
Jukatan jest dla Meksyku tym, czym dla nas Hel, Trójmiasto, Kraków i Zakopane razem wzięte. Zabytki zaginionych cywilizacji, największe sportowe wyzwania i najlepsze imprezy. Kto tu raz trafił, znienawidzi to miejsce po pięciu minutach, albo zakocha się na całe życie.
REKLAMA
– Nurkujesz, człowieku? – Miguel bardziej stwierdza niż pyta.
– Trochę… – wzruszam ramionami – Schodziłem na 10-12 metrów w Morzu Czerwonym i na Zanzibarze. To Ocean Indyjski – dodaję zupełnie niepotrzebnie, bo kierowca poobijanego czerwonego forda kompletnie mnie nie słucha.
– Jeśli nie nurkowałeś w cenotach, to w ogóle nie masz pojęcia co to jest! – stwierdza autorytatywnie.
– Trochę… – wzruszam ramionami – Schodziłem na 10-12 metrów w Morzu Czerwonym i na Zanzibarze. To Ocean Indyjski – dodaję zupełnie niepotrzebnie, bo kierowca poobijanego czerwonego forda kompletnie mnie nie słucha.
– Jeśli nie nurkowałeś w cenotach, to w ogóle nie masz pojęcia co to jest! – stwierdza autorytatywnie.
Jedziemy już prawie czterdzieści minut z Playa del Carmen na Riwierze Majów, w kierunku Valladolid. Po lewej stronie mamy turkusowe morze i w tym upale marzymy o kąpieli, ale według Miguela szkoda czasu na plażowanie, gdy przed nami jest jedno z najwspanialszych miejsc na Jukatanie. Cenota Dos Ojos, czyli „Dwoje oczu”, to charakterystyczna dla całego półwyspu jaskinia wypełniona wodą. Deszcze padają tu niezwykle rzadko, więc podziemne zbiorniki od zawsze pełniły niezwykle ważną rolę dla lokalnej społeczności. Ponadto wypełnione słodką wodą jaskinie miały dla mieszkających tu Majów znaczenie kultowe. Czasem odbywali tu krwawe rytuały, a nurkowie mogą natknąć się na zadziwiające tajemnice z przeszłości – połamane jadeitowe noże, złotą biżuterię i szkielety nieszczęśników, którym kapłan rozcinał jednym ruchem klatkę piersiową i wyrywał serce, by potem zwłoki wrzucić do krystalicznie czystej wody.
Zresztą nie trzeba być nurkiem głębinowym, żeby zabawić się w odkrywcę. Do fascynujących obserwacji wystarczą okulary i „fajka”, bo przejrzystość wody jest niewiarygodna. Kilkanaście metrów głębokości nie robi wrażenia, bo czysta woda i działa jak soczewka. Pływamy przy powierzchni, a jesteśmy w stanie policzyć łuski na grzbietach ryb żerujących przy dnie. Wokół tropikalny raj. Zieleń bujnej roślinności, liany zwisające tuż nad wodą. Schodzimy głębiej i… niespodzianka. Nagle robi się gorąco. Podwodny wulkan? Nie… spokojnie… To tylko przesącza się gdzieś podziemnym kanałem ciepła słona woda z Morza Karaibskiego. Przypominam sobie jak poprzedniego dnia po raz pierwszy próbowałem kitesurfingu przy plaży w Cancun. Zabawa była świetna, choć chyba trzy razy więcej czasu spędziłem w wodzie, niż na desce. Ale miło było popatrzeć na profesjonalistów, którzy śmigali, a właściwie „latali” jakby znajdowali się na innej planecie, gdzie nie obowiązują prawa naszej grawitacji. Po południu zaliczyliśmy „jungle tour”. Popłynęliśmy malutką motorówką wzdłuż wybrzeża, gdzie zarośla mangrowców schodzą aż do morza. Słonolubne chaszcze przyciągają dziesiątki gatunków ptaków, które na płytkich wodach polują na niewielkie, kolorowe rybki. Potem sternik wziął kurs na pełne morze i po kilkudziesięciu minutach ostrego mocowania się z falami dopłynęliśmy do małej wysepki przy rafie. Dalej było już otwarte Morze Karaibskie. Ale tu, niczym na naturalnym falochronie kipiało bujne podwodne życie. Morze było gorące jak zupa. Maska, płetwy i plastikowa fajka do oddychania tuż pod powierzchnią wody, to na Riwierze Majów wyposażenie absolutnie podstawowe. Jeśli będziemy mieć szczęście, to oprócz kolorowych rybek, niczym z wielkiego akwarium, zobaczymy także drapieżniki. Podobno kręci się tu sporo rekinów, choć tylko niektóre gatunki bywają niebezpieczne dla ludzi. Lepiej mieć rozsądnego przewodnika, który w razie czego wie, kiedy trzeba przerwać zabawę.
A zabawa, to w Meksyku sprawa całkiem poważna. Począwszy od piłki nożnej – co rozumiemy doskonale – przez rozgrzewającego emocje do białości baseballa (co rozumiemy znacznie mniej) po corridy i rodea, które płynnie łączą tradycję hiszpańską z westernową.
Ale to co przyciąga do Cancun setki tysięcy turystów, to rozrywka na najwyższym poziomie i zabawa porównywalna do tej w Las Vegas. Tylko tańsza… Po zmroku Bulwar Kukulkana rozbłyska neonami nocnych klubów. Idziemy do polecanego przez naszych znajomych „Coco Bongo” Przy wejściu płacimy 65 dolarów i w tej cenie są bilety na wieczorną rewię i drinki w stylu hotelowego all-inclusive (czyli nie spodziewajmy się Chivas Regal i szampana Dom Perignon, tylko miejscowej tequili i piwa). Showgirls, pióra, confetti, głośna muzyka i światowe przeboje. Takie właśnie jest nocne życie w Cancun. Jeśli ktoś to lubi, to będzie miał najlepszy urlop w życiu. Jeśli nie jest zażartym „klubowiczem”, tylko sobotnie wieczory spędza w domowym zaciszu z dobrą książką, to powinien choć raz spróbować, żeby przekonać się, że naprawdę nie kręcą go ostro migające światła, naładowana erotyzmem atmosfera i drinki z palemką serwowane w hurtowych ilościach przez barmanów, którzy w życiu widzieli i słyszeli już wszystko.
A potem krótki sen, obfite hotelowe śniadanie i znów plaża. Albo rajd jeepami po jukatańskich bezdrożach, z obowiązkowym odwiedzaniem ukrytych w tropikalnym gąszczu ruin dawnych cywilizacji, nurkowaniem w cenotach, wizytą w „typowym meksykańskim miasteczku”, obiadem z najlepszymi fasolowymi burritos i – wreszcie – wieczór przy Margaricie podawanej w kieliszku o pojemności niewielkiego wiadra, z oszronioną krawędzią pokrytą grubymi kawałkami morskiej soli. To przeżycia, które zostają w pamięci na całe życie.