Co bardziej przygnębia: pobyt w szpitalu czy samotność w czterech ścianach?
Co bardziej przygnębia: pobyt w szpitalu czy samotność w czterech ścianach? Fot. Kate Hiscock / http://bit.ly/1lJDKX7 / CC - BY / http://bit.ly/1mhaR6e

W piątek drugą połowę dnia spędziłam w jednym z warszawskich szpitali. Zamiast karetki, podjechałam samochodem, a zamiast krwi na twarzy - miałam makijaż. Co nie zmienia faktu, że znalazłam się tam nie bez powodu. Ale leżąc 6 godzin na sali obserwacji, poczyniłam liczne obserwacje własne, które wywołały we mnie głęboką zadumę i smutek. Większość współleżących pacjentów, to ludzie chorobliwie… samotni.

REKLAMA
Otyły pielęgniarz i 999
Czasami nawet najwięksi twardziele i twardzielki tam trafiają. Szpital jest instytucją, gdzie masz prawo się znaleźć i gdzie ci się wszystko należy (pod warunkiem, że opłacasz składki). Jeśli i wam zdrowie odmówi posłuszeństwa, radzę od razu wezwać karetkę. Ja tego nie zrobiłam i to był błąd. Ledwo trzymając się na nogach, musiałam ze szczegółami tłumaczyć, dlaczego powinien obejrzeć mnie lekarz (pomimo, że w garści trzymałam skierowanie do szpitala, wystawione wcześniej w przychodni).
– Dlaczego mam pani uwierzyć, że się pani źle czuje? Nie wygląda pani źle. A tam czeka cały korytarz bardziej potrzebujących. Poza tym, nie przyjmiemy pani, bo nie wezwała pani pogotowia. Trzeba było zadzwonić, podjechaliby ratownicy i sprawdzili, czy rzeczywiście pani potrzebuje pomocy i czy kwalifikuje się do szpitala.
Jedynym argumentem, który przychodził mi wówczas do głowy, był ten, że nie cierpię szpitali, lekarzy i karetek i ostatni raz w szpitalu byłam podczas porodu. Cierpiący na otyłość pielęgniarz od niechcenia zrobił mi EKG, które nie wyszło kwitnąco i odesłał do poczekalni. Był wyjątkowo obrażony na: mnie / fakt, że piątkowe ciepłe popołudnie spędza w pracy / na to, że jestem szczupła. – Czy pani ostatnio straciła na wadze? – zapytał. Odpowiedziałam, że nie znam kobiety, która miałaby z tego powodu narzekać, więc nie będę się nad swoją wagą użalać. Byłam pewna, że mnie nie przyjmą na pozostałe badania i odeślą do domu z kwitkiem i nieświadomością, co mi dolega.
„Oczy tarczycowe”
Po upływie niecałych 10 minut usłyszałam swoje imię i nazwisko. Drugi gabinet, tym razem kobieta, pani doktor. Zadbana, uśmiechnięta, zadowolona z życia. Myślałam, że pomyliłam adres i że to szpital z jakiegoś słodko-pierdzącego serialu o lekarzach i pacjentach. Wysłuchała mnie, przebadała i od razu skierowała do sali obserwacji. Zleciła wszystkie badania krwi, łącznie z hormonem tarczycy, żeby wykluczyć ewentualne przyczyny złego samopoczucia.
– Pani to ma nawet oczy tarczycowe – usłyszałam. Ale na pytanie, co takie oczy tarczycowe oznaczają i po czym je rozpoznać, niestety nie dostałam odpowiedzi (myślałam, że oczy, które zdradzają problemy z tarczycą, są wyłupiaste, ale człowiek całe życie się uczy).
Akcja była na tyle błyskawiczna, że zdążyłam jedynie pomachać mężowi i z wenflonem ruszyłam na salę obserwacji. Po kolei mijając oczy pełnych niechęci osób, których nie przyjęto do owej sali. Przez chwilę miałam wrażenie, że biorę udział w jakichś zawodach sportowych. Kto szybciej dostanie się na leżankę…
logo
Szpital miejscem opieki nad samotnymi? To raczej nie ten adres Fot. Jez / http://bit.ly/TJzM5R / CC - BY / http://bit.ly/1mhaR6e

Kroplówka czy lody z kawałkami brownie?
"Wiem, że nic nie wiem" towarzyszyło mi tutaj od początku. Postanowiłam więc skorzystać z tego, że mnie przykuli do łóżka, podpięli pod aparaturę do pomiaru ciśnienia i tętna i podłączyli kroplówkę „na wszelki wypadek”, gdyby podejrzenia pana pielęgniarza o spadku elektrolitów okazały się trafione. I zasnąć, dopóki nie pojawią się wyniki badań krwi. Nie ukrywam, nerwy i zmęczenie mnie osłabiły, a łóżko było wyprofilowane, zautomatyzowane i wygodne. Ale w szpitalu spać się nie da.
Sala obserwacji obejmowała 10 łóżek. Ja leżałam pod numerem sześć, tuż obok konsoli pielęgniarzy i lekarzy. A raczej powinnam powiedzieć: bufetu. Od pierwszej minuty, jak tylko tam się pojawiłam, cały czas siostry, ratownicy i lekarze coś podjadali. Apogeum absurdu było w momencie, kiedy w odwiedziny do przesympatycznej pary: pielęgniarki i pielęgniarza, wpadł kolega z drugiego piętra. Amerykanin. Też pielęgniarz. Przyszedł, jak to z wizytą - z lodami. Jadł, częstował i opowiadał o tym, co zjada. I kiedy zagłębił się w smaki lodów, które najchętniej kupuje w Stanach - z kawałkami brownie, wiedziałam, że już nie zasnę. Zaczęło burczeć mi w brzuchu. Zresztą nie tylko mi...
– Kiedy do cholery macie zamiar mnie stąd wypuścić? To jakaś komuna pier…! Ile można wytrzymać? Od rana tu siedzę i czekam, jak na wyrok. Niby miałem już mieć wypis. Ja tu z głodu umieram! – wrzeszczał niezadowolony sąsiad z mojej lewej strony.
Na co usłyszał ciętą ripostę pana doktora, że jemu zapewne nie o jedzenie, ale o papierosy chodzi. Że pan wylądował tu z powodu płuc i musi sobie strzelić w płucko zapewne i niech pan sobie dogadza, proszę wypalić nawet paczkę, ale poczeka pan jeszcze trochę na wypis.
– Ja już k… nie mogę, cały czas patrzę jak tu się obżeracie, wszyscy coś jecie, a my tu od rana głodni!
– Ale pan za to cały dzień leży, a my biegamy po tych hektarach szpitala, żeby dowiedzieć się, co wam dolega i zdążyć od pacjenta do pacjenta – odparł doktor.
Konflikt interesów. Pacjent miał trochę racji i doktor też miał rację. Obie strony pozostały niezadowolone i wściekłe. Bo na siebie nawzajem skazane.
Efekt domina
Ale jak to zwykle bywa, po takim występie, nastąpił efekt domina. Tym razem zaczęły się lawinowe nawoływania kobiet:
– Siostro, basen!
– Siostro wody!
– Siostro, coś od bólu, bo nie wytrzymam!
– Siostro, kaczkę!
– Siostro, proszę zadzwonić do mojej synowej, bo ona tam czeka przy rejestracji i się niecierpliwi, co mi dolega…
– Nie wytrzymam, za mało ketonalu, coś mocniejszego mi dajcie, zlitujcie się, biodro mi nawala – wyła z bólu starsza pani.
– A wie pan, że ja kiedyś uprawiałam sport wyczynowo. Mianowicie lekkoatletykę, ale w młodości przeszłam zapalenie opon mózgowych. Nie chodzę już od kilku lat, a dziś ta utrata przytomności, ale jak w 74 roku….
I pielęgniarz po kilku takich razach, stracił cierpliwość. Co mnie nie dziwi. Ganiali z pielęgniarką jak w ukropie, od łóżka do łóżka, od pacjentki do pacjenta, tu basen, tam szklanka wody, tu telefon, tam wezwanie karetki z „odwozem”. Tu pobranie krwi, tam zakładanie cewnika (swoją drogą, jedzenie w tak zwanym międzyczasie, nie mam pojęcia, jak może im w ogóle przechodzić przez przełyk, choćby nawet to były lody z kawałkami brownie). I pielęgniarz podniesionym głosem, najbardziej poszkodowanej tego dnia kobiecie - zalecił spokój, bo nie mógł jej zrobić badania, tak intensywnie opowiadała, gestykulując przy tym, by swą historię uwiarygodnić (wiem, bo zwracał jej kilkakrotnie uwagę).
– Proszę, niech pani przez jakiś czas nie opowiada, bo nie mogę przeprowadzić EKG.
– Dobrze, ale niech pan mi koniecznie powie, kiedy znowu mogę zacząć rozmawiać, bo nie dokończyłam historii, a muszę ją komuś opowiedzieć – odparła kobieta.
I wtedy mnie olśniło.
Chorzy z samotności
Do sali weszła energicznym krokiem pani doktor. Roześmiana, sypiąca żartem na każdy temat. Podchodziła do każdego z łóżek i przeprowadzała rozmowy z pacjentami. Jak się pani czuje? Dlaczego wezwała pani pogotowie, itd. Usłyszałam jak pielęgniarka do pielęgniarza szepnęła: bo mi się nudziło i nie miałam co sama w domu robić.
I to była dla mnie odpowiedź na to, dlaczego niektórzy ludzie właśnie tu się znaleźli. Większość tych starszych pań (mężczyzn było tylko trzech), twierdziła, że doznała udaru dziś rano, straciła przytomność lub po prostu bardzo słabo się czuje. Lekarka obśmiewała to, że gdyby miały udar lub straciły przytomność, na pewno nie dałyby rady zadzwonić po karetkę (to w końcu powinno się czy nie powinno dzwonić po pogotowie?!?).
Co chwilę ktoś żalił się na problemy z kręgosłupem, sercem, kośćmi i pamięcią.
– Mój syn pani zapłaci. On tu gdzieś był. A nie, nie było go. Nie wiem, dlaczego nie odbierał ode mnie telefonów. Nie odepniecie mnie, to się sama odepnę. Ja chcę do domu. Ja mam pieniądze, ja wam zapłacę, tylko żebyście mnie odprowadzili, bo co ja sama po nocy zrobię…
– Niech mi pani poda szklankę wody, bo się uduszę. Proszę mi ją trzymać! Dlaczego pani tamtą panią opiekuje się bardziej?
Mój stan zdrowia zszedł momentalnie na dalszy plan. Czułam się strasznie, że nie mogę tych ludzi pocieszyć. Widziałam, jak znieczuleni pielęgniarze i lekarze patrzą na pacjentów lub niedoszłych pacjentów, którzy tylko zawracają im głowę i trzeba ich szybko wypisywać do domów. Słyszałam, jak bardzo brak miejsc w szpitalu i że kilku „połamańców” nie dostało się dziś na oddział ortopedii, bo nie ma już żadnego wolnego łóżka.
Wiem, że pracownicy służby zdrowia nie mogą przeżywać historii każdego z pacjentów, bo zapłaciliby za to własnym zdrowiem psychicznym. Ale patrząc na ich reakcje, zrozumiałam, że nie ma takiej historii, która wywołałaby u nich odrobinę współczucia. Nie ma mowy o empatii. Są igły, aparatura i mnóstwo papierków, które trzeba kopiować i podawać dalej. A sami pacjenci?
Leżą i czekają na diagnozę, niemal jak na wyrok. Część z nich z nadzieją, że zostaną w szpitalu dłużej. Że wreszcie ktoś się nimi zaopiekuje, zadba, poda pod nos jedzenie i picie (nawet to najmniej apetyczne, ale jednak poda).
logo
Uśmiechnięte starsze osoby to piękny widok. Zadbajmy o to, żeby mieli więcej wsparcia Fot. Ashley Campblell / http://bit.ly/1pPX6t7 / CC - BY / http://bit.ly/1mhaR6e

Samotność to straszna choroba. I jedyne, czego ci starsi ludzie się domagali, to uwagi, zainteresowania, wysłuchania, podania szklanki wody. Czy naprawdę nie lepiej byłoby stworzyć domy, w których ktoś by na te najbardziej przecież podstawowe potrzeby odpowiedział? Ale nie domy starców. Domy spotkań, działań, rozmów. Czy nie przyjemniej, zamiast dzwonić po karetkę, byłoby znaleźć się w miejscu, w którym można by z kimś porozmawiać? Gdzie ktoś by potowarzyszył, wyszedł na spacer albo posiedział obok.
Samotni, starsi ludzie nieraz trafiają do szpitala, bo oczekują uwagi. Może warto by coś w tym temacie zmienić? Nie pozostawajmy na ich wołania obojętni. Za kilka, kilkanaście lub kilkadziesiąt lat, prawdopodobnie znajdziemy się w podobnej sytuacji. I co, będziemy wtedy dzwonić do syna, który nie ma czasu odebrać komórki, czy po karetkę?