Niewierzący praktykujący, czyli nie wierzę, ale ochrzczę
Niewierzący praktykujący, czyli nie wierzę, ale ochrzczę Fot. Natursports /Shutterstock.com

"Zakładnicy" - tak o niewierzących-praktykujących napisał bloger-ateista Jacek Kowalczyk. Kim są owi zakładnicy? To ci wszyscy, którzy decydują się na Sakramenty nie z uwagi na ich świętość, a na święty spokój, który sobie dzięki nim kupują.

REKLAMA
Jacek Kowalczyk nazywa niewierzących-praktykujących jeszcze w inny sposób. To jego zdaniem "hipokryci", bo to chyba pierwsze słowo które nasuwa się, gdy ktoś robi coś, w co sam nie wierzy, a często wręcz otwarcie to krytykuje. Bloger na łamach "Polityki" podkreśla, że niewierzący rodzice, którzy chrzczą swoje dziecko, robią mu w ten sposób krzywdę.
Jacek Kowalczyk

Wiedzą, że nie będą wychowywać dzieci po katolicku, ale i tak je chrzczą, posyłają na religię w szkole, płacą za komunijne ceremonie… I w ten sposób szkodzą swoim dzieciom, od samego początku uczą je hipokryzji, przyuczają do dwójmyślenia, a samych siebie stawiają w dwuznacznej pozycji wychowawczej, każąc dziecku robić coś, czego sami w ogóle nie robią. Czytaj więcej


Bo... bo... bo tradycja
Niewierzący-praktykujący nie ograniczają się jedynie do tego, aby ochrzcić swoje dziecko. Akurat dokonanie tego Sakramentu spotyka się z największą presją społeczną, bo samo słowo, że ktoś jest "nieochrzczony" nie brzmi w Polsce najlepiej. Ale nie tylko to. W mniejszych miejscowościach ciężko żyć na "kocią łapę" – są miejsca, w których decyzja o braku ślubu kościelnego (tylko cywilnego) oznacza świadome wystawienie się na ostracyzm społeczności.
Presja otoczenia sprawia, że ludzie wolą oszukać samych siebie i zrobić wszystko "po bożemu". – Idę za kilka miesięcy na ślub moich bliskich przyjaciół. Są totalnie niewierzący, ale nie ma to znaczenia - ślub będzie w kościele – słyszę od swojego kolegi. Jak mówi, jego przyjaciele pochodzą z naprawdę małej wsi, gdzie bez kościelnego ślubu po prostu nie mieliby życia. Wolą "odbębnić" uroczystość w zgodzie z tradycją, niż narażać się na wytykanie palcami.
Niektórzy idą jeszcze dalej. Praktykują, bo nie wyobrażają sobie ślubu bez "tej całej otoczki", 24 grudnia to dla nich "najpiękniejsza kolacja w roku", a dzieciństwo bez prezentów nie byłoby takie samo. Podobnie z Wielkanocą, bo malowanie jajek to przecież "zabawa", którą dzieci uwielbiają.
logo
Niektórzy uważają, że ślub po prostu bierze się w kościele. Nawet wtedy, gdy są niewierzący. Fot. Heather LaVelle / Shutterstock.com

Ale niewierzących-praktykujących spotkamy nie tylko w małych miejscowościach. Ten rodzaj hipokryzji wynika nie tylko z pochodzenia, ale jest też charakterystyczny dla określonego typu osobowości.
27-letni Łukasz ze Śląska wcale nie pochodzi z wioski, tylko z typowo "górniczego" miasta. – Jestem niewierzący – mówi bez wahania. I dodaje: – Najprawdopodobniej ulegnę presji i dla świętego spokoju ochrzczę dzieci, a później wyślę je do komunii. Nie chcę, aby czuły że omija je coś, w czym uczestniczy większość rówieśników – słyszę od Łukasza. Z tych samych powodów niewierzący Łukasz przyjmie także Sakrament małżeństwa.
Spadaj, nie udawaj
Co na to sami Katolicy? Z jednej strony powinni się cieszyć, bo być może pprzez samo obcowanie z Kościołem i Sakramentami pogubione owieczki mogłyby zbliżyć się do Kościoła. Ale prawda jest taka, że nikt nie chce w swoim gronie pozerów, a wierzący nie chcą wokół siebie udawaczy.
Błażej Strzelczyk twórca FollowJezus oraz dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" dostrzega wiele osób, które zupełnie bezrefleksyjnie chodzą do Kościoła. Dlaczego to robią? Głównie ze względów kulturowych i... przyzwyczajenia. – Jerzy Turowicz, założyciel i pierwszy redaktor naczelny Tygodnika Powszechnego mówił, że to są tzw. "paszportowi" katolicy. I kiedyś, i teraz aktyw Kościoła przykryty jest grubą warstwą "katolików z nazwy". To w rzeczywistości hipokryzja i trudno znaleźć słowa, które nie zostałyby uznane za obraźliwe, aby określić zachowanie takich ludzi – słyszę od katolickiego dziennikarza.
Strzelczyk twierdzi, że gdyby sam mieszkał w kraju muzułmańskim, a dalej był katolikiem, to z pewnością nie wchodziłby tamtejsze rytuały. – Moja wiara katolicka, jest mocniejsza niż to, co kulturowo narzuca mi się od zewnątrz. A ci ludzie poddają się czynnikom wyłącznie kulturowym, albo przejmują się opinią innych. Tymczasem przed Bogiem jesteśmy na Jego wyłączność i w kontakcie z nim jesteśmy sam na sam. Bez opinii otoczenia.
Taki punkt widzenia podkreślają księża, którzy nie zgadzają się by osoby niewierzące, czyli niechodzące do Kościoła i niezaangażowane, nie mogły ochrzcić swoich dzieci lub wziąć ślubu. – Jeśli nie wierzysz w to, że twój ślub to doświadczenie religijne, to nie ma sensu stawać przed ołtarzem. Przez to, że wielu księży nagina zasady tylko dlatego, że nie chce wchodzić w konflikty ze swoimi parafianami, mamy problem z "letnimi" świeckimi w Kościele. Dobrze się dzieje, kiedy księża nie zgadzają się na to, lub stawiają chętnym kolejne warunki, które mają im uświadomić, czym są te Sakramenty – mówi Błażej Strzelczyk.
Błażej Strzelczyk

Mam wrażenie, że księżą i ludzie świeccy w Kościele powinni mówić tym ludziom, którzy "kulturowo" wierzą, że wiara to jest coś więcej. Być może dzięki temu, że masz chrzest, później łatwiej się nawrócisz. Ale z drugiej strony przysięgamy przed ołtarzem podczas Chrztu, że wychowamy dziecko w etyce chrześcijańskiej, a później tego nie robimy. To oszukiwanie księdza, Kościoła i Boga, ale i samych siebie i tego dziecka. I to jest prawdziwa hipokryzja.


Ale czy w katolickiej Polsce można głośno mówić o tym, że jest się niewierzącym i niepraktykującym? Czy można sprzeciwić się całej tej "kościelnej machinie"? Oczywiście że można. Udawanie katolika, nawet w takim kraju jak Polska (a może zwłaszcza w nim) nie prowadzi do niczego dobrego. Bo nawet jeśli chrześcijaństwo jest fundamentem naszej kultury, to budowanie swojego życia z cegiełek hipokryzji z pewnością nie uczyni go bardziej wartościowym.