
"Co jest potrzebne do napisania dobrego programu partyjnego? Dwie głowy i pół litra" - taką sentencję ukuł były szef SLD Krzysztof Janik. Czasem pół litra, częściej jedna, dwie albo pięć butelek wina. Alkohol i polityka to związek na dobre i na złe. Tylko jakiś taki nieoficjalny, dyskretny i potajemny.
REKLAMA
"Co jest potrzebne do napisania dobrego programu partyjnego? Dwie głowy i pół litra"
A barek Pan miał? - pyta dziennikarka "Gazety Wyborczej" Krzysztofa Janika, byłego szefa SLD, w sentymentalnej rozmowie o starej siedzibie Sojuszu na ulicy Rozbrat. Janik odpowiada: - Pani żartuje? Cała szafa to był barek! Życie programowo-partyjne toczy się najlepiej blisko barku. Wie Pani, co jest potrzebne do napisania dobrego programu partyjnego? Dwie głowy i pół litra.
Czasem pół litra, częściej jedna, dwie albo pięć butelek wina. Alkohol i polityka to związek na dobre i na złe. Tylko jakiś taki nieoficjalny, dyskretny i potajemny. Publicznie mówi się o nim tylko czasem, kiedy jakiś wstawiony polityk wyskoczy przed kamery z błyskotliwym "umiem coś tam, coś tam", albo nieświadomy pomyłki wskoczy na siedzenie cudzego samochodu. Alkoholowa tradycja jest jednak bardziej powszechna niż wskazywałyby na to pojedyncze przypadki. Więcej, często staje się tłem dla ważnych politycznych wydarzeń.
SLD z zapasową wątrobą
Jedno można stwierdzić - jeśli brać pod uwagę medialne doniesienia o przygodach polityków z alkoholem, to najczęściej słyszymy o tych na lewicy. Co ciekawe, obyczaj suto zakrapianych negocjacji i politycznych rokowań wychodzi na światło dzienne dzięki samym zainteresowanym, czyli działaczom SLD. Nie tylko Krzysztof Janik zachwyca się bowiem nad korzyściami płynącymi z barku wypełnionego alkoholami.
Jedno można stwierdzić - jeśli brać pod uwagę medialne doniesienia o przygodach polityków z alkoholem, to najczęściej słyszymy o tych na lewicy. Co ciekawe, obyczaj suto zakrapianych negocjacji i politycznych rokowań wychodzi na światło dzienne dzięki samym zainteresowanym, czyli działaczom SLD. Nie tylko Krzysztof Janik zachwyca się bowiem nad korzyściami płynącymi z barku wypełnionego alkoholami.
Jakiś czas temu podobną tezę o wpływie alkoholu na wewnątrzpartyjną politykę postawił Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący związanego z SLD Stowarzyszenia Ordynacka. Wówczas zapowiadał, że za odbudowę struktur Sojuszu musi wziąć się z "zapasową wątrobą". - To był taki skrót myślowy, ale dosyć charakterystyczny. Niech Pan nie będzie naiwny. Oczywiście, że alkohol pojawia się w polityce - mówi naTemat Czarzasty.
A więc także w lokalnych strukturach partii przydają się butelki z alkoholem. Także tutaj formowanie mniejszych i większych koalicji wymaga pół litra albo i więcej. - Alkohol podobno pomaga, rozjaśnia umysł. Ale ja takich obserwacji jak Janik nie mam - komentuje Józef Oleksy, były premier i polityk SLD. Jeśli nie ma ich patrząc na spotkania w strukturach SLD, to może podobne skłonności zauważy na najwyższym szczeblu? Wszyscy przecież pamiętamy "chorobę filipińską" prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego.
Jak prezydent pił z premierem
Nieco bardziej subtelne w porównaniu do Kwaśniewskiego były i są kontakty z "procentami" prawicowych polityków rządzących Polską w ostatnich latach. Alkohol, tym razem pod postacią wina, pojawił się na legendarnym spotkaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem w Juracie na Helu. W trakcie tych negocjacji "pękło" kilka butelek wina.
Nieco bardziej subtelne w porównaniu do Kwaśniewskiego były i są kontakty z "procentami" prawicowych polityków rządzących Polską w ostatnich latach. Alkohol, tym razem pod postacią wina, pojawił się na legendarnym spotkaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego z premierem Donaldem Tuskiem w Juracie na Helu. W trakcie tych negocjacji "pękło" kilka butelek wina.
Że "pękło" nikt nie ma wątpliwości. Zabawne rozbieżności pojawiają się tylko w odpowiedziach na pytanie: ile? Michał Kamiński twierdzi, że poszło pięć win na trzech (on, prezydent i premier). Adam Bielan bardziej docenił mocne głowy najważniejszych osób w państwie. - Rozmowa trwała sześć, siedem godzin, wypili siedem butelek wina - stwierdził.
Prezydent Kaczyński, w przeciwieństwie do swojego brata, lubił napić się wina. - Nie był abstynentem. (…) Siłą rzeczy życie prezydenta nastręcza więcej okazji do poczęstowania kogoś lub samemu wypicia lampki wina niż życie przeciętnego człowieka - mówi w wywiadzie rzece z dziennikarzem TVN 24 Andrzejem Morozowskim (ukaże się w następnym tygodniu) Michał Kamiński, były współpracownik prezydenta Kaczyńskiego.
Na podobne upodobania Tuska wskazywał w swoich książkach Janusz Palikot opisując zwyczaje "dworu" premiera. Słowem - wino w kancelariach prezydenta i premiera lało się strumieniami. Potwierdzają to rachunki za zamawiane trunki, które dla Palikota stały się nawet dowodem na chorobę alkoholową Kaczyńskiego.
"Obalanie" komunizmu. Prawy do lewego, wypij kolego
"Na podwórzu jest kałuża / a w kałuży tej się nurza / hipopotam powiadacie? / Nie, to tata po wypłacie” - taki wierszyk robił furorę w czasach PRL-u. Wszechobecne pijaństwo i niekończąca się libacja to charakterystyczny obrazek słusznie minionego systemu. Czy więc kogoś mogło wprawić w zdumienie, że komunistyczni dygnitarze także nie wylewali za kołnierz?
"Na podwórzu jest kałuża / a w kałuży tej się nurza / hipopotam powiadacie? / Nie, to tata po wypłacie” - taki wierszyk robił furorę w czasach PRL-u. Wszechobecne pijaństwo i niekończąca się libacja to charakterystyczny obrazek słusznie minionego systemu. Czy więc kogoś mogło wprawić w zdumienie, że komunistyczni dygnitarze także nie wylewali za kołnierz?
"Rano na dużym kacu przyjąłem byłego nadburmistrza Berlina Zachodniego"
Z dzienników wicepremiera Mieczysława F. Rakowskiego: "Wypiłem trochę za dużo koniaku i na przyjęcie z okazji Dnia Zwycięstwa w pałacu URM na Krakowskim Przedmieściu udałem się lekko zamroczony. Rok później Rakowski pisał: "Rano na dużym kacu przyjąłem byłego nadburmistrza Berlina Zachodniego".
U schyłku komunizmu alkohol (i jego spożywanie w nieodpowiednim towarzystwie) urósł wręcz do rangi symbolu. Zdjęcie, na którym przywódcy demokratycznej opozycji i przedstawiciele komunistycznych władz wznoszą kieliszki i piją za nowy rząd, zinterpretowano przecież jako dowód na zdradę przy "Okrągłym Stole".
Czy wymienione wyżej przypadki świadczyć o tym, że polscy politycy to moczymordy? Na pewno nie, bo co innego lampka, dwie w czasie partyjnych spotkań albo po kielichu w trakcie negocjacji, a co innego paradowanie w stanie mocno wskazującym przed dziennikarzami. Właśnie dzięki takim przypadkom politycy oficjalnie będą deklarować, że alkoholu boją się jak ognia. Nieoficjalnie powtarzać będą za Janikiem, że "bez pół litry nie razbieriosz"

