Marek Siwiec w "Bez autoryzacji":
Marek Siwiec w "Bez autoryzacji": Fot. Adam Stępień / AG

30 tysięcy złotych za jeden dzień pracy? Tyle dostali odchodzący europosłowie, co oburza wiele osób. Ale Marek Siwiec przypomina, że to nie parlamentarzyści o tym decydują. – My, zaczynając kadencję nie wiedzieliśmy, czy będziemy pracować do 1. czy do 19. lipca. Poinformowano nas tylko, że tak to uregulowano i tyle – mówi nam Siwiec. W rozmowie potwierdza też, że to PO odniosła większy sukces od PiS w negocjacjach o stanowiska w Parlamencie Europejskim.

REKLAMA
Ostatnio pisał Pan na swoim blogu, że po wielu latach intensywnej pracy wreszcie sam Pan rządzi swoim życiem. To bardziej poczucie, że nareszcie ma Pan wolne, czy jednak brakuje tej adrenaliny związanej z polityką?
Marek Siwiec: Ja z polityki do końca nie wyszedłem, bo nie można tak po prostu oddać legitymacji i przejść do innego świata. To zawód, pasja, niektórzy mówią: jak nałóg. Polityka wychodzi poza biurko i sprawowane obowiązki, interesuje mnie, śledzę ją. Poza tym jestem wiceprzewodniczącym Twojego Ruchu, partii, która choć ma problemy, to przecież wciąż funkcjonuje. Nie próbuję jednak przed sobą udawać, że nic się nie zmieniło – dla mnie pełnienie funkcji politycznej bez mandatu to coś innego.
Co się w takim razie zmieniło w Pana życiu?
Na przykład nie latam już tyle samolotem. To duża zmiana, w sumie było to uciążliwe i pochłaniało dużo czasu. Jeden lot wyjmuje z życia przynajmniej 6 godzin, więc latając dwa razy w tygodniu marnuje się jeden dzień. Druga zmiana dotyczy pewnej samodyscypliny dotyczącej instytucji, w której funkcjonowałem. Punktualność jest dla mnie ważna, zawsze pilnowałem terminów posiedzeń i miałem tak, że ktoś narzucał mi harmonogram, a ja za nim podążałem. Teraz jest inaczej, obowiązków takich jak spotkania, rozmowy medialne, konferencje, jest bez porównania mniej.
Ale przynajmniej na koniec europosłowie dostali normalną pensję za jeden dzień pracy. W przestrzeni publicznej ostro krytykuje się za to europosłów...
Ja nie mam tu nic do powiedzenia. Istnieje traktat, który określa relacje między posłem i instytucją, jest prawo, które zostało przyjęte wiele lat temu. My zaczynając kadencję nie wiedzieliśmy, czy będziemy pracować do 1. czy do 19. lipca. O różnych rzeczach europosłów informuje się na bieżąco i tak było w tym przypadku: poinformowano nas, że tak to uregulowano ze względu na wybór szefa Komisji Europejskiej i tyle.
Jeśli jesteśmy już przy obecnej kadencji – oglądał Pan pierwsze wystąpienie Janusza Korwin-Mikkego w PE?
To akurat było żenujące. Jest taka zasada: jak ktoś nie zna języka, to go nie używa. Bez znajomości języków obcych da się przeżyć, ale jak się udaje, że się je zna, to jest się żałosny komediantem. To także w pewien sposób problem Polski, bo w prasie zagranicznej zawsze potem będzie opisany polski poseł i tak się przyjmie zanim ktoś doczyta, z jakiej partii ten człowiek jest.
Ale już innych eurosceptyków: zwycięskiej w Francji Marine Le Pen i coraz silniejszego Nigela Farage nie da się ignorować. Faktycznie nadszedł czas eurosceptyków?
Z nimi problem polega na tym, że w Parlamencie Europejskim mówi się o konkretnych sprawach, na przykład handlu internetowym. Pojawia się kwestia dlaczego posiadając polską kartę kredytową nie można kupować w hiszpańskim sklepie internetowym – bo Hiszpanie nie znają banku, nie wiedzą czy to wiarygodne itd. I jak komisja w PE będzie o tym dyskutować i znajdzie się w niej eurosceptyk, brytyjski czy francuski, to będzie musiał powiedzieć coś poza tym, że Unia jest "be".
Taki eurosceptyk będzie musiał opowiedzieć się czy jest za tym, żeby z polską kartą kredytową można było kupować w Hiszpanii, czy nie. Jeśli tak, to przestaje być eurosceptykiem w tej sprawie, a jeśli nie – to będzie musiał wyjaśnić swoim wyborcom czemu Polak nie powinien kupować w hiszpańskim sklepie. Tak eurosceptycyzm szybko zostaje sprowadzony do absurdu, bo poważnych i głębokich podstaw do bycia eurosceptykiem po prostu nie ma. W Wielkiej Brytanii i Francji podstawy do eurosceptycyzmu wynikają z problemów tych dwóch krajów, ale to jest paliwo polityki wewnętrznej i ma niewiele wspólnego z Unią. Prędzej czy później okaże się, że eurosceptycy, choć liczni i hałaśliwi, nie są aż tak eurosceptyczni.
Obecnie trwa dyskusja w Polsce kto dla siebie w tym parlamencie więcej ugrał: PO z trzema szefami komisji czy PiS z wiceprzewodniczącym PE. Kto faktycznie osiągnął większy sukces?
Oczywiście Platforma. To bardzo prosta zasada: PO ma razem 23 osoby, 19 swoich europosłów i czterech z PSL-u i spokojnie mogli dostać wiceprzewodniczącego, gdyby chcieli. Ale z punktu widzenia polityki to, co zdobyli jest znacznie ważniejsze. Do tego Platforma ma też wiceprzewodniczącego frakcji, więc w realnej polityce ma zdecydowanie więcej do powiedzenia. Tym bardziej, że EPP to potęga, a ECR (frakcja do której należy PiS – przyp. Red.) to grupa znacznie mniej istotna.
Nie lekceważę roli wiceprzewodniczącego PE, sam nim byłem, i ta funkcja dobrze sprawowana daje pewną możliwość wpływu. Ale jeśli chodzi o politykę realną w rozumieniu rezolucji, dyrektyw, uchwał i poprawek, to przewodniczący komisji po prostu są ważniejsi.
Jak duże szanse mamy na zrealizowanie swoich interesów w tej kadencji? Przede wszystkim unii energetycznej, flagowego pomysłu Donalda Tuska?
Tyle będziemy mieć polskiego interesu, na ile przekonamy Europę do naszych poglądów. W przypadku szumnie zapowiadane unii energetycznej bardzo szybko wyszło na jaw, że tam gdzie odwołujemy się do argumentów podzielanych przez partnerów mamy szanse na sukces, a tam gdzie opowiadamy niestworzone rzeczy nikt nie traktuje nas poważnie.
Co było na przykład taką niestworzoną historią?
Jak zaczęliśmy porównywać unię energetyczną do Euratomu, szczęka mi wtedy opadła. Euratom został wymyślony nie do wspólnego kupowania uranu tylko po to, by kontrolować czy Niemcy nie zrobią po drugiej wojnie bomby atomowej. Wspólne zakupy oznaczały wspólną dystrybucję uranu, a to dawało kontrolę. A Polska zaczęła porównywać to do gigantycznych zakupów gazu. W Parlamencie Europejskim nie można być tak naiwnym, bo za taką naiwność, brak przygotowania płaci się straszną cenę, którą zresztą Tusk zapłacił. Nikt go nie wytknie i nie wyśmieje, ale usłyszy od innych polityków unijnych: "znakomity pomysł, tylko na tym etapie uważamy, że...". I tak mu zresztą powiedziano.
Afera taśmowa osłabiła pozycję negocjacyjną Polski w Unii Europejskiej?
Pozycji negocjacyjnej afera nie nadszarpnęła, ale wpłynęła na reputację Polski jako państwa.