Zygmunt Solorz-Żak na meczach swojego Śląska Wrocław pojawił się zaledwie kilka razy. Cała inwestycja kosztowała go utratę 20 mln zł.
Zygmunt Solorz-Żak na meczach swojego Śląska Wrocław pojawił się zaledwie kilka razy. Cała inwestycja kosztowała go utratę 20 mln zł. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta

Gdyby z Ekstraklasy wyrzucić kluby zadłużone po uszy i takie, które nie płacą swoim piłkarzom, to w lidze zagrałoby nie 16, ale 5 drużyn. Legia Warszawa, Lech Poznań, Zawisza Bydgoszcz, krakowska Cracovia oraz Zagłębie Lubin uczepione dobrego wujka KGHM.

REKLAMA
Finansowa mizeria polskiej piłki to część odpowiedzi na pytanie, dlaczego gdy Niemcy cieszą się z wygranej na mundialu, polską reprezentację w rankingu FIFA wyprzedziły takie potęgi jak Albania i Salwador. Firma doradcza EY opublikował właśnie raport Ekstraklasa Polskiego Biznesu podsumowujący także wynik finansowy polskich klubów.
– Gdyby w jakiekolwiek szanowanej lidze wyszło na jaw, że klub nie płaci pensji piłkarzom i ma ogromne długi, natychmiast wylatuje z rozgrywek. U nas Śląsk Wrocław ma 10-krotnie więcej długów niż majątku i nikt nie chce go ruszyć, bo to znana marka. Coś tam tłumaczą, pokazują jakieś dokumenty i mogą dalej grać – mówi naTemat prof. Janusz Filipak, prezes informatycznej firmy Comarch i właściciel piłkarskiego klubu Cracovia. To jedna z najbardziej stabilnych finansowo klubów rankingu EY.
logo
Janusz Filipiak, inwestor w Cracovii krytykuje czapę PZPN, która żeruje na klubach. fot. Mieczysław Michalak / Agencja Gazeta
Filipiak ma dobry punkt odniesienia. Ponieważ jego Comarch działa również na rynku niemieckim, krakowski biznesmen finansował również drużynę TSV Monachium. We Francji jest sponsorem AC Nancy. Wykłada kawę na ławę: – Polska piłka to rezerwat komuny, leśnych dziadków z PZPN. Wyobraźcie sobie, że zarząd Małopolskiego Związku Piłki Nożnej liczy 35 osób. Co robią? No na przykład jak chcę zarejestrować piłkarza to pobierają 6200 zł za kilka stempelków, na trzech papierkach – mówi dalej Filipiak.
Według biznesmena to, co degraduje polską piłkę, to państwowe firmy i samorządy, które jako właściciel czy sponsor szastają publicznymi pieniędzmi kupując zagranicznych piłkarzy. – Jak nasza reprezentacja ma mieć dobre kadry skoro prezesi wolą zakupić do zespołu jakiegoś trzecioligowca z Hiszpanii czy Portugalii niż wychować sobie kolejnego Roberta Lewandowskiego – komentuje dalej Filipiak.
Piastowie z Tunezji
Mądrości profesora Filipiaka są traktowane z przymrużeniem oka, bo ze swoją młodzieżową szkółką piłkarską i polskimi zawodnikami ostatnio okupuje ostatnie miejsca tabeli. Tymczasem taki Piast Gliwice kupił Mohameda Amine z Tunezji czy Alberto Cifuentesa z Hiszpanii. A to między innymi dzięki 4,5 mln złotych dotacji Urzędu Miasta w Gliwicach. Dotacje to ponad połowa przychodów klubu, większych sponsorów brak, więc piłkarze wybiegają na boiska z logo „Miasto Gliwice” na koszulkach. Strata wyniosła 4,7 mln. Są też i długi - 5,6 mln zł to zaległe zobowiązania wobec zawodników oraz podatki.
logo
Żeby wygrywać trzeba płacić, ale polscy piłkarze są mocno przepłacani ponieważ często pensje pierwszej drużyny to nawet 70 proc. wydatków klubu. W innych europejskich ligach 40-50 proc. EY
Zestawienie najbardziej dochodowych polskich klubów otwiera Legia Warszawa z przychodami ponad 114 mln zł. Kupili ją i prowadzą prawnik Bogusław Leśniodorski oraz Dariusz Mioduski, były prezes Kulczyk Investments. Lech Poznań ma 65 mln przychodów, a właścicielem jest Jacek Rutkowski, potentat w branży AGD, udziałowiec fabryki Amica Wronki. Po nich finansowo wyróżniają się wspomniana już Cracovia, a także Zawisza Bydgoszcz, której właścicielem jest Radosław Osuch, przed laty menedżer Artura Boruca i Pawła Brożka.
Raport EY pokazuje, że dla pozostałych klubów gra piłkę to poboczne zajęcie najważniejsze to „walka o byt i przekładanie kolejnych terminów płatności”. Spustoszenie w budżecie Śląska Wrocław pozostawił po sobie Zygmunt Solorz-Żak, były udziałowiec klubu. Długi 10-krotnie przekraczają majątek. Akcje klubu, które miliarder sprzedał jesienią za 3,5 mln, wcześniej kupił za ponad 20 mln. Potem przez swoje firmy zainwestował kolejne 10 mln.
Zygmunt Solorz-Żak

Wydawanie to nie jest problem. Problemem jest, jak zarobić. To musi być interes. Gdy prowadzę jakąś działalność, ona musi na siebie zarabiać

Dlatego ciężar finansowania klubu miała przejąć galeria handlowa wybudowana obok stadionu. Ostatecznie nie powstała, co zapoczątkowało spór biznesmena z drugim właścicielem: gminą Wrocław. W sumie biznesmen stracił na inwestycji ponad 20 mln zł – na meczach Śląska pojawił się zaledwie kilka razy.
Złodziej czasu i pieniędzy
– Piłka?! Dajcie spokój! Złodziej czasu i pieniędzy – tak Józef Wojciechowski szef JW Construction i były właściciel Polonii Warszawa odpowiada na pytanie o swoją kilkuletnią przygodę z piłkarskim biznesem.
O prawdziwości tego powiedzonka, i to dosłownie, przekonuje się właśnie Sylwester Cacek, biznesmen i właściciel między innymi sieci restauracji Sfinks. Za długi Widzewa Łódź komornik zlicytował... jego zegarek. Sprawę okrzyknięto obciachem roku, bo Cacek najpierw sprowadził brazylijskiego piłkarza Dudu Paraibę, a kiedy ten nie strzelał bramek, pogonił nie płacąc honorarium. A na konto 200 tys. długu komornik „zajął co widział”, czyli czasomierz Longines na ręce właściciela klubu.
logo
Komornik licytuje zegarek Sylwestra Cacka za długi Widzewa Fot . Marcin Stepien / Agencja Gazeta
– Nie myślałem o biznesie, gdyż z doświadczenia wiem, że na klubie nie da się zarobić. PR też nie był moim celem. Z punktu widzenia biznesowego, jest bardzo ryzykowny, gdyż sport jest nieprzewidywalny. Kibice żądają spektakularnych transferów, a gdy drużyna przegrywa, to właściciel jest winien. Nigdy nie traktowałem Widzewa jako inwestycji, a raczej jako realizację pasji. Zwyczajnie chciałem pomóc ważnej dla polskiej piłki marce – mówi naTemat Cacek.
Biznesmen gorzko komentuje, że rozgrywki piłkarskie Ekstraklasy i I ligi, to w zasadzie rozgrywki miast (Piast Gliwice czy Śląsk Wrocław) oraz przedsiębiorstw skarbu państwa (Zagłębie Lubin finansowane przez KGHM), które przepłacają piłkarzy, a tym samym ustalają koszty rynkowe. W związku z tym inne kluby na tym poziomie rozgrywek nie mają szans na zrównoważenie budżetu bez wsparcia ze swoich miast, jeśli chcą utrzymać podobny poziom sportowy.
Co jest więc naszym sukcesem? To, że kluby polskiej ekstraklasy „wypracowały” tylko 50 mln długów, a nie jak w latach poprzednich ponad 100 milionów – mówią autorzy raportu Ekstraklasa Polskiego Biznesu.