
Bartłomiej Rozbicki to ważna postać w branży reklamowej. Jako samouk osiągnął spektakularny sukces. Startował jako grafik. Dziś jest współwłaścicielem Ars Thanea - polskiej agencji kreatywnej, która z 4 osób rozrosła się już do ponad 50. Obsługuje największe światowe marki, takie jak: Discovery, HBO, Disney, Dodge, Nvidia, Nutricia Polska i wiele innych. Dzięki wieloletniej współpracy Ars Thanea z Ubisoft - jednym z największych producentów gier komputerowych na świecie, Rozbicki stworzył również brand ATGames, którym obecnie zarządza.
REKLAMA
Olga W: Porozmawiajmy o tym, czy w Polsce dzisiaj jest możliwy Polish Dream - jako polski odpowiednik American Dream.
Bartłomiej R: Wizja American Dream - takiej zupełnej biznesowej wolności, powstała kiedyś, gdy w USA znacznie łatwiej było prowadzić biznes i zrobić karierę od pucybuta do milionera. Obecnie to się pozmieniało, ale wciąż tam jest łatwiej niż u nas. Pewnie znajdą się osoby, które osiągnęły tam sukces i mają wielomilionowe biznesy, aczkolwiek w Polsce też to jest możliwe.. Nie szukając daleko - wystarczy spojrzeć na założycieli CD-Projekt. Oni zaczynali tworzyć swojego Wiedźmina w mieszkaniu. Uparli się i się udało.
Tobie też się udało, a zacząłeś od...?
Od początku miałem bardzo sprecyzowany pomysł na siebie. Już jako dziecko marzyłem o tym, żeby robić grafikę i gry, a mam taką filozofię, że w życiu trzeba robić to, co się chce i lubi, bo życie jest tylko jedno. Zgodnie z tym planem, poszedłem na Informatykę na UŚ, niestety nie zdałem dwóch egzaminów i mnie wyrzucili. Później zdryfowałem na Geologię na AGH, ale jednocześnie zacząłem pracę w zawodzie designera. Po jakimś czasie stworzyłem z moimi wspólnikami Ars Thanea i, gdy tylko pojawiła się możliwość, aby rozszerzyć jej działalność - zaczęliśmy robić gry. Zatrudniliśmy zdolnych ludzi z wiedzą o produkcji gier. Sam zająłem się warstwą biznesową. I udało się. Wspólnie wypuściliśmy dwie gry - Puzzle Craft - grę, w którą może zagrać każdy bez względu na wiek i Another Case Solved - dla nieco starszych graczy. Obydwie są hitami. Teraz robimy kolejną. Wierzę, że to dobry kierunek, również biznesowo. Młodzi ludzie są coraz bardziej nastawieni na obraz i interakcję, a coraz mniej na konsumpcję treści pisanych. Jednym słowem - książka umrze, opowieść przetrwa, a gra jest formą opowieści.
A przecież to tylko jeden element twojej kariery.
Jako grafik zacząłem pracować już w 1998 roku. Wtedy mieszkałem i studiowałem w Krakowie. W 2000 r. przeniosłem się do Warszawy, gdzie dostałem pracę jako designer. Przewinąłem się przez kilka agencji i wylądowałem w K2 jako dyrektor artystyczny.
Z którego po pewnym czasie odszedłeś, aby założyć własną firmę. To dosyć odważna decyzja. Miałeś stałą pracę, pozycję, poczucie bezpieczeństwa.
Zmiany personalne i coraz większy wpływ managementu K2 na rekrutację nowych osób, wiązały się z tym, że - jako dyrektor artystyczny, straciłem wpływ na to, kogo przyjmujemy do firmy i jaki produkt z niej wychodzi. A jeśli nie masz kontroli nad jakością, nie chcesz podpisywać się pod nią własnym nazwiskiem. Rozstaliśmy się, aczkolwiek jestem im wdzięczny za danie mi wtedy szansy i możliwość poznania wielu super ludzi, z którymi do dzisiaj utrzymuję kontakty.
Po odejściu z K2 postanowiłeś założyć własną firmę - Ars Thanea.
Po odejściu z K2 miałem wybór. Albo wyjechać do Szwecji, gdzie dostałem bardzo korzystną ofertę pracy, albo zostać i stworzyć coś swojego, bo poza K2 nikt w Polsce nie zajmował się tymi obszarami designu na takim poziomie, jaki mnie interesował, nie było konkurencji. Postawiłem na to drugie.
Dlaczego?
Nie chciałem na stałe wyjeżdżać z kraju. To jest moje miejsce, miejsce, w którym się urodziłem, wychowałem, w którym jestem kulturowo osadzony, w którym mam swoją rodzinę, znajomych. No i lubię w pełni rozumieć dowcipy, które mi ktoś opowiada.
Pomimo, że perfekcyjnie znasz angielski.
Mówię dobrze po angielsku tak samo, jak większość ludzi z mojej firmy. Ale nie jestem nativem, to nigdy nie będzie to samo, co język polski, w którym znam i rozumiem każdy niuans.
Ale nie powiesz, że droga twojej kariery była łatwa, prosta i przyjemna?
Przeszkody są zawsze, ale ja posługuję się w życiu maksymą - jak coś ci nie wyszło dwa razy, spróbuj trzeci. Może właśnie tym razem się uda. Może szczęście się do ciebie uśmiechnie. Nam szczęścia zdecydowanie nie brakowało, choć były oczywiście takie momenty, kiedy było ciężko. Polskie prawo nie pomaga w prowadzeniu firmy.
Dlaczego?
Najgorsza dla biznesu jest biurokracja i to, że przepisy zmieniają się jak chorągiewka, a to generuje ogromne koszty operacyjne. Politycy nie dają przedsiębiorcom szansy na skupienie się na celach biznesowych. Urzędy skarbowe podchodzą do przedsiębiorcy, jak do podejrzanego. A najgorsza chyba z tego wszystkiego jest uznaniowość urzędników. Nie ma jasnej formuły, wszystko zależy od decyzji osoby z okienka, która często nie ma wiedzy na temat naszego biznesu. Dodatkowe utrudnienie to procedury korporacyjne. Był taki moment, kiedy firma była w bardzo trudnej sytuacji, bo nasi polscy klienci spóźniali się z płatnościami. Temat się przeciągał, my nie chcieliśmy brać kredytu, bo to mogłoby nas jeszcze bardziej pogrążyć, a pracownikom trzeba było zapłacić. Pomógł nam wtedy partner z Niemiec. Sporo nas to nauczyło i częściowo wpłynęło na naszą decyzję, aby uderzyć do zagranicznych marek. W przypadku tych klientów, problem z płatnościami jest znacznie mniejszy.
W jaki sposób radzisz sobie z takimi sytuacjami?
Staram się dystansować. Rozwój cywilizacyjny narzuca nam szaleńcze tempo życia, a w branżach związanych z technologią, ludzie, którzy ciągle są na bieżąco i potrafią szybko reagować, są szczególnie cenni. Przedsiębiorca musi przeskakiwać pomiędzy 20 zadaniami w ciągu dnia i nawet jeśli pozornie odpoczywa, cały czas myśli i planuje. Budzi się o 4 w nocy, sprawdza komórkę - może klient zza granicy coś napisał.
Ostatnio zrobiłem sobie takie ćwiczenie: nie sprawdzać w domu komórki. Póki co - sam nie umiem z niej zrezygnować, ale dzielnie wspiera mnie w tym córeczka Nina, która uwielbia się nią bawić.
A tak poważnie - na ogół siadam, staram się zachować spokój, robię w myślach krok wstecz i patrzę, czy problem faktycznie jest tak duży, jak mi się wydaje. Staram się też zachowywać dystans na tyle, na ile to możliwe. Bardzo pomogło mi w tym wyprowadzenie się z Warszawy. Teraz mieszkam blisko Mazowieckiego Parku Krajobrazowego i tam mam tę chwilę spokoju po pracy.
Niedługo będziecie otwierać biuro Ars Thanea w Nowym Jorku. Nie czułeś pokusy, by przeprowadzić się tam na stałe?
Chciałbym popracować za granicą, np. w San Francisco, ale znając mnie, posiedziałbym tam chwilę i zaraz wrócił, bo jestem zbyt mocno związany z Polską. Chętnie wyjechałbym, aby poznać nowych ludzi, zobaczyć, jak myślą, jak pracują, zweryfikować swoje poglądy i wrócił, żeby robić jeszcze lepsze rzeczy tutaj.
Zostałeś w Polsce, z którą, jak mówisz, czujesz się związany. Tutaj rozwijasz biznes, tutaj płacisz podatki. Nazwałbyś siebie patriotą?
Nie jestem osobą machającą polską flagą. Daleko mi do prawicowych poglądów. Ale lubię ten kraj, lubię Warszawę. Doceniam miejsce, w którym żyję. Mamy tu super warunki do pracy, dużo zdolnych ludzi. Podróżowałem trochę po świecie i wiem, jak to wygląda za granicą, dlatego uważam, że nie ma co narzekać i szukać dziury w całym.
Nie czujesz się patriotą, ale często podkreślasz, że jesteście firmą z Polski.
Ostatnia gra ATGames dostępna jest w dwóch językach - polskim i angielskim. To chyba o czymś świadczy. Szczególnie, że polski rynek gier nie jest dla nas atrakcyjny, bo jest bardzo mały. Po prostu uważam, że należy naszą polskość podkreślać. Mało ludzi daje tę pieczątkę „made in Poland” - my to robimy, bo warto promować fajnych, utalentowanych ludzi z naszego kraju. A u nas jest sporo zdolnych samouków, którzy znają się na tym, co robią i mają olbrzymi zapał. Nawet bez edukacji potrafią osiągać światowy poziom.
Kogo chcesz przekonać, że "Polak potrafi"?
Wbrew pozorom, wizerunek Polaków za granicą jest bardzo dobry. Niemcy uważają nas za pracowity naród. Na świecie bardzo ceni się np. polski design. Dla mnie jest to powód do dumny, że w Polsce da się coś zbudować i robić biznes, który jest doceniany. Jedna firma to oczywiście tylko mała cegiełka, ale im więcej ich będzie, tym szybciej zbudujemy pozytywny wizerunek kraju, co przyciągnie zagranicznych inwestorów. Chciałbym, żeby coraz więcej przedsiębiorców myślało o swoim biznesie w ten sposób.
Jeśli zaś chodzi o samoocenę Polaków - ludzie od jakiegoś czasu przestają się wstydzić tego, że są z Polski, a ja chciałbym ich w tym utwierdzić. Chciałbym przełamać nasze kompleksy i ciążący na nas wizerunek Polaka - nieroba, złodzieja samochodów, bo to nie odpowiada współczesnym realiom. W Polsce są naprawdę wielkie talenty. Operatorzy z Polski - jaka to jest klasa, ludzie od efektów specjalnych, w jakiej branży by nie szukać, znajdzie się przynajmniej parę wybitnych polskich nazwisk. Jak na tak mały kraj, który niedawno podniósł się z klęczek komuny, biedy i zacofania, dokonaliśmy bardzo dużo. Na dodatek - bez żadnej pomocy z zewnątrz. Nam nie zaoferowano planu Marshalla.
A może to jednak jest taki współczesny patriotyzm, bez martyrologii? Czy pojęcie ojczyzna ma dla Ciebie jakieś znaczenie?
Dla mnie ojczyzna, to niekoniecznie kraj, w którym się urodziłeś. To kraj, w którym zdecydowałeś się zostać. Kraj, który dba o Ciebie, i z którym czujesz się związany. Znam kilku ludzi, którzy wyjechali do Norwegii, Szwecji i czują się tam dobrze, traktują te miejsca jako swój kraj. Ja jednak czuję się mocno zakorzeniony w Polsce, to jest moja ojczyzna. Nie widzę tego przez pryzmat obrazów z bohaterami narodowymi na ścianie - tylko jako wzajemne dawanie sobie. I nie mówię tego tylko o biznesie, ale o wielu płaszczyznach. O kulturze, o ludziach, których się spotyka.
Jaki jest Twoim zdaniem współczesny Polak?
Jesteśmy bardzo mocno współzawodniczącym i zaciętym narodem, który prze do przodu i bardzo chce udowodnić, że jest w stanie coś osiągnąć. Współcześni młodzi Polacy są mocno ukierunkowani na sukces, kreatywni, chcą działać szybko, ale... są niecierpliwi. Znam wielu Niemców, Amerykanów, Anglików - oni takich cech nie mają.
A dlaczego my je mamy?
Po pierwsze dlatego, że młodzi Polacy dużo jeżdżą po świecie, widzą, jak może być i chcą, żeby u nas też było tak samo. Mówi się - czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal. A jak już oczy coś gdzieś widziały, to chcą widzieć to samo u siebie. Chcą widzieć ładne mieszkanie, dobry samochód, czyste ulice. Druga sprawa to taka ogólna cecha Polaków, którą być może mamy w genach, czyli - walka o swoje. Po tych wszystkich strasznych wydarzeniach, które targały naszym krajem, mieliśmy bardzo mało czasu na osiągnięcie tego, co osiągnęliśmy i to cały czas jest w nas żywe. A w czasach pokoju, kiedy nie ma wroga, z którym trzeba walczyć, walczymy o sukces w biznesie. No i trzecia kwestia to duże ambicje. Młodzi Polacy są naprawdę ambitni.
Szkoda tylko, że uciekają z kraju. Jak myślisz, dlaczego?
Pierwszy trend to wyjazdy za pracą. Za granicą jest większy rynek, są większe zarobki, ale też większa konkurencja. Ludzie często się z tym zderzają, okazuje się
bowiem, że na większym rynku ich umiejętności nie są już wybitne, a raczej średnie i w związku z tym znalezienie pracy wcale nie jest takie proste. Drugi trend to emigracja specjalistów - lekarzy, inżynierów, informatyków, którzy zasysani są przez inne kraje. I to jest naturalne, szczególnie, że na globalnym rynku jest coraz mniej ludzi wykwalifikowanych i coraz większe na nich zapotrzebowanie. Kolejna rzecz, to chęć zmiany otoczenia, pomieszkania w innym miejscu, złapania innych doświadczeń. Wydaje mi się też, że trend wyjazdowy jest większy w małych miejscowościach niż w dużych miastach, bo tam są mniejsze możliwości rozwoju. A trzeci to po prostu emigracja dla zmiany klimatu, zmiany otoczenia, innych ludzi. Tego ostatniego nie zatrzymamy.
bowiem, że na większym rynku ich umiejętności nie są już wybitne, a raczej średnie i w związku z tym znalezienie pracy wcale nie jest takie proste. Drugi trend to emigracja specjalistów - lekarzy, inżynierów, informatyków, którzy zasysani są przez inne kraje. I to jest naturalne, szczególnie, że na globalnym rynku jest coraz mniej ludzi wykwalifikowanych i coraz większe na nich zapotrzebowanie. Kolejna rzecz, to chęć zmiany otoczenia, pomieszkania w innym miejscu, złapania innych doświadczeń. Wydaje mi się też, że trend wyjazdowy jest większy w małych miejscowościach niż w dużych miastach, bo tam są mniejsze możliwości rozwoju. A trzeci to po prostu emigracja dla zmiany klimatu, zmiany otoczenia, innych ludzi. Tego ostatniego nie zatrzymamy.
Czy ludzie, którzy wyjechali, mają Twoim zdaniem po co wracać?
Myślę, że osoby, które były za granicą, są lepiej postrzegane przez potencjalnych pracodawców, bo poznały inne realia, prawdopodobnie dobrze znają język angielski. Jeśli za tym idą umiejętności i chęć do pracy, to super. Nawet jeśli ktoś wyjechał do Anglii na zmywak, to dla mnie jest to plusem, bo to oznacza, że nie poddał się i robił coś zamiast narzekać, że w Polsce nie ma pracy. Szczególnie, że w Polsce miejsca pracy są. My cały czas rekrutujemy ludzi, jeśli ktoś jest zdolny, chce się rozwijać, pracować - witamy.
A czy jest w Polsce coś, co bardzo chciałbyś zmienić?
Na pewno system edukacji, który jest u nas przestarzały i skostniały. W ATGames inwestujemy w edukowanie młodych ludzi (np. współpracujemy z Politechniką Łódzka), bo rozwój rynku jest na tyle szybki, że edukacja za nim nie nadąża. Ale my, uczymy dopiero na poziomie studiów. A moim zdaniem już na etapie szkoły podstawowej powinniśmy uczyć dzieci współpracy z innymi i kreatywnego myślenia. W obecnym systemie, dzieci dostają olbrzymi pakiet wiedzy teoretycznej, która owszem, jest potrzebna, żeby mieć jakieś podstawy, ale kompletnie nie sprawdza się w życiu zawodowym. Nie przygotowuje do pracy. A umiejętność wyciągania wniosków, kooperacja i kreatywność, to podstawa w każdym biznesie. W Stanach dzieci uczą się wielu praktycznych rzeczy, ale brakuje im podstaw teoretycznych, więc nie jest to też model idealny. Inaczej wygląda to w Skandynawii. Tam udało się osiągnąć pewien złoty środek, który procentuje.
Mówisz o tym, jakie obecnie mamy możliwości i jakie ograniczenia, i co warto by było zmienić. Nie tak dawno - 25 lat temu, przeżyliśmy ogromną zmianę. Skończył się w Polsce komunizm. Pamiętasz coś z czasów przed transformacją?
Z PRL-u pamiętam straszne kolejki oraz kartki. Pamiętam też bardzo dramatyczną scenę, kiedy milicja wparzyła do nas do domu, szukając chyba amunicji. Mój ojciec jest myśliwym, więc zawsze mieliśmy w domu broń. To mi mocno zostało w głowie, bo byłem wtedy małym dzieckiem. Ogólnie dzieciństwo mieliśmy bardzo fajne, ale źle wspominam tamte czasy, jeśli chodzi o realia. Nie kojarzą mi się z niczym miłym. Zresztą - nie można nazwać normalną sytuacją, kiedy kogoś porywają z mieszkania, biorą na dołek i przesłuchują przez 48 godzin tylko dlatego, że ma inne poglądy polityczne. Nie była to Polska, w której chciałbym mieszkać, cieszę się, że to już za nami. Wiem, że wielu ludzi ma teraz żal np. do Balcerowicza, ale ogólna zmiana była pozytywna. Polska sprzed transformacji była krajem biednym i uzależnionym od Rosji. To, że dziś możemy wyjeżdżać za granicę, mamy wolny rynek, to zasługa transformacji.
A takie słowo: wolność? Jak je rozumiesz?
Przed transformacją, znam to z opowiadania rodziców, można było dużo załatwić za plecami. Korupcja kwitła. Obecnie też jest, ale jest to pokłosie tego, co było kiedyś. W sklepach nie było niczego. Były za to kartki, za które można było kupić "dobra luksusowe" np. mięso. Pamiętam, jak ojciec dostał pieniądze z wypłaty, poszedł kupić buty, butów nie było, kupił więc magnetofon, żeby wydać pieniądze tego samego dnia, bo inflacja galopowała w szaleńczym tempie. W ciągu tygodnia można było stracić 1/4 wartości pieniądza. To, plus niepewność, plus pustki w sklepach, plus zamknięte granice, plus cenzura - mieliśmy wtedy tylko dwa kanały TV, to wszystko rysuje jakiś obraz Polski przed transformacją. Super, że się z tego wyrwaliśmy.
A dzisiaj... Latam po świecie, rozmawiam z ludźmi, prowadzę biznes za granicą, czytam książki zza granicy. Siedząc przed komputerem, w zasięgu ręki mam cały świat - mogę komunikować się i wymieniać doświadczeniami z całym światem. To olbrzymia wolność, której nie mieli nasi rodzice. Myślę, że Polska nie różni się pod tym względem od innych krajów. Wywalczyliśmy sobie tę wolność. Ja nie czuję się w żaden sposób ograniczony. A technologia ma swoje plusy i minusy. Fajne jest to, że w dobie Internetu, ludzie nauczyli się walczyć o swoje, bardzo szybko się mobilizują, szybko zakładają page na Fejsie czy Twitterze. Społeczeństwo staje się coraz bardziej obywatelskie. Jeśli młodzi ludzie chcą mieć dziś na coś wpływ, biorą sprawy w swoje ręce - organizują manify, podpisy pod petycjami. Nasz kraj na to pozwala. Nadal jesteśmy krajem katolickim, jednak, czy jest to katolicyzm statystyczny, czy realny, to już druga sprawa.
Polska historia jest w ogóle trudna i bolesna.
Nie jestem fanem polskiej martyrologii. Uważam, że mamy taki sposób powracania do przeszłości - tamci nam coś zrobili, to my im nie popuścimy. Ułani z szablą, chorągwie. Mnie się to nie podoba. Widzę w tym tylko formę udowadniania, że jesteśmy lepsi od innych. W trzystu pokonaliśmy tysiąc, ale jakie to ma tak naprawdę znaczenie? Kiedyś wynajmowałem mieszkanie od pani, która przeżyła Powstanie Warszawskie. Rozmawiając ze mną przy herbatce, powiedziała, że powstanie było największym błędem, jaki można było popełnić, było rzezią inteligencji. To, jaki Polska ma teraz wizerunek, jacy ludzie są w polityce, jest konsekwencją tego, że wtedy zginęło mnóstwo młodych ludzi. Resztę dostrzelili w Katyniu. Takie zdziesiątkowanie inteligencji zaowocowało tym, że ten kraj wciąż nie może się podnieść. Polska jest wciąż pokaleczonym krajem. Jeszcze nie wylizaliśmy się ze starych ran. Był okres, kiedy byliśmy silnym państwem, potem były rozbiory, nie było nas, nie było tożsamości narodowej, próbowano ją stłamsić. Potem powstania, które wybiły kwiat młodzieży, obozy koncentracyjne, Katyń. Nie mieliśmy chwili spokoju. Nie mieliśmy czasu, żeby ustablizować się jako kraj i to się za nami wlecze.
Dlatego ludzi, którzy walczyli o wolność, powinno się szanować. Powinni mieć jakieś przywileje. Czy je mają - nie wiem. Na pewno powinniśmy oddać im honor, bo dzięki nim mieszkamy w wolnym kraju. Postawili na szali swoje życie. Ja nie wiem, czy byłbym w stanie tak się poświęcić i walczyć za kraj, ale ludzie różnie się w sytuacjach ekstremalnych potrafią się sami zadziwić̨. Pewnie na początek zabezpieczyłbym rodzinę, wysłał gdzieś za granicę. Nie wiem, jak ja bym się zachował, ale czuję - tak zupełnie szczerze, że pewnie bym do nich dołączył. Dziś mamy armię zawodową, relatywny spokój i mam nadzieję, że nie zmieni tego cała ta sytuacja z Ukrainą. W każdym razie zataczając bardzo duże koło - myślę, ze zamiast patrzeć wstecz lepiej myśleć do przodu. To bardziej mobilizuje.