
Szałas zbudowany z liści i gałęzi – w takim domu mieszkał przez dwa dni 4,5-letni chłopiec ze swoim ojcem. Zaniepokojeni tym mieszkańcy warszawskiego Bemowa wezwali policję, ta zaś sprawę przekazała do prokuratury. Mężczyźnie grozi zarzut narażenia dziecka na utratę zdrowia lub życia. Twardy tata od razu podzielił internautów – jedni twierdzą, że jest po prostu nieodpowiedzialny, inni odpowiadają, że jeszcze 20 lat temu nikt by się tym nawet nie przejął.
Obóz przetrwania, policja w szoku 8 lipca, środek tygodnia, 9.00 rano – na numer alarmowy policji dzwoni zaniepokojony mężczyzna. Informuje, że w ciągu ostatnich dni widział w pobliżu rezerwatu Fosa Groty małego chłopca, który wraz z ojcem spał w prowizorycznym szałasie. Policjanci od razu ruszają na miejsce.
Jak opisuje policja, to co zobaczyli "przeszło ich najśmielsze oczekiwania". Prowizoryczny szałas zrobiony był z liści i gałęzi, choć określenie szałas użyte tu zostało nieco na wyrost – to po prostu ledwo trzymające się zadaszenie. Chłopiec, jak relacjonuje policja, był przestraszony, na jego ciele widoczne były ślady po ukąszeniach owadów.
Jedli złowione ryby Funkcjonariusze szybko odnaleźli ojca dziecka – stał kilka metrów dalej. 35-letni mężczyżna przyznał, że zabrał syna na "biwak" – jedzenie kupuje w pobliskim sklepie, a do tego łowi ryby, którymi żywi się razem z chłopcem.
Policja podkreśla jednak, że miejsce pobytu dziecka i jego ojca były dalekie od "biwaku". Brakowało tam bowiem zarówno ubrań, jak i jedzenia czy kocy. Do 4-latka wezwano karetkę pogotowia, ale jak się okazało – nie wymagał opieki lekarskiej. Chłopca z rąk policji odebrała matka, policja nie zdradza jednak, jak zareagowała na warunki panujące w "obozie przetrwania".

Ojca przesłuchano, po czym zwolniono. Niewykluczone jednak, że 35-latek odpowie za "narażenie dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia albo zdrowia". Materiały z interwencji zostały przekazane prokuraturze, która teraz zadecyduje, czy ostatecznie postawić ojcu zarzut.
Internauci chwalą i... hejtują Gdy wiadomość o tym rozeszła się po sieci, internauci od razu podzielili się na obrońców taty-obozowicza i jego przeciwników. Ci pierwsi wskazują, że jeszcze 20 lat temu nikogo by to nie zdziwiło, ba – zostałoby uznane za dobry przykład uczenia zaradności i fajną przygodę dla dziecka.
gość przypadkowy
lupus71
Druga grupa twierdzi jednak, że 4 lata to zdecydowanie za mało na takie przeżycia, tym bardziej, że "szałas" raczej wyglądał jak sklecony z patyków daszek. Słysząc o "biwaku" zapewne większość z nas wyobraża sobie co najmniej solidną izdebkę zbudowaną z grubych kijów, obok ognisko, maty do spania – w tym przypadku nie było o tym mowy.
Aga
Delicja
Psycholog: Nie przesadzajmy O ile jednak głosy internautów popadają ze skrajności w skrajność, to psycholog Tomasz Wojciechowski, zajmujący się m.in. dziećmi w wieku szkolnym, wskazuje, że w samym biwakowaniu z małymi dziećmi nie ma nic złego, ale trzeba to robić odpowiedzialnie.
O szałasie skleconym z gałęzi mówi jednak, że faktycznie "mieszkanie" w takich warunkach po prostu nie jest zbyt mądre. – Dziecko w tym wieku jest wrażliwe na pewne rzeczy, sporo choruje i faktycznie łatwo mu zrobić krzywdę – dodaje Wojciechowski.
4-latek biwakowania się nie nauczy Jednocześnie psycholog wskazuje, że 4-latek na takim wyjeździe nie nauczy się żadnej "twardości ducha", ani nie zahartuje się, bo to nie ten wiek. Niewątpliwie jednak wypad do lasu czy w góry, nawet pod namiot, może być dla tak małego dziecka ciekawą przygodą.

– Taki biwak nie różni się bardzo od spania pod namiotem, a ja na przykład spałem z rodzicami pod namiotem mając 3 lata. To kwestia formy i zabezpieczenia np. przed warunkami atmosferycznymi. Jeśli odbywa się to na zasadzie: jedziemy na maksymalnie dwa dni, pod schronieniem, kiedy jest ciepło, to można wziąć dziecko – wyjaśnia Wojciechowski. Jak podkreśla, swojego dziecka pod przeciekający dach na pewno by nie zabrał.
Mamy fetysz bezpieczeństwa Zdaniem naszego rozmówcy, głosy oburzenia na 35-letniego ojca wynikają z tego, że dzisiaj "fetyszyzujemy bezpieczeństwo na wszelkie możliwe sposoby". – To m.in. odium wydarzeń z dziećmi zamykanymi w samochodach. Spanie w lesie też nie jest bezpieczne, ale bez przesadyzmu. Rodzice dostają hopla na punkcie bezpieczeństwa, czasem w głupi sposób, na poziomie sterylności otoczenia. A potem dzieci mają z tego np. alergie – podkreśla Wojciechowski.
– A dziecko w takim wieku potrzebuje też dozy nie powiem niebezpieczeństwa, ale pewnych wyzwań – dodaje psycholog. Grunt to zapewniać te wyzwania w odpowiedzialny sposób.
