
„Wstydzę się za rodaków, kiedy jestem świadkiem zamkniętości, wrogości bez powodu, braku tolerancji, zaściankowości i mesjanistycznej megalomanii. Kiedy palą tęczę na Placu Zbawiciela albo jak krzyczą, że „Pokłosie” to film antypolski. I po tych niby-patriotycznych marszach 11 listopada” – mówi w rozmowie z „Magazynem Świątecznym” Kayah.
Fajnie się żyje w kraju, w którym wreszcie mamy paszporty, w którym się buduje, a i posprzeczać się można bez ukrzyżowania. Ale nie całkiem umiemy jeszcze korzystać z wolności. Najpóźniej przyjdą zmiany mentalne, które pozwolą się nam wyrwać z zakompleksienia. Kiedy nie znamy, nie rozumiemy. Kiedy nie rozumiemy, boimy się. A kiedy się boimy, widzimy wszystko w krzywym zwierciadle albo atakujemy na oślep.
Największe zastrzeżenia ma właśnie do tego, że w Polsce wciąż żywy jest fanatyzm, a Polacy często są zamknięci na innych. "Mnie to przeraża. Moja ciekawość i miłość do człowieka nie ma określonego kształtu czy koloru, bo moja muzyka nie zna granic. W moim zespole grają ludzie z Bułgarii, Ukrainy, a nawet z Iranu. Obce są mi wszelkie ksenofobiczne strachy" – mówi, podając przykład spalenia tęczy na Placu Zbawiciela.
Niestety, sami też stanowimy dla siebie zagrożenie. Jak nie dzieli nas wojna smoleńska, to sprawa pochówku Kaczyńskiego albo Jaruzelskiego. Nawet ta namiastka jedności, jaką mamy każdego roku za sprawą Owsiaka, została ostatnio podważona.
Co Kayah sądzi o bieżącej polityce? Z rządów Tuska nie do końca jest zadowolona. "Daleka jestem od oskarżania premiera Tuska o powodzie na południu Polski. Byłam bardzo rozczarowana, kiedy artystom zabrano 50 proc. kosztów uzyskania przychodu. Artystom, którzy i tak często ledwo przędą" – ocenia.

