
Od pierwszego lipca posłowie do PE, którzy nie wygrali walki o reelekcję są oficjalnie bezrobotni. – Kontaktu z polityką nie zerwałem i myślę, co dalej. Nie mam zamiaru startowania w wyborach samorządowych jesienią – mówi w "Bez autoryzacji" Tadeusz Cymański z Solidarnej Polski.
REKLAMA
Tak po ludzku: jest panu żal, z powodu tego, co zrobił Jacek Kurski w sobotę?
Żal to może nie. Poszedł na własną rękę – co podkreślał – na kongres. Na pewno obecność Mularczyka i Jacka była niekonsekwencją z ich strony. Ale podkreślali, że poszli tam indywidualnie. Nie jesteśmy partią zamordystyczną. Zrobili inaczej niż klub parlamentarny i lider, więc na pewno nie ma powodu do zachwytu w tej sprawie, nie wzmocni to naszej pozycji. Boimy się scenariusza „dziel i rządź”.
Przez ponad 2,5 roku w niełatwych przecież warunkach walczyliście o jak najlepszy wynik, a teraz po fiasku negocjacji zjednoczeniowych oni de facto odchodzą do PiS-u.
Czy odchodzą? Według mnie nie, bo nie rzucili legitymacji członkowskich Solidarnej Polski. Jacek był wiceprezesem, ale zawiesił to na czas przerwy. Mularczyk jest szefem koła parlamentarnego, więc ich pozycja jest znaczna. A takie zachowania są dla nas niezręczne, ale mamy to już za sobą. Poszli, zdecydowali się, nie wiem, co więcej można powiedzieć… Ale to nie oznacza przełomu, bo nie mieli mandatu od całej partii. Rozmowy prowadzi Zbigniew Ziobro, nic się nie zmieniło.
Już przed wyborami do PE PiS próbowało podbierać wam posłów. Nie boi się pan, że teraz ten proces się nasili?
Obawiam się różnych niekorzystnych scenariuszy. Chcę wyrazić najwyższe uznanie naszym posłom, bo oni są poddawani stałej, konsekwentnej i różnorodnej presji, żeby zrezygnować z działania w Solidarnej Polsce. Myślę, że powinniśmy być komplementarni do Prawa i Sprawiedliwości. Uważam, że jedna partia nie jest w stanie zdobyć większości potrzebnej do rządzenia.
Pytanie jeszcze, jak ma wyglądać to zjednoczenie. Koncepcja, żeby posłowie startowali z list PiS w przyszłym roku jest koncepcją trudną i wymaga porozumień i ustaleń, których na razie nie ma. Zgadzam się z Jarosławem Gowinem i Zbigniewem Ziobrą, że minimum porozumienia programowego oraz zasady uczestniczenia naszych kandydatów na listach PiS to klucz.
Nasze propozycje to propozycje minimum, które wynikają z naszej pozycji uzyskanej w wyborach. To nie ma nic wspólnego z ambicjami, zachłannością czy tym, co nazwał prezes Kaczyński „warunkami zaporowymi”. Nie wiem skąd się taka myśl wzięła. To, że oczekujemy gwarancji startu – podkreślam tylko startu – dla posłów, naszych kandydatów. Chodzi o to, żeby na 41 listach byli kandydaci SP. Przecież jest niepoważne tworzyć na słowo domniemanych porozumień, z którymi robi się to co chce.
A jak pan sobie radzi na politycznych wakacjach, bez codziennej pracy politycznej?
Radzę sobie bardzo dobrze. Już minęło trochę czasu…
No tak, prawie dwa miesiące od wyborów…
No tak, ale jeszcze musiałem po wyborach wiele rzeczy porządkować. To kwestia biur poselskich, dokumentów, ludzi, którzy odchodzili, brałem udział w spotkaniach. Także aktywność jest ograniczana, a nie wygaszana całkowicie. Kontaktu z polityką nie zerwałem i myślę, co dalej. Nie mam zamiaru startowania w wyborach samorządowych jesienią. W tej chwili śledzę z uwagą los tych negocjacji.
Ale rozumiem, że do polskiego parlamentu byłby pan gotów wrócić, mają dobre miejsce na liście?
My nie chcemy żadnych jedynek, to nieprawda, a nawet kłamstwo. Apeluję, podobnie jak Jarosław Gowin, by nie wypaczać i nie przypisywać intencji, które nie miały miejsca.
Nie mówię w żadnym wypadku o pierwszych miejscach.
Nasza propozycja jest taka, żeby na wszystkich listach kandydaci Solidarnej Polski byli na jednej pozycji, na przykład na czwartej, albo piątej. Jeżeli to jest „zaporowy warunek”, to ja czegoś nie rozumiem. W interesie prawicy i odsunięcia rządu od władzy jest, aby każdy wartościowy człowiek miał szansę startu i jego osobisty wynik pracował na sukces.
Próba zdominowania albo zmarginalizowania całkowitego, czy przechytrzenia naszych partii to działanie na niekorzyść prawicy. Jest też kwestia Ruchu Narodowego. Można się śmiać z 1,5 proc., ale tych ludzi nie można lekceważyć. Ale to wymaga kompromisu ze wszystkich stron, przede wszystkim najsilniejszej partii.
