
"Popstanie", którym Tomasz Lis nazwał komercyjną otoczkę od kilku lat towarzyszącą pamięci o ofiarach Powstania Warszawskiego, przekracza kolejne granice. Trójmiejska redakcja portalu Gazeta.pl w weekend ostro krytykuje trwający w Gdańsku Jarmark św. Dominika za to, że zamiast pamiątek z powstańczej Warszawy pełno na straganach ze starociami przedmiotów należących do nazistów.
REKLAMA
Co prawda już na wstępie autor tekstu przyznaje, że "moda" na Powstanie Warszawskie czasem przybiera niesmaczną wręcz formę, ale jednocześnie sam jej mocno ulega. "Postanowiliśmy sprawdzić, czy na Jarmarku św. Dominika ktoś wpadł na pomysł, by skorzystać z popularności pamiątek powstańczych" - czytamy w materiale, który dalej stanowi już tylko listę wyrzutów pod adresem handlarzy z tzw. pchlego targu, który stanowi nieodzowny element gdańskiego święta kupców.
Jarmark za mało powstańczy...
Nieodzowne dla niego są też eksponaty z okresu II wojny światowej. Ze względu na trudną historię Gdańska dominują tam przedmioty o wartości historycznej, które należały raczej do żołnierzy niemieckich niż polskich oficerów, czy żołnierzy AK. Te drugie częściej trafiają bowiem do muzeów od razu po odnalezieniu, a "pamiątki nazistowskie" ( jak nazywa je Gazeta.pl) wciąż są relatywnie łatwo dostępne na wolnym rynku.
Nieodzowne dla niego są też eksponaty z okresu II wojny światowej. Ze względu na trudną historię Gdańska dominują tam przedmioty o wartości historycznej, które należały raczej do żołnierzy niemieckich niż polskich oficerów, czy żołnierzy AK. Te drugie częściej trafiają bowiem do muzeów od razu po odnalezieniu, a "pamiątki nazistowskie" ( jak nazywa je Gazeta.pl) wciąż są relatywnie łatwo dostępne na wolnym rynku.
Na Jarmark św. Dominika przyjeżdżają po nie dziś głównie ludzie zajmujący się rekonstrukcjami historycznymi. Także tymi opowiadającymi o Powstaniu. Wydaje się jednak, że trójmiejska redakcja portalu Agory sugeruje, iż za niechęcią do handlowania pamięcią o Powstaniu Warszawskim i jednoczesną dostępnością towaru po nazistach stoją raczej niecne intencje.
"Nazistowskie pamiątki można kupić już 20 m obok pomnika "Tym, co za polskość Gdańska". Wśród wystawianych staroci są nazistowskie książeczki pracy, krzyże wojskowe, hełmy i proporczyki SS, a nawet zapałki i portrety z podobizną Hitlera. Czytaj więcej
Czekając na prokuratora...
Cały tekst rozpoczynający się od nieudanych poszukiwań powstańczych pamiątek na gdańskim jarmarku jego autor kończy enigmatyczną puentą, iż "zgodnie z artykułem 256. kodeksu karnego, kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa (...) podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch".
Nieco więcej przytomności i odporności na "powstańczą modę" i jej skutki uboczne szybko wykazali jednak czytelnicy popularnego portalu, którzy przypominają, że handlarzy starociami nie ściga prokuratura, gdyż trudno ich fach uznać za działalność propagandową. "Filmów o II wojnie też trzeba zakazać bo tam aktorzy są przebrani za nazistów" - ironizują w komentarzach. "Gdyby były pamiątki po powstańcach, byłby krzyk, że to świętokradztwo" - dodają inni.
Źródło: Trójmiasto.Gazeta.pl
