Co szósty Polak wstydzi się zakupów w dyskontach. Czego jeszcze?
Co szósty Polak wstydzi się zakupów w dyskontach. Czego jeszcze? Fot. Tomasz Fritz / AG

Czterech na dziesięciu warszawiaków woli chodzić do Biedronki czy Lidla po zmroku, bo uważa, ze to wstyd. Zachowań, do których polscy klienci niechętnie się przyznają, jest więcej. Za obciach uważane jest np. oddawanie butelek zwrotnych czy kupowanie samochodów z instalacją LPG. – Coraz mniej, ale wciąż boimy się degradacji. Rezygnujemy z produktów o „gorszej opinii”, by nie stracić uznania środowiska – przekonuje antropolog kulturowy dr Mirosław Pęczak.

REKLAMA
Mogłoby się wydawać, że dyskonty tak mocno wrosły w polską rzeczywistość, że nikt nie zastanawia się, wypada w nich kupować czy nie. Ostatnie badania Konsument 2014 przeprowadzone przez Polskie Towarzystwo Badaczy Rynku i Opinii temu przeczą. Co szósty Polak wstydzi się robić tam zakupy, a w Warszawie prawie połowa klientów wolałaby ukrywać swoją obecność w Biedronce czy Lidlu.
Skąd bierze się taka postawa? Zdaniem dr. Mirosława Pęczaka na pewno nie z tego, że obawiają się, iż ktoś pomyśli o nich jako o przesadnie oszczędnych. – Oszczędności są mniej wstydliwe, niż kupowanie w sklepach uznawanych za te o niższym statusie. Szeroko pojęta kultura korporacyjna uczy, że ważna jest opinia środowiska. A przy takim nastawieniu Biedronka czy Lidl wciąż będą stały niżej w hierarchii i chodzenie tam nie buduje prestiżu – mówi ekspert.
Problem nie dotyczy wyłącznie dyskontów. Poczucie wstydu mocno wpływa na zachowania klientów także na innych polach. To, jakie decyzje zakupowe podejmujemy, pozwala innym przyporządkować nas do konkretnej klasy społecznej. Jeśli coś stereotypowo uznawane jest za niemodne czy nawet pasujące do niższej klasy, lepiej tego nie tykać.

Upokarzający zwrot butelki

logo
Fot. Cezary Aszkielowicz / AG

Szkło zwrotne to idealny przykład. Browary 50 proc. swoich wyrobów sprzedają w opakowaniach zwrotnych, a jednak mało kto po wypiciu piwa fatyguje się z butelką do sklepu. Dlaczego? Faktem jest, że większość Polaków po prostu nie ma świadomości, że opakowanie nadaje się do ponownego wykorzystania. Ale, co potwierdzali organizatorzy kampanii "Weź mnie w obroty", która miała zmienić nawyki konsumentów, równie ważnym powodem jest nastawienie społeczne.
Oddawanie butelek zwrotnych w opinii wielu jest czymś poniżającym. "Na kaucji zarabiają przecież pijaczki" – to częste przekonanie. Po co się więc w ten sposób degradować?
"Samo oddawanie butelek jest czynnością poniżającą człowieka. W wielkich hipermarketach nie można tego zrobić w automacie czy przy kasie, ale w punkcie obsługi klienta. A tam kolejka 100 osób, które zbierają pieczątki, aby dostać darmowy długopis. W małym sklepie, przez obsługę zostaniemy potraktowani podobnie jak etatowi zbieracze, a może nawet gorzej, bo tamci przynajmniej wiedzą, że nie należy przychodzić i zawracać głowy wtedy, gdy są najdłuższe kolejki" – pisał na blogu w naTemat piwowar Tomasz Kopyra.

Kto "grzebie" w przecenach

logo
Fot. naTemat

Deklasujące może być też korzystanie z przecen, szczególnie tych w supermarketach. Często można tam zobaczyć kosze z produktami blisko terminu ważności. Jak twierdzi dr Pęczak, tego typu zakupy nie pasują do hasła "zastaw się, a postaw się", którym wielu Polaków się kieruje. – Tak samo, jak np. ciuchy z Lidla czy innych sieci – dodaje.
Wiele dyskusji na ten temat odbywa się na forach internetowych. Na dobramama.pl jedna z komentujących pisze, że kiedy była w lepszej sytuacji finansowej nie wstydziła się raz na jakiś zrobić zakupy w Lidlu. Teraz, kiedy ma mniej pieniędzy, korzystanie z promocji i tańszych produktów odbiera jako upokorzenie.
Do niedawna klienci podobnie patrzyli na tzw. marki własne. To się jednak zmienia i z roku na rok są coraz bardziej popularne. Choć np. w brytyjskim Tesco dwa lata temu zdecydowano o zmianie nazwy i kolorystyki takich produktów, bo Brytyjczycy wstydzili się wkładać je do koszyka.

Na gaz, czyli profanacja

logo
Fot. Shutterstock

"Korek wstydu" – takie pojęcie ukuli ci, którzy uważają, że posiadanie samochodu z instalacją gazową jest plamą na honorze. Tak jak w branży spożywczej dyskonty wciąż są na dole hierarchii, tak podobnie jest z autami na gaz. Nie chodzi o argumenty ekonomiczne. Wielu kierowców uważa, że LPG to "kastracja samochodu" i kropka. Szczególnie, jeśli jest to maszyna z dużym silnikiem lub sportowa.
Branżowa prasa tworzy nawet zestawienia samochodów, w których gaz to hańba. Na pierwszym miejscu jest Hummer (kiedyś obśmiewano Mariusza Pudzianowskiego, który zainstalował w nim LPG), na drugim Porsche 911, a na trzecim Subaru Impreza.
– No cóż. Samochód jest jednym z ważniejszych wyznaczników prestiżu. Nie ma co się dziwić. Ktoś może zrezygnować z gazu, bo przecież oszczędności na zewnątrz nie widać – kwituje mój rozmówca.