
Radosław Sikorski czuje, że padł ofiarą manipulacji. Twierdzi, że tygodnik "Wprost" wypaczył treść jego rozmowy z Jackiem Rostowskim publikując tylko wybrane fragmenty. - Gdyby ujawniono całe nagranie, to okazałoby się, że była to ważna i potrzebna rozmowa - mówi Tomaszowi Lisowi i Jackowi Pawlickiemu szef MSZ w rozmowie, którą opublikowano w najnowszym numerze "Newsweeka".
Jeżeli stawiacie tezę, że w dyplomacji powinno się zawsze i wszędzie mówić to, w co się wierzy, to trzeba by zlikwidować ten zawód. Przypominam jedną z definicji dyplomaty: to dobry człowiek, którego wysyłamy za granicę, by kłamał w interesie naszego kraju.
Szef MSZ czuje się poszkodowany przez "Wprost". I to podwójnie. Po pierwsze, tygodnik opublikował jedynie fragmenty rozmowy z Jackiem Rostowskim. Po drugie, redakcja dysponuje całością nagrania, a Sikorski nie, przez co trudniej jest mu się bronić.
Kiedy Tomasz Lis i Jacek Pawlicki próbują dowiedzieć się od ministra Sikorskiego kto jego zdaniem mógł stać za podsłuchami, które stały się podstawową publikacji "Wprost" ten równie stanowczo stwierdza, że nie zamierza na ten temat spekulować. Zaznacza jednak, że istnieje grupa osób, która ucieszyła się z tego, że ujawniono fragmenty rozmowy z Jackiem Rostowskim. Uważa, że są to osoby pochodzące raczej spoza Unii Europejskiej.
Staliśmy się ofiarą nielegalnego ataku. Gdy odkryjemy jego faktycznych mocodawców i ludzie zrozumieją, co media próbują nam zrobić, to nastroje mogą się zmienić. Rozumiem, że jako politycy jesteśmy zwierzyną łowną i publikowanie naszych rozmów sprawia wielu osobom nie lada satysfakcję, ale przecież to, co dziś dotyka polityków, jutro może dotknąć każdego z nas.
