Moomoo Architects. Łukasz Pastuszka i Jakub Majewski
Moomoo Architects. Łukasz Pastuszka i Jakub Majewski Fot. Greg Adamski

Wystarczy rzucić kilka haseł: młodzi, zdolni architekci, zdobywcy nagrody Wallpapera, którzy robią karierę za granicą. Kropka. Efekt? Większość przypięła im łatkę karierowiczów, którzy robią wszystko pod publiczkę. Z trudem więc udaje mi się ich namówić na rozmowę. Są zrażeni do mediów i do internetu. Spotkało ich dużo hejtu. Początek spotkania jest więc dość szorstki, ale po chwili okazuje się, że mają do siebie nieprawdopodobny dystans. I wiedzę. I że młody architekt nie oznacza niedoświadczony, lecz otwarty. Zarówno na nowe, jak i na pielęgnowanie starego. A po dwóch godzinach rozmowy mam ochotę pójść z nimi na piwo nad Wisłę, bo wspólne tematy się nie kończą…

REKLAMA
Maria Kowalczyk: Słyszałam o Was, że macie na koncie kilka naprawdę dobrych budynków. Nie tylko w Polsce, ale i za granicą. Wchodzę na waszą stronę internetową, a tam - same wizualizacje projektów i strasznie mało zdjęć. Dlaczego?
 
Jakub Majewski: Na oficjalnej stronie prezentujemy tylko projekty - większość z nich jest albo zakończona, albo w trakcie realizacji. Z naszego facebooka natomiast - uczyniliśmy miejsce, gdzie prócz życia pracowni pokazujemy obrazki z różnych etapów realizacji - zdjęcia z budowy. Czasami od projektu do realizacji mija kilka lat. Np. W Hiszpanii mamy umówioną oficjalną sesję zdjęciową we wrześniu, ale po drodze tak jak z Arabii, Kwirynowa, Międzychodu publikujemy kilka amatorskich zdjęć, które są może bałaganią, ale są też etapem toczących się prac na budowach.
logo
Dom w Hiszpanii Fot. Archiwum Moomoo
logo
Dom w Hiszpanii Fot. Archiwum Moomoo
logo
Dom w Hiszpanii Fot. Archiwum Moomoo
Łukasz Pastuszka: Nie wrzucamy wszystkiego na stronę, bo często te realizacje odbywają się w dalekich odległościach, a kiedy wrzucilibyśmy zdjęcia przesyłane przez klientów np. telefonem, to będzie się to kłócić z estetyką strony. Musimy mieć do czynienia z fotografem, który rozumie architekturę i nas.
Jakub: Kiedy pojawia się za granicą to, co zostało przez nas zaprojektowane - to otrzymujemy pozytywny odzew. W momencie kiedy się to pokazuje w Polsce, jest hejtowane. Po pierwszym roku naszej działalności otrzymaliśmy poważane wyróżnienie - nagrodę „Wallpapera”. My się o nią nie biliśmy, została nam przyznana. Oni mają swoje kryteria. I od razu posypały się w polskich mediach komentarze, że na pewno im zapłaciliśmy, że kogoś przekupiliśmy…I niestety jest to odbierane nieproporcjonalnie do tego, jak my sami, jako MOOMOO myślimy o tych pseudo-sukcesach. Bo np. dla mnie sukcesem było to, jak przyszedł do nas klient i się okazało, że to jest już czwarty projekt, który dla niego robimy. Bo jest zadowolony ze współpracy z nami. To jest według nas sukces, że ludziom dobrze się żyje w tym, co projektujemy i że wracają.
Czyli, że sukcesem jest dla was to, że klient do was wraca i lubi współpracę z Wami. Że nie jesteście tylko biurem jednego pomysłu. Czy coś jeszcze?
Łukasz: A dla mnie sukcesem jest to, że atmosfera w biurze jest - jaka jest. Że jednak przychodzi się do pracy i w drodze już jestem zadowolony, że do niej idę, a wychodząc - też jestem zadowolony, bo bardzo lubię to co wspólnie robimy.
Za to zdanie pewnie wiele osób Was nie polubi. Rzadko zdarza się, że człowiek wychodzi i wchodzi do pracy uśmiechnięty i zadowolony. Dość słodzenia, ile godzin pracujecie, jak wiele godzin spędzacie przed komputerem?
Ł: Kuba pracuje w godzinach wcześniejszych, a ja w późniejszych…
Ale przyznajcie się szczerze, czy siadacie w domu przed komputerem czy nie mieszacie tych dwóch światów: domu i pracy?
J: Nie, teraz staramy się wychodzić o regularnych godzinach i ta higiena jest dla nas ważniejsza. Duży mam kłopot z ilością odpisywania na maile, dlatego teraz robię to tylko we wtorki.
Każdy ma inne pory, w których lubi pracować. Łukasz jest bardziej popołudniowy, ja jestem poranny. Ale jeżeli mamy termin oddania projektu dla klienta, to nie patrzymy na zegarek i pracujemy do oporu. Właśnie ostatnio gadaliśmy z Łukaszem, że przez pierwszy rok spędziliśmy ze sobą więcej nocy w biurze - niż we własnych domach. Siedzieliśmy też w pracy w soboty i niedziele. W tej chwili, jeśli pojawiamy się w sobotę to mówimy wow, bo przypominamy sobie, jak było dawniej.
Ł: Czasami trzeba zrobić coś dla inwestora i wtedy nie ma to znaczenia jaki jest dzień tygodnia. Staramy się to zrobić na maxa, najlepiej jak to potrafimy i nie patrzymy na datę czy godzinę. Ale fakt, że pierwsze dwa lata, to było siedzenie po godzinach non-stop.
logo
Dom w Reykjavik Fot. Archiwum Moomoo
logo
Dom w Reykjaviku Fot. Archiwum Moomoo
Na początku firmę rozkręcaliście we dwóch. Kto do Was przychodzi pracować dziś?
J: Różnie. Zarówno Polacy, jak i osoby z zagranicy. Przez naszą pracownię przewinęło się około 40-50 stażystów, zaczęliśmy zauważać, że notorycznie spada ilość osób, które chcą coś zmieniać, chcą odkrywać, współtworzyć, poszerzać, doświadczać...
Jak tacy starsi tetrycy marudziliśmy ostatnio, że praktykanci przychodzą i komunikują: JESTEM! Zajmijcie się mną. Koniec, kropka:( Co smutniejsze zauważalnie dawało się to odczuć głównie wśród polskich praktykantów. Zagraniczny stażysta był u nas bardziej typem niedowierzającego dużego dziecka (wiem czyli nie wiem, to poszukuję).
Mówimy z Łukaszem: dramat! Co się dzieje???Nic wielkiego. Jest tak jak zawsze, młodzi ludzie nie są dziś inną młodzieżą niż 10, 20 czy 30 lat temu. To bystrzy ludzie. Oczywiście zdarzają się wyjątki, jak wszędzie.
Doszliśmy do wniosku, że to nie w nich tkwi problem. Postanowiliśmy zamiast przeprowadzać "rekrutację" praktykantów tych, którzy nam się wydają inni - wybierać tych, którzy chcą działać od innej strony... Skoro mają chcieć odkrywać, poznawać, szukać, to niech szukają! A co!
Od tamtego czasu nie siłowaliśmy się już na wyszukaną grafikę plakatu wieszanego na uczelniach technicznych, aby zachęcić studentów do wzięcia udziału w stażu tylko umieszczaliśmy zwyczajną kartkę A-4 z zaproszeniem dla studentów, ale bez nazwy pracowni architektonicznej, ani pełnych danych kontaktowych. Jedynie z naszym numerem telefonicznym - zawsze brakowało ostatniej cyfry...:) 667 22 00 2. / 697 22 00 2. To wystarczyło by ostatecznie odzywało się kilkoro, za to bardzo "ciekawskich, odkrywających".
logo
Jakub i Łukasz Fot. Archiwum Moomoo
A porozmawiajmy o Łodzi, z której pochodzicie. Dla mnie to jedno z najsmutniejszych, najbardziej zaniedbanych miast w Polsce. Mój mąż jest z Łodzi i ilekroć odwiedzamy jego rodziców, tylekroć zastanawiamy się, dlaczego nikt w tym mieście o tak ogromnym potencjale nie zrobi czegoś, żeby wyglądało lepiej?
Ł: To ja ciebie zapytam, a co jest według ciebie smutnego w Łodzi?
Chociażby stare, zniszczone kamienice. Jestem torunianką i mój Toruń to perełka, gdzie każdy dom na starówce jest odrestaurowany i piękny. A Łódź jest dla mnie zmęczona, nadszarpnięta zębem czasu i alkoholem mieszkańców…
J: Ja mam z tym ogromny problem. Bo widzę, że na mieszkańców i ich przestrzeń ma ogromny wpływ to, w jakich warunkach żyją. Te rozpadające się kamienice. Narasta w nich ogromna niechęć, a z czasem obojętność. Rozpadające się, zrujnowane otoczenie ma wpływ na życie jego mieszkańców. Jest metaforą ich życia. W Łodzi panuje ogromne bezrobocie. Pozamykano fabryki, przemysł włókienniczy upadł. I my jako MOOMOO nie akceptujemy tego syfu, tych ruin. Ale sami nie jesteśmy w stanie zrobić przewrotu czy rewolucji.
Ł: Ale też nie jest tak, że nic kompletnie z tym nie zrobiliśmy. Na wyświechtane zdanie: dlaczego młodzi architekci nie robią nic, żeby uzdrowić przestrzeń miejską, odpowiadamy - jest wręcz przeciwnie. Jeśli chcesz coś zmienić, to zacznij od siebie. I my właśnie tak zrobiliśmy. Obskórne podwórko, które mieści się przy naszej pracowni odremontowaliśmy, posprzątaliśmy i doprowadziliśmy do ładu.
Sam mieszkam w takiej kamienicy - z wyboru. I wydaje mi się, że nawet najbardziej rozpadające się stare budownictwo jest bardziej szczere i autentyczne niż nowa architektura pośredniej jakości. Wystarczy wziąć pod uwagę wysokość pomieszczeń. Dziś najczęściej powstaje taki architektoniczny Mc Donald’s. Wszystko w gruncie rzeczy jest do siebie podobne. I standard niestety dość niski.
logo
Wizualizacja i zdjęcie wnętrza projektu Moomoo Architects Fot. Archiwum Moomoo
Możecie to lepiej i bardziej mi opisać? Co macie na myśli mówiąc: niski standard czy architektoniczny Mc Donald’s?
J: Mnie najbardziej irytuje, że ta architektura, jak to Łukasz ujął, nie jest szczera. Że zawsze ma wielkie aspiracje. Udaje coś czym nie jest. Luksus liźnięty przez szybę. A jak wiemy „prawie robi wielką różnicę”. Mam tu na myśli choćby wykończenie wielu mieszkaniówek. W projekcie był kamień, no ale nie wystarczyło środków, więc co robią polscy inwestorzy - namiastkę. Przyczepią paseczek lub listwę, która ten kamień imituje, albo jest jakimś smętnym dekorem.
A co w takim razie z waszą wizją miasta Łodzi? Czy częściej projektujecie budynki w waszym rodzimym mieście czy jednak poza jego granicami?
J: Podjęliśmy próbę obsadzania Łodzi świeżą trawą. Liczyliśmy na to, że zarazimy ludzi tym działaniem. Że jeśli komuś się spodoba nasz pomysł, to będzie nas więcej i miasto wypięknieje. Komentarz od miejscowych mediów i z internetu: na pewno zrobili to pod publiczkę. Także są takie momenty, kiedy nawet nam się przestaje chcieć. Niestety jest tak, że w naszym mieście od 20 lat konkursy architektoniczne wygrywają te same osoby. Może, jak kiedyś będziemy dojrzali - póki co nasze biuro ma 6 lat - i na ten moment jesteśmy skupieni na klientach prywatnych.
Ł: Łatwiej nam wystartować, a nawet wygrać w konkursie zagranicznym, niż tu w Łodzi.
To straszne! Czyli jednak to prawda, że bez znajomości w tym kraju nie ma szans. Ale może jednak jest coś optymistycznego wokół miasta Łodzi, co dla was jest szczególnie budujące?
Ł: Dla mnie optymistyczne jest choćby to, że mamy już prawie 100 kamienic po remoncie, pytanie co będzie z następnymi i z tymi, które już są odnowione.
J: A jak dla mnie liczy się łódzki charakter. I charakterem Łodzi jest ten pofabryczny klimat, tak charakterystyczny, że w tej całej „brzydocie” można dostrzec wyjątkowe piękno. Malkontenctwo i marudzenie na temat Łodzi wyjątkowo nas już męczy. Nie chcę mi się z takimi opiniami dywagować. Zamiast tego wskazuję okiem młodego architekta (31 lat), kilka punktów na mapie miasta, w którym się urodziłem i żyję, które są dla mnie z tym czymś... rzekłbym, że mają nawet Genius Locci (red. duch miejsca).
No to zamieniam się w słuch i wyjmuję notes, żeby je zapisać…
 
J: Mamy na tą chwile kilkanaście miejsc wartych odwiedzenia w Łodzi, kiedy mijamy na Piotrkowskiej kolejno podwórza wiele osób nie wie, ile "smaczków" kryje się w kilku z nich. Np. ul. Piotrkowska 114, podwórko i stara synagoga zamieniona na galerię Atlas Sztuki (niewiele osób wie, ale) na końcu podwórka można przez klatkę schodową wyjść na pasaż Schillera, ul. Piotrkowska 211 (detale bramy, roślinność ogrodu), ul. Hyrna i Pomorska (kopalnia piasku) - największa piaskownica w mieście - doskonałe na grilla z dziećmi, piknik i wiele innych - skala robi ogromne wrażenie, warto się wdrapać na to miejsce. Manufaktura - jeśli już ktoś koniecznie czuje potrzebę jej zobaczenia polecamy:
wejść do Hotelu Andels i pooddychać tymi murami i wjechać windą na najwyższe piętra, zachęcam do widoku zza przeszklonego basenu na dachu, jest też taras na ostatniej kondygnacji (zdeterminowanym dane będzie wszystkiego dotknąć i zobaczyć). Pamiętając że jest to hotel, możemy poprosić obsługę o pokazanie pokoju...
To akurat sprawdziłam na własnej skórze i zgadzam się z tym, że naprawdę warto. Basen z takim widokiem jest po prostu genialny, a i sam wystrój hotelu - totalnie oryginalny. Zresztą można wykupić wejście na basen nawet nie będąc gościem hotelowym. Przerwałam ci, co dalej?
J: MS 2, czyli muzeum sztuki nowoczesnej (też na terenie Manufaktury, przyp. red.), ul. Ogrodowa 22 (wejść na posesję, zobaczyć głęboko ogród) z tej strony Manufaktura wygląda zdecydowanie inaczej (mało kto o tym wie), ul. Narutowicza 20 - Filharmonia Łódzka projektu R. Leglera. Warto popatrzeć głębiej, niż tylko na elewację, dostrzec jak zostało zaprojektowany śmietnik, wejść w podwórko budynku, zerknąć w dół i zobaczyć, w jaki sposób zostało rozwiązane doświetlenie podziemnej kondygnacji. Ale też odejść na kilkadziesiąt metrów i spojrzeć na pomieszczenia na dachu... ps. ciekawie rozwiązany narożnik sąsiadujący z kamienicą, ul. Sienkiewicza 6 - klatka schodowa!
Willowe, klimatyczne osiedle w sercu miasta: Radiostacja. Samo osiedle zatrzymuje się w czasie, wyhamowuje i ma Genius Locci, ale dodatkowo wskazujemy na nim następujące adresy: ul. Tkacka 41 (jak ktoś lubi naleciałości Bauhausu i Mondriana) - koniecznie spojrzeć w głąb podwórka na piramidę (co ona tam robi?), ul. Małachowskiego okolica nr 80 - niby nic specjalnego, dom na oko z lat około 70-80., ale spójrzcie na powierzchnię okien w elewacji. Zastanawiające jest jak inaczej rozpoczynać się musi każdy dzień budząc się w takim domu z widokiem przez całą szklaną ścianę.
No to zafundowaliście nam solidni archi-tour po Łodzi. Macie coś jeszcze?
Ł: Aż tak poważnie bym tego nie nazwał, bo to bardzo zobowiązujące określenie, ale mamy kilka ciekawych miejsc w mieście, o których wiele osób zwyczajnie nie wie. Te miejsca, o których mówimy to bardzo subiektywny wybór okiem architekta, który ponoć zawsze ma spaczoną perspektywę...
Ulice fajne na spacer: Zelewerowicza, Małachowskiego (jedna ściana to park i dźwięki wydobywające się z niego rano są genialne), największa piaskownica w mieście: okolica ul.Pomorskiej 350 (doskonała na wypad dzieckiem i piknik z grillem), unikatowe w mieście stare konstrukcje dachów nad wejściem do budynku: Biblioteka UŁ (ul. Matejki) oraz Wydział Biologi i Środowiska (ul. Banacha).
Mam wrażenie, że opowiadacie o jakimś innym mieście niż Łódź, którą wydawało mi się znam aż nadto i poza okolicami Tymienieckiego i starymi loftami nie ma nic ciekawego do zaoferowania…
J: Chcesz więcej? Muzeum Sztuki MS ul. Więckowskiego, warto przebrnąć przez ochroniarza i poprosić o wejście na chwilę na podwórko, genialny ogród w sercu miasta, dodatkowa niespodzianka w postaci rzeźby + oczywiście dobre miejsce na odpoczynek w ciekawym wnętrzu: MS Cafe.
Plac Komuny Paryskiej 1 - kamienica po modernizacji, a w zasadzie po wzorcowym odrestaurowaniu (zwracamy uwagę na dobór tynku na elewacji, oraz detale klatki schodowej). Moglibyśmy tak jeszcze długo rozmawiać o mieście, ale zróbmy trochę oddechu, a co bardziej zainteresowanych wycieczką śladami młodych architektów odsyłamy do mapki...
logo
Mapka nieturystyczna Łodzi według Jakuba i Łukasza z MOOMOO Fot. MOOMOO
A Off Piotrkowska? Słyszałam, że to dziś najmodniejsze miejsce w Łodzi.
Ł: Myślę, że wymieniliśmy znacznie więcej miejsc godnych uwagi. Off był fajny póki był offowy, niszowy. Dziś „trzeba” tam bywać. Off jest w miejscu, gdzie dawniej była tak zwana chińska dzielnica.
J: Genialne jest dla mnie to że stare, pofabryczne budynki zostały w autentyczny sposób zaadaptowane. Wreszcie ktoś nie nałożył tony styropianu na elewację, a zachował orginalną, odrapaną cegłę. Większość lokali jest zaaranżowanych bez zadęcia i to z perspektywy architekta jest udany ruch, prawdziwy. Fajnie poczuć atmosferę fabrykanckiej Łodzi sprzed lat w zupełnie innym wydaniu. Wieczorową porą przytłacza tam jednak ilość Louis Vitton, Iphon'ów i Porsche na placu...
Zostawmy w takim razie na chwilę Łódź, czy buduje się coś waszego projektu w Polsce?
J: Aktualnie pracujemy nad dużą rezydencją w Poznaniu i rebrandingiem sieci salonów sprzedaży dla polskiej marki. Jesteśmy zdania, żeby brać tylko inwestycje, które wydają się nam ciekawe. Ważne dla nas by klient był otwarty na krok na przód, a nawet kilka...
Od razu mi się przypomina wykład Roberta Koniecznego o tym, że najbardziej atrakcyjna nie jest lokalizacja z widokiem, tylko „działka z problemem”...
J: Tak, działka z problemem, to dopiero wyzwanie. Jeśli masz piękną, otwartą działkę, możesz postawić dom w każdym miejscu. To żaden rarytas. Dla nas takim wyzwaniem była zamiana lokalu usługowego, bodajże szewskiego, na mieszkanie. Lokal ten był na planie trójkąta i miał 11 m kw. Podwyższony parter w kamienicy na warszawskiej Pradze.
Temat poznaliśmy w trakcie imprezy, około 1 w nocy i wydawał nam się doskonałym pomysłem dla MOOMOO. Kiedy zobaczyliśmy go następnego dnia, już nam nie było tak wesoło, bo lokal miał 2,8 metra szerokości, ale słowo się rzekło…No więc powiedzieliśmy: robimy! Dokopaliśmy się do piwnicy i zrobiliśmy drugą kondygnację, potrzebne były nietypowe rozwiązania: suwana, szklana podłoga na mechanizmie bramy garażowej, rozkładany blat jak przyczepie kempingowej i kilka innych.
Ł: Problem w architekturze jest tak naprawdę połową kontekstu. Na nim można oprzeć kontekst budynku, wytłumaczyć jego kształt czy też materiały, z których go się wybuduje.
J: Zawsze lubiliśmy wyzwania, a najlepiej jeśli za nimi szła dodatkowo jakaś ciekawa historia. Człowiek. I tak na przykład powstał jeden z naszych ulubionych projektów, czyli dom dla fotografa. W środku lasu. Klient chciał, aby ten dom nie był zbyt okazały, ale funkcjonalny. Dużo czasu spędza w ciemni, lubi ciemne kolory i zawsze marzył o momencie, kiedy przytuleni z żoną leżą we własnym domu i czasami mogą zobaczyć nad sobą korony drzew.
Zależało im też na miejscu, gdzie mogą przenocować znajomych. Ale jednocześnie nie potrzebowali dodatkowych 30 metrów pokoju dla gości, które na co dzień byłyby niewykorzystane. Słowem: przyszli z problemem. Stworzyliśmy więc projekt specjalnie na ich zamówienie, pod ich wytyczne. W skrócie: budynek w formie pudełka, z mniejszym pudełkiem wewnątrz, na którym się czasami sypia. Wszystko wieńczy duży, szklany świetlik.
Ł: I jak to zwykle bywa, z internetu wyczytać można zarzuty, że co to za dom?! Że dlaczego jest czarny, że to bezsensu i że niby co ma oznaczać szmata na elewacji?!? A materiał ten służy do wyświetlania zdjęć. Bo sam właściciel lubi zapraszać przyjaciół i oglądać materiały z sesji, czasem zrobić kino letnie w ogrodzie lub ze środka domu. „Szmata” jest właśnie między innymi po to, ale jednocześnie jest także ukłonem w stronę pasji małżonki, która jest kostiumologiem i uwielbia fakturę tkanin. Bez tej historii być może rzeczywiście dom pod miastem o tak nowoczesnym charakterze wydaje się niektórym pozbawiony kontekstu…..
logo
Dom w podwarszawskiej Wildze Fot. Archiwum Moomoo
logo
Dom w podwarszawskiej Wildze Fot. Archiwum Moomoo
logo
Dom w podwarszawskiej Wildze Fot. Archiwum Moomoo
Skoro już przy tym temacie jesteśmy to zastanawia mnie jaki jest Wasz klient? I czy zdarza się tak, że musicie zwyczajnie człowiekowi odmówić wykonania projektu, bo zupełnie różnią was gusta i upodobania?
Ł: Do naszego biura przychodzą raczej klienci świadomi, którzy wiedzą jaki reprezentujemy styl, znają nasze wcześniejsze realizacje. Trudno, żeby oczekiwali otrzymania projektu domu stylizowanego na dworek z epoki. Nie musimy spełniać nie wiadomo jakich oczekiwań klientów, bo oni są naprawdę świadomi architektury. Wiedzą, co dokładnie im się podoba, a co jest ich zdaniem nie do przyjęcia. Docierają do naszego biura osoby, które poszukują dobrej architektury.
J: Wielokrotnie spotkało nas nasze ulubione pytanie: a dlaczego główną siedzibę biura macie w Łodzi, a nie w Warszawie? Twierdzę, że wszędzie uda się znaleźć grupę specjalistów i wspólnymi siłami stworzyć zespół. Mamy też mniejsze koszty utrzymania biura, co jest korzystniejsze też dla naszych inwestorów kalkulując im cenę projektu. Dzisiaj odległości nie są problemem, mamy inwestorów w całej Polsce i w Europie. A jeśli tylko mamy zlecenie, to tak jak dziś wpadamy do Warszawy.
I zawsze widujecie się z inwestorami tu w Mariotcie (śmiech)?
J: No właśnie wiedziałem, że się do tego Pani przyczepi. Rzeczywiście tu mieliśmy wcześniejsze spotkanie z klientem i z rozpędu postanowiliśmy się spotkać też w tym samym miejscu. Pomyślałem, że pewnie nas weźmiesz za bufonów, którzy poszukują nie wiadomo jakich luksusów. A jesteśmy tu naprawdę pierwszy raz w życiu! (śmiech) Ale Mariott to kawał historii, więc może to miejsce wybraliśmy podświadomie.
Jeśli już przy ekonomii jesteśmy i luksusach, powiedzcie, czy da się w Polsce wyżyć z architektury?
J: Jeśli nie masz zbyt wygórowanych wymagań, stać cię na utrzymanie rodziny, chomika i raz do roku wysłać pocztówki znad morza. Choć bywa to chwilami stresujący zawód. Nie masz stałej, ciepłej posadki, tylko żyjesz z niepewnych i nieregularnych dochodów. Ale czasami trafiają się większe inwestycje, którym zawdzięczamy stałe wpływy gotówki. Dzięki nim możemy utrzymać biuro i wypłacić ludziom pensje.
Ł: To też jest dość istotna kwestia. Zaczynaliśmy w duecie i z roku na rok się rozrastamy, co oczywiście wiąże się z większą ilością gotówki. I choć bardzo byśmy chcieli rosnąć i rosnąć jako biuro, rozsądek podpowiada, żeby trochę przystopować.
J: Dokładnie, Łukasz ma rację!
Zawsze się co do wszystkiego zgadzacie? I w ogóle jak to jest pracować z kimś nad tym samym projektem? Ja nie wyobrażam sobie pisać jednego tekstu z kimś do spółki. Każdy ma mimo wszystko inny styl i inne spojrzenie na każdy temat…
Ł: Nie zawsze jesteśmy we wszystkim zgodni. Może tutaj to tak wygląda. Kiedy pracujemy nad projektem, zawsze jedna osoba jest za niego odpowiedzialna i ona ma więcej do powiedzenia. Osoba, która prowadzi projekt podejmuje decyzje. I wówczas nie chodzi o to, żeby postawić na swoim, że ja wolę coś a ty coś innego, ale moje zdanie jest ważniejsze…
J: Zawsze jak nad czymś wspólnie pracujemy staramy się być krytyczni, tak na początku, jak i na zakończenie projektu. Staramy się znaleźć jak największą ilość błędów, które trzeba wypracować. Bo jeśli my tego nie znajdziemy, znajdzie je albo inwestor, albo w przyszłości - kierownik budowy. I zanim powstanie finalna koncepcja, powstaje kilka do kilkunastu wersji roboczych. I wtedy nie wybieramy tej najlepszej, tylko taką, która ma jak najmniejszą ilość wad. Bo projekt idealny nigdy nie będzie. A dla nas najważniejsze jest aby słuchać próśb i wymagań klienta.
Ł: Na pewnej płaszczyźnie myślimy podobnie i się zgadzamy. A innym razem Kuba wpadnie na takie rozwiązanie, które nie przeszłoby mi przez myśl. Bo właśnie ma do danego tematu dystans. A innym razem jest na odwrót. Kuba nad czymś myśli wiele godzin, przychodzi do mnie, ja spojrzę na to świeżym okiem i znajdujemy rozwiązanie. I na tym polega nasza współpraca. Nie ma nic wspólnego z bezsensowną rywalizacją czy konkursem kto zrobił lepiej.
logo
Salon fryzjerski Bartek Janusz w Warszawie, autorstwa Moomoo Architects Fot. Archiwum Moomoo
logo
Bartek Janusz, Moomoo Architects Fot. Archiwum Moomoo
A czy tego nauczyliście się sami we własnym biurze, czy może jest to patent wyniesiony ze studiów na politechnice? Co w ogóle myślicie o kierunku: architektura?
J: Ja mam taki własny, osobisty apel do studentów architektury: nie dajcie zabić w sobie tej frajdy, która was przyciągnęła na ten, a nie inny kierunek. Studia nie powinny polegać na zdobywaniu piątek i dyplomów z wyróżnieniem. Ja byłem dość kiepskim studentem architektury. Nikt na uczelni we mnie specjalnie nie wierzył, miałem problemy z terminami, ilością poprawek i całą resztą...
I jednak do czegoś doszedłeś. I dziś pewnie masz się lepiej niż ci wszyscy piątkowi studenci…Też miałam tróje i czwórki na studiach, ale pracowałam od pierwszego roku. Wykładowcy patrzyli na mnie spode łba, bo czasami nie było mnie na zajęciach czy wykładach.
J: Architekt to rzemieślnik, który nie wykłada tylko teorii o architekturze, ale ją tworzy. I kiedy zostałem zaproszony do wzięcia udziału w warsztatach OSSA w Gdańsku, aby jako młody architekt zamienić się w rolę tutora, zmierziło mnie podejście panów wykładowców sprzed epoki. Tematem warsztatów była woda w mieście. I przez kilka ładnych chwil trzech prelegentów opowiadało o tym, czym i jak ważna jest woda dla miasta. Wreszcie nie wytrzymałem i powiedziałem, to może chodźmy na spacer i tę wodę zobaczmy, poczujemy? Znacznie łatwiej się o czymś mówi, kiedy możemy to poznać, dotknąć.
Niestety, jak się domyślasz, nie spotkało się to z aprobatą prowadzących. A ja właśnie uważam, że tak jak i w innych zawodach, jeśli chcesz być architektem, nie przeglądaj książek, tylko podejdź do budynku, poznaj go. Przejdź się po nim. Obejrzyj wnętrze, poznaj jego historię, dowiedz się kto w nim mieszkał, po co on stoi. Każdy jeden szczegół jest w naszym zawodzie bardzo ważny. Teoretyzowanie raczej przeszkadza niż pomaga.
Ogromne dzięki za rozmowę i trzymam kciuki za wasz dalszy rozwój i nowe realizacje!
Chcesz więcej stylu? Polub nas na Facebooku!