągle było daleko do tych 50-ciu procent.

Grzegorz Kołodko:


Pewnie jakieś „przecieki” z tego badania docierały do premiera Millera, bo on jeszcze w drugim dniu referendum był pesymistą. Zadzwonił do mnie ok. 14.00 i mówi: „Dzwoń do Olka, niech on przemówi do narodu, bo my przegrywamy referendum!” . Mówię: „Leszek, spokojnie, jest dopiero 14.00, ludzie są w lesie, na działkach, będą wracać i będą głosować. Ile razy mam ci mówić, że referendum mamy wygrane”. „Nie – mówi Miller. Zobacz jakie są wyniki sondażowe! Dzwoń do Olka, niech przemówi!”

No więc dzwonię do Olka i mówię: „słuchaj, premier panikuje. Masz jakieś sygnały, że coś idzie nie tak?”. „Zgadzam się z tobą, spokojnie” – mówi Kwaśniewski.

Dokładnie nie pamiętam, ale chyba było już po 18.00, a więc dość późno jak na dwa dni głosowania, przyszedł do naszej „kanciapy” w TVP na Woronicza, w której wynik badania pracowni PBS przyjaciele z pracowni komputerowej mieli zamienić na prezentację graficzną w programie, jeden z dyrektorów PBS, pan Ryszard Pieńkowski i powiedział: „No to jesteśmy w Unii!”. Nie ukrywam, że oczy mi się „spociły”. No a o 20.00 już cała Polska zobaczyła w TVP 1, że Polacy wybrali integrację z Unia Europejską. Najpierw pokazaliśmy, że za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej głosowało 78,02% badanych, przeciwko - 21,98%. A potem chwila napięcia i jedzie frekwencja po takim „rogalu, na którym była kreska przy wartości 50%. Zwalnia przed 50%, ale … mija tę wartość i zatrzymuje się na 58%. Stało się!

A potem zostały już tylko uroczystości, choć z powodu narastającego kryzysu politycznego, nie przebiegały tak, jak na to zasługiwała ranga wydarzenia. Wszyscy wiedzieli, że Leszek Miller zostaje premierem tylko do 2 maja, by miał możliwość uczestniczenia w imprezach w Polsce i w Dublinie (wtedy Irlandia sprawowała prezydencję w UE), gdy oficjalnie stawaliśmy się członkiem unijnej rodziny. Narastał „szorstka przyjaźń” między odchodzącym szefem rządu, a Prezydentem Aleksandrem Kwaśniewskim. I choć media przesadzały informując o jakimś wyszarpywaniu sobie flagi w Dublinie, trochę psuło to atmosferę wielkiego święta.

Róża Thun:


1 maja rano na dziedzińcu Zamku Ujazdowskiego Fundacja Schumana zrobiła kompletnie nieformalne, „bałaganiaste” Europejskie Śniadanie. Chóry Szkoły Głównej Handlowej i Akademii Włoskiej odśpiewały razem "Odę do radości" po polsku, włosku i niemiecku. Wypuszczono także tysiące kolorowych balonów. Tadeusz Mazowiecki poproszony o jakieś dwa słowa, potraktował to dosłownie i rzekł: "Udało się". A różni ludzie, z różnych środowisk rzucali się sobie na szyje z prawdziwą radością, cieszyli się, że jesteśmy w Zjednoczonej Europie!

Aleksander Kwaśniewski:


Gdybym miał robić ranking najważniejszych wydarzeń w dziejach Polski, to wejście do Unii Europejskiej na pewno jest na podium. Możemy dyskutować o takich datach jak chrzest Polski w 966, jak odzyskanie niepodległości w 1918, ale myślę, że wejście do Unii będzie gdzieś wśród tych dat.

Maciej Zakrocki, dziennikarz TVP

Nakładem Wydawnictwa „Elipsa” ukazała się książka „Przepustka do Europy”, w której autor przedstawia własne wspomnienia z tamtych lat oraz wywiady z wieloma osobami pracującymi na rzecz integracji, w tym z tymi, których fragmenty znajdują się w niniejszej publikacji.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
POLECAMY 0 0Polacy sprzątają Himalaje. Andrzej Bargiel wziął worki i poszedł na lodowiec. "Ilość śmieci szokuje"
MOTO 0 0Skoda Kodiaq, Karoq, Kamiq. Nazwy podobne, ale auta różne. Najlepiej wyjaśnia to… Krystyna Czubówna
Fundacja Citi Handlowy 0 0Organizacje pozarządowe otrzymały wsparcie. Pomoc ma trafić do m.in. migrantów
ASZdziennikMotorola 0 07 pomysłów na wieczór, które są tak fajne, że aż szkoda ich nie wrzucić na Insta
0 0Możesz się pozbyć boomboxa. Ten niezniszczalny głośnik stanie się sercem każdej imprezy
0 0Po 15 latach Scooby-Doo wraca na ekrany kin. Usłyszymy same gwiazdy
0 0Tusk opublikował poruszający film. Nagranie pokazuje jego najważniejsze osiągnięcia
0 0"Chyba to nie mój świat". Tyszkiewicz już rozczarował się pracą w Senacie
dad:HERO 0 0"Trzeba mieć do kogo wracać..." płk Kruczyński z GROM o tym, jak być komandosem i ojcem
0 0Czy kobiecy sutek zgorszył Moneta? Wyprosili matkę, teraz się tłumaczą