
Michał Wróbel kolekcjonuje klasyczne samochody i doradza innym, jak to robić. Za tą pasją kryje się coś więcej niż tylko miłość do najpiękniejszych aut świata. Kryje się prawdziwy biznes ze stopą zwrotu przekraczającą indeks warszawskiego parkietu.
REKLAMA
Czym Pan dzisiaj przyjechał? Rzucił mi się w oczy tylko pomarańczowy kolor.
Michał Wróbel, Lions Bank: Porsche 911 seria T, z 1973 roku. Sprowadzony z USA, ostatni rocznik „oryginalnych” 911-ek, które zachowywały elementy chromowane i małe zderzaki.
Ile jest warte? Pół miliona?
Mniej. Nie mogę podać kwoty, ale odpowiem tak: 911-ki classic z roczników '72-73 w ostatnich czterech latach wzrosły na wartości o 70 proc.
Powiedział Pan o tym modelu „ostatni rocznik”. Co się stało z Porsche po 1973 roku?
Po '73 roku zmieniły się normy bezpieczeństwa. Trzeba było pójść na kompromis i zrobić strefy zgniotu, dodać elementy, które łatwo się nie wyginają. Wszystkie chromy zastąpiono plastikami. Od 1974 do 1988 roku modele 911 wyglądają praktycznie tak samo. Wielka szkoda, że pozbyliśmy się tej tradycyjnej oryginalności. Oczywiście Porsche nie jest jedynym producentem, który był do tego zmuszony. To ogólnie były lata kiedy zaczęły się pojawiać właśnie elementy plastikowe, ale zmieniał się też design – na bardziej kwadratowy, geometryczny. Plastiki do tego pasowały. Uważam jednak, że ten nowy design był gorszy niż klasyczne, obłe kształty.
Skąd pochodzi ten samochód?
W Polsce wiele osób ma prywatne kolekcje aut. To Porsche pochodzi z jednej z nich. Powiem Panu o wielkim przywiązaniu właścicieli do swoich aut. Menadżerowie z zagranicy, gdy przyjeżdżają do Warszawy na kontrakt, zabierają samochody ze sobą. Jest w Warszawie firma, w której trzech dyrektorów z zagranicy i każdy z nich przyjeżdżając tutaj zabrał swoją kolekcję aut.
Od ilu aut zaczyna się kolekcja?
Jeśli mamy 1-2 auta do jazdy na co dzień i oprócz tego 3 samochody, to można to już nazwać kolekcją.
Czy jazda po mieście na co dzień nie obniża wartości aut?
Od pewnego poziomu cenowego – już nie. Od okolic 150 tys. euro nie robi to już żadnej różnicy. Jeśli nie mówimy o samochodach unikatowych, wyprodukowanych np. w limitowanej liczbie egzemplarzy, to w tej kategorii cenowej spotkamy się z egzemplarzami, które już zostały raz lub kilka razy odremontowane, blacharsko i mechanicznie. Gdy użytkuje się tego typu samochód, produkowany w małej serii, ale nadal licznie, to w żaden sposób nie wpłynie to na jego wartość – oczywiście jeśli o niego dbamy i remontujemy.
Użytkowanie może wpływać w przypadkach aut, które mają ciekawą historię: na przykład gdy auta były w jednej rodzinie od lat lub jeździł nimi ktoś znany i nie zostały odrestaurowane. Wtedy lepiej samochodu nie odnawiać i zachować w oryginalnej formie.
Wspomniał Pan, że Porsche zwiększyło wartość o 70% w ciągu kilku lat. Co napędza ten wzrost?
Dynamika rynku. Po kryzysie w 2008 roku, wzrosło zainteresowanie inwestorów inwestycjami alternatywnymi, długoterminowymi, niekoniecznie płynnymi. Rynek samochodów klasycznych już był wzrostowy przed kryzysem, ale obecnie nowi gracze na rynku mają o wiele więcej środków na alternatywne inwestowanie. Pierwsze lata produkcji 911 to też mniejsze liczby rocznej produkcji niż obecnie. Relatywna rzadkość modeli z lat 71-73 wpływa na ceny.
Przynajmniej pod jednym względem auto wydaje się ciekawszą inwestycją niż alkohole. Bo można z niego korzystać bez utraty wartości.
Dopóki o nie dbamy, to zawsze będzie ono inwestycją. Ostatnio jednak pojawił się trend na aukcjach motoryzacyjnych z wyższej półki, głównie na Zachodzie, że astronomiczne kwoty na licytacjach płaci się za auta np. znalezione w szopie po 40 latach stania. Licytuje się taki samochód za 10 proc. mniejszą wartość niż auto równie stare, ale w przyzwoitym stanie. Moim zdaniem nie ma w tym większego sensu, bo co się z nim potem zrobi? Wstawienie go w tym stanie do garażu oznacza, że nastąpi dalszy rozkład, korozja, a jeździć się nim nie da. Trudno mi zrozumieć to założenie, bo za połowę ceny takiego samochodu z szopy kupimy auto jeżdżące.
Czyli swoista bańka spekulacyjna?
Może nie bańka, ale moda, która pewnie niedługo przeminie i takie pojazdy będzie się dało kupić już za 1/3 ceny odrestaurowanego auta. Musi Pan wiedzieć, że aukcje, także aut, to specyficzne wydarzenia, gdzie ludzie dają się ponosić emocjom, adrenalinie podczas licytacji. W prywatnej sprzedaży takie auta pojazdy osiągają znacznie niższe ceny, dlatego „podbicie” tego segmentu tłumaczyłbym właśnie modą wykreowaną przez aukcje.
Jeśli więc już przy tym jesteśmy: od czego zacząć inwestowanie w auta?
Jeśli ktoś nie jest ekspertem od rynku, sugeruję tutaj samochody „wdzięczne”, które są mało awaryjne – wiadomo, że im starsze auto, tym starsza mechanika i łatwiej się psuje, a dostęp do części jest mniejszy. By pojeździć np. dwa miesiące w roku takim samochodem, to musimy też zwrócić uwagę czy ten konkretny model ktoś serwisuje w Polsce. Polecałbym tutaj auta z dużych serii i popularne – Jaguara czy Porsche, Mercedes, kilka starszych BMW – to byłyby najlepsze propozycje.
Dobrze jeśli są to auta, o których ludzie marzyli już w momencie ich produkcji, przeznaczone dla ludzi bogatych, a nie auta powszechnego użytku. To właśnie one będą też najbardziej wzrastać na wartości, nawet od 20 do 40 proc. rocznie. Dla porównania, inne stare, ale „powszechne” auta wzrastają np. o 10 proc. rocznie.
To bardzo dużo. Czy można też stracić?
Jak na wszystkim, istnieje taka możliwość. Niektóre auta tracą na wartości. Wszystko zależy od tego, jak bardzo poszukiwany jest dany model. Im bardziej poszukiwany, pożądany, tym większy wzrost jego wartości. Przypominam jednak – nie wystarczy kupić starego samochodu, by zainwestować na tym rynku.
Ile trzeba tak naprawdę mieć pieniędzy, by myśleć o skutecznym inwestowaniu w auta? Według branżowych mediów progiem wejścia w inwestowanie w klasyki jest 600 tys. złotych.
Zakup dwóch ciekawych modeli zaczyna się od 300 tysięcy złotych. Trzeba wtedy celować w samochody, z których jedno jest dużo droższe, a drugie tańsze. Przykład: z jednej strony BMW M3 z lat '80, seria E30, kosztujące ok. 25 tysięcy euro, z drugiej strony Mercedes SL 230 (Pagoda), w średnim stanie – ok. 40 tysięcy euro. To auta zyskujące mocno na wartości. Po złożeniu tych kwot wychodzi właśnie około 300 tysięcy złotych i moim zdaniem to jest właśnie próg wejścia, by kupić jeden lub dwa samochody, które są bezpieczną inwestycją. Trzeba jednak pamięta, że na sprzedaż auta potrzeba czasem od kilku nawet do kilkunastu miesięcy. Oczywiście z zakupu powinniśmy mieć też przyjemność, a nie tylko go wykalkulować.
Z jakimi kosztami utrzymania musimy się liczy, jeśli chcemy inwestować w stare auta?
To zależy od wielu czynników. Wiek auta, dostępność części, czy są mechanicy, którzy potrafią je serwisować. W samochodach powojennych, nawet z lat '60, gdy przychodzi do dużego remontu silnika koszt może wynieść nawet do 30 proc. wartości samochodu. Dodamy do tego remont blacharsko-lakierniczy, i odrestaurowanie jest nawet w stanie przewyższyć wyjściową cenę auta, choć przy modelach rzadkich, rosnących w wartość, raczej się to nie zdarza, bo one rosną na wartości nawet o 20 proc. rocznie. W Polsce wszystkie auta o wartości do pół miliona złotych można, moim zdaniem, odrestaurować.
Z droższymi egzemplarzami może być już problem – polscy specjaliści nie zawsze posiadają „warsztat”, nie znają niuansów z epoki, sposobów wytłaczania blachy, montowania złączy elektrycznych, tak aby auto było zgodne z oryginałem, a powyżej już konkretniejszych sum oryginalność wpływa na wartość samochodu.
Ma Pan swój ulubiony model? Taki, którym najlepiej się jeździło?
Bardzo ciężkie pytanie. Do jeżdżenia na co dzień – to już moja opinia prywatna – Ferrari 550 Maranello. Druga połowa lat '90, ostatni moment, gdy samochody były bardziej elektryczne, niż elektroniczne. Jak coś się zepsuło nie z domeny mechanicznej, to było łatwo to naprawić, a elektronika była mało inwazyjna w porównaniu do dzisiejszych aut.
Z drugiej strony tamto Ferrari miało wszystkie elementy niezbędne do życia na co dzień: elektryczne fotele, normalną klimatyzację, radio, wspomaganie kierownicy, elektroniczny zapłon, o skórzanych fotelach nawet nie wspomnę, to przecież Ferrari. Można go używać jak każdego innego auta z naszej epoki, a z drugiej strony wciąż ma wdzięk i czar minionych czasów. W manualnej skrzyni biegów gałkę zmiany biegów mamy w nim metalową, tak samo obudowę skrzyni. To ostatnie Ferrari, w którym jak zmieniamy biegi, to słyszymy charakterystyczny, metaliczny dźwięk.
Rozumiem, że w samochodach wyprodukowanych wcześniej – w latach 60., 70., komfort jazdy będzie raczej niski.
Niestety tak, bo są one po prostu mało zaawansowane technologicznie, toporne pod tym względem. Przykład: Porsche, którym przyjechałem bardzo grzeje się wewnątrz. Zostało zaprojektowane tak, by podczas szybkiej jazdy przy otwartych szybach nie rozwiewała się fryzura kobiety...
Dobrze to wymyślili!
Owszem, ale przez to nie da się nim jeździć w upale. Jak jest dwadzieścia parę stopni i chmury, to w porządku.
Do tego dochodzą liczne kwestie mechaniczne – na przykład ta 911-ka musi się dobrze rozgrzać, zanim nią gdziekolwiek pojedziemy. Skrzynia biegów też musi się rozgrzać. Oczywiście jeśli ktoś chce jeździć takim autem do pracy, na co dzień, to da się, w okresach kwiecień-czerwiec i wrzesień-listopad. Zanim jednak takim samochodem pojedziemy, musimy najpierw go odpalić, zrobić 15-minutową rundkę i dopiero bić się z korkami.
W zimie też pojedziemy kolekcjonerskim, starym autem?
Tak! Bez żadnego problemu, bo przecież jeździło się nimi w zimie w latach '60, a dziś mamy zdecydowanie lepsze drogi niż wtedy. W Polsce jednak w zimie problemem może być sól sypana na ulice, dla blachy samochodu może ona być bardzo szkodliwa. Trzeba tylko pamiętać, że pokolenie urodzone po '89 roku nauczyło się jeździć samochodami z ABSem, kontrolą trakcji itd., a takie auto z lat '60 jest bardzo analogowe. Dla tego pokolenia, jeśli wcześniej nie kupiło malucha lub jakiegoś youngtimera, jazda starym autem będzie dużym problemem.
Youngtimera, czyli? "Młode" auto ale już uznane za klasyk?
Tak nazywa się auta z lat '85-'95, kiedy samochody tworzyło się w bardzo prostych liniach, jak od linijki, z widocznymi czarnymi plastikami. W 1995 roku trwały ostatnie podrygi tego kwadratowego designu. Ostatecznie zniknęły wtedy z produkcji klasyczne auta obłe, pojawiły się za to samochody z tzw. "bio designem", jak Ford Taurus czy Mondeo, czyli taka obła nowoczesność.
Przy czym , moim zdaniem, youngtimery to auta, które były produkowane w mniejszych liczbach lub po prostu ciekawe – jakiś kabriolet lub na przykład auto znanego designera: Pinifarina, Bertone. Żadne popularne w tych latach auto nie będzie wartościową inwestycją. Trzeba też pamiętać, że takie auta dzisiaj mogą nie być poszukiwane, pożądane, ale będą – jeśli nie za 10, to za 20 lat.
Jakiś przykład takiego youngtimera?
Volvo 780, coupe praktycznie odrysowane od linijki. Nie zostało wyprodukowane w zbyt dużej liczbie egzemplarzy, przeznaczone raczej dla klientów ceniących sobie indywidualność, bo żeby kupować 2-drzwiowe Volvo z lat 80. trzeba było tego naprawdę chcieć (śmiech). W 2004-2005 roku 780 można było zagranicą nabyć jeszcze za 1500 euro, a obecnie by kupić taki model jeżdżący, który nie wymaga wkładu finansowego, trzeba wydać 4,5-5 tysięcy euro.
Co w takim razie z autami po 1995 roku? Nie są warte uwagi jako inwestycje?
Od '96 roku w górę tak naprawdę mówimy już o samochodach używanych. Z nich na pewno godne zainteresowania będą "brzydkie kaczątka" – auta, które niekoniecznie były wielkim sukcesem, ale wyjątkowe, jak Renault Avantime. To dwudrzwiowy minivan, czyli z założenia bez sensu, ale to wyszło modelowi na dobre – bo był luksusowy, wyjątkowy i będzie poszukiwany – a produkowano go w latach 2002-2005.
Dzisiaj kupując nowe auto ekskluzywne: Ferrari czy Porsche, można jeszcze myśleć o tym, że sprzeda się je za kilkanaście lat z zyskiem?
Marki luksusowe się spopularyzowały, sprzedają coraz więcej. Ferrari nigdy nie sprzedawało się lepiej niż teraz, Porsche ma duże wzrosty z roku na rok. Marki te mają coraz więcej rynków zbytu, np. w Chinach i de facto stały się samochodami seryjnej produkcji, a nie ekskluzywnej. Przy czym Ferrari na przykład cierpi, jeśli chodzi o samochody przyszłościowe, na syndrom post-Enzo. Enzo Ferrari zmarł pod koniec lat '80 i wszystkie modele robione po jego śmierci nigdy nie będą warte tyle, co nadzorowane przez samego Enzo.
Luksusowy mainstream?
Tak, można to tak określić. Dlatego obecnie tylko bardzo limitowane serie tych aut będą kiedyś warte duże pieniądze.
Czy inwestowanie w samochody musi oznaczać fizyczne ich posiadanie? Czy są fundusze inwestycyjne, których udziały możemy nabyć?
Warto zaznaczyć tutaj bardzo ważną rzecz, moim zdaniem liczy się przede wszystkim pasja - posiadanie starego samochodu jest czymś fantastycznym, to gdzieś wewnątrz nas budzi tego małego chłopca: zabawki pozostają te same, jedynie zmienia się ich rozmiar. Oczywiście, można traktować tego typu dobra stricte inwestycyjnie, gdzie nie trzeba ich posiadać aby na nich zarobić.
Istnieją dwa duże fundusze w zachodniej Europie, które są skierowane do osób nie zainteresowanych motoryzacją. Na wschodzie, czyli w Chinach, istnieją firmy, kwazi-fundusze które obsługują zamożnych obywateli Państwa Środka, w tym przypadku samochody kupione, na przykład, na aukcji zostają zaparkowane w klimatyzowanych w lecie, ogrzewanych w zimie magazynach na terytorium Wielkiej Brytanii czy Niemiec. Analogicznie do wina czy do sztuki.
Lions Bank zaczął ostatnio pomagać swoim klientom w kolekcjonowaniu aut. Na czym ta usługa polega?
Usługa nazwana Lion’s Classic Car Portfolio jest usługą doradczo-edukacyjną realizowaną dla banku wewnętrznie przez Lion’s House , nastawioną na przyjemność z posiadania samochodów klasycznych, kolekcjonerskich. Mamy klientów, którzy bardzo chcieliby wejść w posiadanie, na przykład klasycznego Maserati, lub kolejnego Mercedesa do kolekcji, lub też kupić pierwszego starego Mustanga, pierwszego starego Jaguara E-Type. Wersji modelowych Mustangów od 64 do 73 roku było tyle co roczników produkcji, a E-Type’ów były cztery serie, kilka karoserii. Pomagamy im wybrać te modele, które zapewnią im przyjemność z posiadania, jak i będą ciekawym sposobem na lokowanie środków. Konkretnych egzemplarzy szuka potem nasza spółka partnerska. Ponieważ jesteśmy jedynymi na rynku, mamy nadzieję, że pojawią się też nowi klienci banku zainteresowani tą usługą jak i nowymi produktami bankowości.
Nie ukrywam, że chcielibyśmy też zaszczepić Polakom tę pasję ciekawej motoryzacji, co nie jest łatwe, ale 25 lat po tym jak nareszcie przestaliśmy być zależni technologicznie od ustroju, który skutecznie hamował nasze zapędy motoryzacyjne możemy przynajmniej nacieszyć się ciekawymi klasykami, czyli tym czego nam brakowało przez te wszystkie lata.
Skąd Pan się wziął w banku? Jaka jest Pana historia związku, a pewnie i miłości do samochodów?
Wyjechałem bardzo wcześnie za granicę, mieliśmy wiele ciekawych samochodów w garażu, po kilka kilkanaście na raz. Wróciłem, zauważyłem, że brakuje czegoś co sprawi, że więcej osób zamożnych zainteresuje się takimi samochodami.
