Bartłomiej Sienkiewcz, Sławomir Nowak czy Marek Belka dali się podsłuchać jak amatorzy. Biznesmeni mają swoje sposoby, by tego uniknąć.
Bartłomiej Sienkiewcz, Sławomir Nowak czy Marek Belka dali się podsłuchać jak amatorzy. Biznesmeni mają swoje sposoby, by tego uniknąć. Fot. Przemek Wierzchowski / Sławomir Kamiński / Kuba Atys / Agencja Gazeta  

"Amatorzy" tacy jak Marek Belka i Bartłomiej Sienkiewicz dobijają deale w restauracjach albo na imprezach, gdzie stykają się światy polityki, biznesu i mediów – choć nie powinny. Kilka lat temu niedowierzanie i oburzenie wywołała informacja, że Zbigniew Chlebowski z PO spotykał się z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem na cmentarzu. Ale tak to robią ludzie biznesu.

REKLAMA
2009 rok i afera hazardowa. Poza samą treścią, czyli ustalaniem treści ustawy między szefem klubu PO a biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem, oburzenie wzbudził też fakt, ze panowie spotkali się na cmentarzu. Wbrew pozorom nie był to wyraz paranoi i nadmiernej ostrożności. Bo przecież gdyby nie to, że Sobiesiaka obserwowało CBA o całej rozmowie zapewne nikt by się nie dowiedział.
Inaczej niż w przypadku rozmów Marka Belki z Bartłomiejem Sienkiewiczem czy Sławomira Nowaka z Andrzejem Parafianowiczem. Chociaż i jedna, i druga rozmowa zaczyna się od spraw niewinnych i zgodnych z prawem, szybko zmierza do tych tematów, które wzbudziły największe oburzenie opinii publicznej. Doświadczeni biznesmeni, z którymi rozmawialiśmy nagranych polityków określają mianem amatorów.
Kącik dziecięcy w McDonald's
– To normalne, że biznesmeni nie spotykają się w drogich restauracjach – mówi jeden z polskich przedsiębiorców. – Spotkania robi się na przykład w kąciku dla dzieci w McDonald’s albo w centrach handlowych – dodaje.

Tłumaczy, że biznesmeni nie boją się pracowników restauracji, ale przede wszystkim służb. – Jest świadomość, że mamy w Polsce 12 służb, które mogą podsłuchiwać. Przecież te 2 miliony zezwoleń na podsłuchy nie zostało wydane, żeby podsłuchiwać dzieci, nauczycieli i sprzedawców w spożywczym – zaznacza.
Łódź na środku jeziora
Być może także w obawie przed podsłuchami negocjacje mające wyłonić nowego szefa Komisji Europejskiej prowadzono na łodzi. Angela Merkel, David Cameron, Fredrik Reinfeldt i Mark Rutte pływali łodzią i zapewne tam zapadły kluczowe ustalenia w sprawie kandydatury Jeana Claude Junckera.
Nasz kolejny rozmówca, biznesmen z branży developerskiej wręcz kpi z polskich polityków, którzy w tak dziecinny sposób dali się podsłuchać. – Nie wiem jak może komukolwiek przyjść do głowy, żeby rozmawiać o rzeczach dotyczących państwa, finansów, jakichś politycznych dealach, w restauracji dla celebrytów – ocenia prezes firmy developerskiej. 
Obskurny bar
Nasz rozmówca zaznacza, że w biznesie od dawna - już od lat 90. - istnieje świadomość tego, że ktoś może próbować podsłuchiwać. – Gdyby panowie politycy mieli taką odpowiedzialność za państwo, jak biznesmeni za swoje firmy, wiedzieliby żeby tak nie robić. Ale ich potem nikt nie rozlicza, nie tracą majątków, nie pójdą do więzienia, przyzwyczaili się do tego i zachowują się, delikatnie mówiąc, niefrasobliwie – wyjaśnia nasz rozmówca.
Biznesmen dodaje, że wrażliwe rozmowy ludzie interesów prowadzą w sposób minimalizujący jakąkolwiek formę podsłuchu. – Jeśli do restauracji, to obskurnej, gdzie nikt takich ludzi się nie spodziewa, ale pełnej, żeby był jak największy harmider. Z telefonów wyjmuje się baterie, same aparaty najlepiej zamknąć w walizce i zostawić np. w szatni albo samochodzie. Nie siadać przy oknie – radzi prezes. 
Biznes w lesie
Jeśli sprawa jest naprawdę poważna, warto pojechać nawet do lasu. – Tam podsłuch jest prawie niemożliwy. Zobaczylibyśmy, gdyby ktoś nas śledził albo w ogóle zbliżył się do nas. Podsłuchu nie zamontujesz, bo gdzie? Na drzewie? Zostawia się telefony, marynarkę, wszystko w samochodach i idzie rozmawiać – mówi biznesmen. Jak podkreśla, jeśli nie da się pojechać do lasu, to można chociaż zapuścić się w lokalne podwórka, gdzie ryzyko podsłuchania też jest minimalne.  
Ale politycy mają trudniej, bo są rozpoznawalni i o chowaniu się po bramach raczej nie ma mowy. Przede wszystkim brakuje im jednak wyobraźni. Dlatego nie mają oporów przed spotykaniem się z biznesmenami w prywatnych okolicznościach. Jedno z takich spotkań opisuje najnowszy „Newsweek”.

W lokalu akurat odbywała się pięćdziesiątka znanego prawnika i doradcy podatkowego Roberta Oliwy, prywatnie męża byłej prezes PGNiG. Na imprezie bawiło się mieszane towarzystwo: prezenter Tomasz Kammel z partnerką Katarzyną Niezgodą, europoseł PiS Ryszard Czarnecki, szef organizacji Pracodawcy RP Andrzej Malinowski.

Źródło: "Newsweek Polska"

Takich przykładów jest więcej, chociaż nie ma tutaj mowy o ostentacji znanej z lat 90-tych. Może to efekt mitycznej niechęci Donalda Tuska do biznesmenów. Część środowiska uznawała nawet, że to szkodliwe dla polskiej gospodarki, bo premier stronił od wyjazdów zagranicznych z delegacjami przedsiębiorców. Ale nie wszyscy byli tak wstrzemięźliwi. Jeden ze znajomych Marka Falenty tak komentuje jego rolę w aferze podsłuchowej.

Marek chciał obalić rząd? Niemożliwe, przecież zawsze umiał żyć z władzą. Jego biznes działał na styku z polityką, a on sam uchodził w towarzystwie za człowieka Platformy. Znał posłów, ministrów, hojnie sypał groszem na charytatywnych balach organizowanych przez partię rządzącą.

Źródło: "Newsweek Polska"

Spotkania polityków i biznesmenów to codzienność. Jedni mają władzę, drudzy pieniądze. Przecież posłem czy ministrem się bywa, a po wygaśnięciu mandatu przyda się ciepła posada w radzie nadzorczej. Zresztą nie tylko politycy muszą uważać na jakie imprezy chodzą. W marcu Telewizja Polska zawiesiła na tydzień reportera „Panoramy” Mirosława Cichego, który przyjął zaproszenie na urodziny Grzegorza Napieralskiego.
Jak dziennikarz z ministrem
Równie wiele kontrowersji narosło wokół występu Zespołu Reprezentacyjnego, gdzie gra prezenter „Wydarzeń” Polsatu Jarosław Gugała, który wystąpił na urodzinach żony ministra finansów Mateusza Szczurka. Ale jego stacja była znacznie bardziej wyrozumiała. A może zachowała zdrowy rozsądek i nie reagowała niepotrzebnie emocjonalnie?
– Generalnie nie można się dać zwariować. Te światy się przenikają i będą się przenikać – mówi Grzegorz Makowski, dyrektor programu Odpowiedzialne Państwo w Fundacji Batorego. Nasz rozmówca przypomina, że normalną praktyką na Zachodzie jest zabieranie biznesmenów na zagraniczne delegacje. – Tylko to wszystko musi być przejrzyste. Jednocześnie nie wszystko da się uregulować, tylko częściowo jest to kwestia rozgraniczenia prawnego, ale przede wszystkim obyczaju i kultury politycznej – dodaje Makowski.
Standardy
– Nie jesteśmy robotami, więc mniej oficjalne kontakty także muszą mieć miejsce. Ale trzeba dbać o przejrzystość, te nieoficjalne kontakty nie mogą wywołać zgorszenia, czy kontrowersji – zaznacza. Jako przykład transparentności przywołuje świat dyplomacji. – Niestety w Polsce mamy niskie standardy dotyczące kontaktów polityki i biznesu. Reaguje się dość histerycznie na grubsze sprawy, ale mało jest bieżącego monitoringu, który dotyczy powszednich kwestii – zauważa.
Poruszonym przy okazji afery taśmowej w PO przykładem jest używanie służbowych kart kredytowych. – Żeby dowiedzieć się o wydatkach z kart trzeba składać wnioski o dostęp do informacji publicznej, bo to nigdzie nie jest publikowane. A np. w Kanadzie publikują niemal na bieżąco właściwie wszystkie informacje na temat wydatków ministrów, dyrektorów czy władz samorządowych – mówi Grzegorz Makowski.
I tak jest lepiej
– Mimo narzekania, że u nas klasa polityczna psieje, standardy dotąd się podnosiły - głównie wymuszane przez prawo. W 90. można było liczyć tylko na dobry obyczaj, bo nie było przepisów. Nie było np. ustawy o ograniczeniu działalności gospodarczej osób pełniących funkcje publiczne, nie było oświadczeń majątkowych, czy rejestru korzyści. Dziś zaczyna się być może odwrotny proces - mamy już ramy prawne, ale co raz bardziej brakuje nam obyczajów. Ale generalnie wiele pracy przed nami. Prawo trzeba ciągle poprawiać, a dobre obyczaje kształcić, co nie jest proste, gdy mamy do czynienia z sytuacjami jak afera taśmowa. – ocenia dyrektor programu Odpowiedzialne Państwo w Fundacji Batorego.
Jego zdaniem najważniejszą rolę odgrywa dziś podnoszenie wymagań prawnych. – Ale w pewnym momencie prawo przestanie wystarczać i dalsze podnoszenie standardów będzie zależało tylko od kultury politycznej – mówi Grzegorz Makowski.
Współpraca: Michał Wąsowski