
"Amatorzy" tacy jak Marek Belka i Bartłomiej Sienkiewicz dobijają deale w restauracjach albo na imprezach, gdzie stykają się światy polityki, biznesu i mediów – choć nie powinny. Kilka lat temu niedowierzanie i oburzenie wywołała informacja, że Zbigniew Chlebowski z PO spotykał się z biznesmenem Ryszardem Sobiesiakiem na cmentarzu. Ale tak to robią ludzie biznesu.
– To normalne, że biznesmeni nie spotykają się w drogich restauracjach – mówi jeden z polskich przedsiębiorców. – Spotkania robi się na przykład w kąciku dla dzieci w McDonald’s albo w centrach handlowych – dodaje.
Tłumaczy, że biznesmeni nie boją się pracowników restauracji, ale przede wszystkim służb. – Jest świadomość, że mamy w Polsce 12 służb, które mogą podsłuchiwać. Przecież te 2 miliony zezwoleń na podsłuchy nie zostało wydane, żeby podsłuchiwać dzieci, nauczycieli i sprzedawców w spożywczym – zaznacza.
Być może także w obawie przed podsłuchami negocjacje mające wyłonić nowego szefa Komisji Europejskiej prowadzono na łodzi. Angela Merkel, David Cameron, Fredrik Reinfeldt i Mark Rutte pływali łodzią i zapewne tam zapadły kluczowe ustalenia w sprawie kandydatury Jeana Claude Junckera.
Nasz rozmówca zaznacza, że w biznesie od dawna - już od lat 90. - istnieje świadomość tego, że ktoś może próbować podsłuchiwać. – Gdyby panowie politycy mieli taką odpowiedzialność za państwo, jak biznesmeni za swoje firmy, wiedzieliby żeby tak nie robić. Ale ich potem nikt nie rozlicza, nie tracą majątków, nie pójdą do więzienia, przyzwyczaili się do tego i zachowują się, delikatnie mówiąc, niefrasobliwie – wyjaśnia nasz rozmówca.
Jeśli sprawa jest naprawdę poważna, warto pojechać nawet do lasu. – Tam podsłuch jest prawie niemożliwy. Zobaczylibyśmy, gdyby ktoś nas śledził albo w ogóle zbliżył się do nas. Podsłuchu nie zamontujesz, bo gdzie? Na drzewie? Zostawia się telefony, marynarkę, wszystko w samochodach i idzie rozmawiać – mówi biznesmen. Jak podkreśla, jeśli nie da się pojechać do lasu, to można chociaż zapuścić się w lokalne podwórka, gdzie ryzyko podsłuchania też jest minimalne.
W lokalu akurat odbywała się pięćdziesiątka znanego prawnika i doradcy podatkowego Roberta Oliwy, prywatnie męża byłej prezes PGNiG. Na imprezie bawiło się mieszane towarzystwo: prezenter Tomasz Kammel z partnerką Katarzyną Niezgodą, europoseł PiS Ryszard Czarnecki, szef organizacji Pracodawcy RP Andrzej Malinowski.
Takich przykładów jest więcej, chociaż nie ma tutaj mowy o ostentacji znanej z lat 90-tych. Może to efekt mitycznej niechęci Donalda Tuska do biznesmenów. Część środowiska uznawała nawet, że to szkodliwe dla polskiej gospodarki, bo premier stronił od wyjazdów zagranicznych z delegacjami przedsiębiorców. Ale nie wszyscy byli tak wstrzemięźliwi. Jeden ze znajomych Marka Falenty tak komentuje jego rolę w aferze podsłuchowej.
Marek chciał obalić rząd? Niemożliwe, przecież zawsze umiał żyć z władzą. Jego biznes działał na styku z polityką, a on sam uchodził w towarzystwie za człowieka Platformy. Znał posłów, ministrów, hojnie sypał groszem na charytatywnych balach organizowanych przez partię rządzącą.
Spotkania polityków i biznesmenów to codzienność. Jedni mają władzę, drudzy pieniądze. Przecież posłem czy ministrem się bywa, a po wygaśnięciu mandatu przyda się ciepła posada w radzie nadzorczej. Zresztą nie tylko politycy muszą uważać na jakie imprezy chodzą. W marcu Telewizja Polska zawiesiła na tydzień reportera „Panoramy” Mirosława Cichego, który przyjął zaproszenie na urodziny Grzegorza Napieralskiego.
Równie wiele kontrowersji narosło wokół występu Zespołu Reprezentacyjnego, gdzie gra prezenter „Wydarzeń” Polsatu Jarosław Gugała, który wystąpił na urodzinach żony ministra finansów Mateusza Szczurka. Ale jego stacja była znacznie bardziej wyrozumiała. A może zachowała zdrowy rozsądek i nie reagowała niepotrzebnie emocjonalnie?
– Nie jesteśmy robotami, więc mniej oficjalne kontakty także muszą mieć miejsce. Ale trzeba dbać o przejrzystość, te nieoficjalne kontakty nie mogą wywołać zgorszenia, czy kontrowersji – zaznacza. Jako przykład transparentności przywołuje świat dyplomacji. – Niestety w Polsce mamy niskie standardy dotyczące kontaktów polityki i biznesu. Reaguje się dość histerycznie na grubsze sprawy, ale mało jest bieżącego monitoringu, który dotyczy powszednich kwestii – zauważa.
– Mimo narzekania, że u nas klasa polityczna psieje, standardy dotąd się podnosiły - głównie wymuszane przez prawo. W 90. można było liczyć tylko na dobry obyczaj, bo nie było przepisów. Nie było np. ustawy o ograniczeniu działalności gospodarczej osób pełniących funkcje publiczne, nie było oświadczeń majątkowych, czy rejestru korzyści. Dziś zaczyna się być może odwrotny proces - mamy już ramy prawne, ale co raz bardziej brakuje nam obyczajów. Ale generalnie wiele pracy przed nami. Prawo trzeba ciągle poprawiać, a dobre obyczaje kształcić, co nie jest proste, gdy mamy do czynienia z sytuacjami jak afera taśmowa. – ocenia dyrektor programu Odpowiedzialne Państwo w Fundacji Batorego.
