Pełne listy chętnych to marzenie niedostępne dla wielu uczelni.
Pełne listy chętnych to marzenie niedostępne dla wielu uczelni. Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta

Tak jak dla studentów czasem nerwówki jest przypadająca na czerwiec sesja, tak dla ich wykładowców okresem niepokoju są lipiec i sierpień. To wtedy decyduje się, czy w nowym roku akademickim będą mieli pracę, bo uda się zebrać wystarczającą liczbę studentów, by otworzyć kierunek na kolejny rok.

REKLAMA
A z tym jest coraz większy problem, bo w dorosłość wkracza pokolenie niżu demograficznego, które przez ostatnie lata było utrapieniem dyrektorów szkół. Teraz martwią się rektorzy i dziekani, bo przez brak chętnych muszą zamykać niektóre kierunki, co uderzy w uczelniany skarbiec. Tylko połowę z 4 tys. miejsc zapełnił w pierwszej turze Uniwersytet Zielonogórski – informuje „Gazeta Wyborcza”.
Na innych uczelniach nie jest tak źle, ale widać wyraźny odwrót od niektórych kierunków. Nie ma chętnych na zgłębianie tajników fizyki, matematyki czy ochrony środowiska, choć ta ostatnia jeszcze niedawno była tzw. kierunkiem zamawianym – ministerstwo płaciło, by młodzi ludzie studiowali ten kierunek. Jednak prawdziwe kłopoty mają niszowe i mało praktyczne kierunki, uruchomione w kilku ostatnich latach na fali euforii wywołanej wyżem demograficznym.
N regionalistykę kulturową w Łodzi jest tylko 0,23 osoby na jedno miejsce. Na studia regionalne jedynie 0,32 osoby. W Opolu fizykę chce studiować tylko pięć osób. Przez ok. miesiąc potrwa jeszcze walka o studentów. Przedstawiciele uczelni spodziewają się nowej fali podań po sierpniowej poprawce matury.