
Ta historia jest trudna do wyobrażenia, ale zdarzyła się naprawdę. Głośna przed laty, a dziś już nieco zapomniana powinna być przestrogą dla osób, którymi mogą interesować się bandyci. Bo choć porwania dla okupu należą w Polsce do rzadkości, nikt nie powinien czuć się w pełni bezpiecznie.
REKLAMA
Był styczeń 1998 roku, około godziny 19-20. Pani Anna* przygotowywała właśnie obiadokolację dla swojego partnera i dziecka w jednej z podwarszawskich miejscowości. W pewnym momencie zadzwonił domofon, w którym nasza rozmówczyni usłyszała głos mężczyzny podającego się za kuriera. Bez zastanowienia udała się w stronę drzwi.
Bogactwo sprowadziło nieszczęście
Mowa o naprawdę sporej posiadłości. Partner naszej bohaterki zarządzał dużą i znaną firmą, dzięki czemu nigdy narzekali na brak pieniędzy. Bez wahania można wręcz stwierdzić, że byli bogaci. To właśnie pieniądze ściągnęły na nich nieszczęście.
Mowa o naprawdę sporej posiadłości. Partner naszej bohaterki zarządzał dużą i znaną firmą, dzięki czemu nigdy narzekali na brak pieniędzy. Bez wahania można wręcz stwierdzić, że byli bogaci. To właśnie pieniądze ściągnęły na nich nieszczęście.
Gdy tylko otworzyła drzwi, zamiast paczki w rękach poczuła zimną lufę pistoletu przystawionego do skroni oraz dłoń porywacza na swojej twarzy. Widział to jej partner, który tuż przed wtargnięciem porywaczy zdążył do niej powiedzieć: co ty robisz? Ale było już za późno, bo porywacze byli w środku.
Parze wydawało się początkowo, że mają do czynienia z włamaniem. – Było ich czterech. Jeden pilnował mojego partnera, drugi mnie, a dwóch pozostałych sprawdzało dom. Kazali oddać wszystkie kosztowności, pieniądze, biżuterię. Związali nam ręce i nogi, twarz zakleili taśmą klejącą i zawinęli w dywan – wspomina. Napastnicy udawali że są Rosjanami i zwracali się do siebie w języku rosyjskim. Łatwo można było jednak poznać, że blefują, aby zmylić śledczych.
Gdy pani Ania leżała związana na podłodze sądziła, że za chwilę będzie po wszystkim. Ale wychodząc jeden z bandytów powiedział: macie nie zawiadamiać policji. Jak będziecie cicho, to po tygodniu będzie po sprawie. – Pomyślałam, jak to w ciągu tygodnia? W tym momencie zdałam sobie sprawę, że słyszę ciszę, a wcześniej cały czas słyszałam płacz dziecka – mówi. Okazało się, że to dopiero początek. Bandyci zabrali ze sobą 16-miesięczną dziewczynkę.
Czekanie
Po wydostaniu się z więzów, zaczęli się zastanawiać co robić dalej. Pomimo gróźb porywaczy zdecydowali się powiadomić policję. Gdy była już na miejscu, porywacze zadzwonili po raz pierwszy. – Powiedział, że chodzi o sałatę i że "kurwa, ja też mam dziecko". Raz jeszcze kazał nie powiadamiać policji – mówi pani Ania. A "sałata" była nie byle jaka: porywacze żądali miliona dolarów. Tak skończył się poniedziałek.
Po wydostaniu się z więzów, zaczęli się zastanawiać co robić dalej. Pomimo gróźb porywaczy zdecydowali się powiadomić policję. Gdy była już na miejscu, porywacze zadzwonili po raz pierwszy. – Powiedział, że chodzi o sałatę i że "kurwa, ja też mam dziecko". Raz jeszcze kazał nie powiadamiać policji – mówi pani Ania. A "sałata" była nie byle jaka: porywacze żądali miliona dolarów. Tak skończył się poniedziałek.
Dwa dni później znów zadzwonił domofon. – Tym razem gość przedstawił się jako dziennikarz, który chce porozmawiać o porwaniu mojej córki. Myślałam że umrę – mówi pani Ania. Skłamała, że córka śpi w pokoju. Jednak dziennikarz nie ustępował i musiała zareagować policja, która była cały czas w domu. Tego samego dnia zadzwonił jeden z porywaczy, którzy prawdopodobnie wypatrzyli dziennikarza. Wiedział, że powiadomili policję i groził zabiciem córki.
Pani Ania przez kilka dni praktycznie nie spała. Rozważali zapłacenie okupu. Mimo że suma była gigantyczna, mieli wtedy takie pieniądze, lecz nie w gotówce. – Pieniądze nie leżały w banku, tylko były zainwestowane. Nie miałam możliwości wypłaty tej kwoty – mówi.
Śledztwo najwyższej wagi
Sprawą miał kierować osobiście Komendant Główny Policji Marek Papała. – Mój partner był cudzoziemcem, więc policja była maksymalnie zaangażowana. Jedną z osób, które przy niej pracowały był Dariusz Loranty, były negocjator policyjny. Po tej sprawie powstał wydział do spraw uprowadzeń.
Sprawą miał kierować osobiście Komendant Główny Policji Marek Papała. – Mój partner był cudzoziemcem, więc policja była maksymalnie zaangażowana. Jedną z osób, które przy niej pracowały był Dariusz Loranty, były negocjator policyjny. Po tej sprawie powstał wydział do spraw uprowadzeń.
Dzieci się raczej nie porywa, bo są trudnym "towarem" do przetrzymania, aby nie umarło. Zwykli porywacze nie są w stanie przetrzymać dziecka przez długi czas. Trzeba zapewnić niańkę, odpowiednie warunki itd. Nie wyniosą przecież dziecka do piwnicy.
I to właśnie warunki, których wymaga małe dziecko naprowadziły policję na trop porywaczy. Rozpoczęło się typowanie ludzi, którzy mogą mieć coś wspólnego z porwaniem. – Założyliśmy obserwację na kilkanaście osób. Patrzyliśmy, kto kupuje pieluchy. To właśnie one doprowadziły nas do tego, kto przetrzymuje dziecko – mówi Dariusz Loranty.
Wśród typowanych znalazł się partner siostry ciotecznej naszej bohaterki. Jak mówi pani Anna, był podejrzanym człowiekiem, którego od lat uznawali za postać nieciekawą. Między innymi dlatego, że miał już na koncie dwuletnią odsiadkę. – Dziecko uprowadziła jej siostra cioteczna, która żyła z kryminalistą – mówi Dariusz Loranty. Okazało się, że to właśnie on był pomysłodawcą. Nie brał bezpośredniego udziału w porwaniu. Ustalono, że oprócz czterech osób w domu, kolejne dwie były na zewnątrz.
Wyjazd z kraju
Głównym oskarżonym był jeden z jego najlepszych przyjaciół. – Wizualnie go nie kojarzyłam, ale podobno widzieliśmy się kiedyś na jakichś imieninach i bawiliśmy się razem na dyskotece – mówi pani Ania. Jak mówi, była bardzo silnie związana ze swoją siostrą cioteczną i nie mogła uwierzyć, że zrobił to ktoś z najbliższych. Porywacz którego wynajęli został skazany na 12 lat więzienia.
Głównym oskarżonym był jeden z jego najlepszych przyjaciół. – Wizualnie go nie kojarzyłam, ale podobno widzieliśmy się kiedyś na jakichś imieninach i bawiliśmy się razem na dyskotece – mówi pani Ania. Jak mówi, była bardzo silnie związana ze swoją siostrą cioteczną i nie mogła uwierzyć, że zrobił to ktoś z najbliższych. Porywacz którego wynajęli został skazany na 12 lat więzienia.
Pani Ania odzyskała dziecko w czwartek, a już w niedzielę pod eskortą policji i ochrony wraz z córką opuściły kraj. – Wiedzieliśmy, że porywacze siedzą, ale pomysłodawca akcji został wypuszczony – mówi. Nie poszedł siedzieć, bo porywacze go kryli. On sam przekonywał, że ktoś mu groził i kazał całą sprawę zlecić.
Nasza bohaterka jeszcze przez półtora miesiąca żyła tak, jakby świat był obok niej. – Jakbym była pod jakimś szklanym kloszem. Nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie, co czułam – wspomina. Okazało się, że na pomysł porwania partner jej siostry wpadł oglądając serial "Ekstradycja", gdzie porwano córkę głównej bohatera Olgierda Halskiego.
Partner i ojciec dziecka pani Ani nie żyje od 12 lat. Córka wie o wszystkim co się wydarzyło, ale oczywiście nic nie pamięta. Po powrocie do Polski pani Ania natknęła się pomysłodawcę porwania będąc z córką w restauracji. Gdy zorientowała się, że to on - spanikowała, ale ten na szczęście jej nie zobaczył. Cztery lata później zginął w wypadku samochodowym - wraz ze swoją żoną wjechał pod ciężarówkę.
Echa sprawy
Mariusz Sokołowski z Komendy Głównej Policji zwraca uwagę, że tego typu porwań nie było wiele. – Pojawiały się w latach dziewięćdziesiątych i na przełomie lat wieków. Najczęściej były one elementem porachunków grup przestępczych. Starali się wpływać w ten sposób na konkurentów, aby wypłacili pieniądze, rozliczyli się itd. Jeśli chodzi o uprowadzenia dzieci bogatych osób, były to pojedyncze przypadki – mówi policjant.
Mariusz Sokołowski z Komendy Głównej Policji zwraca uwagę, że tego typu porwań nie było wiele. – Pojawiały się w latach dziewięćdziesiątych i na przełomie lat wieków. Najczęściej były one elementem porachunków grup przestępczych. Starali się wpływać w ten sposób na konkurentów, aby wypłacili pieniądze, rozliczyli się itd. Jeśli chodzi o uprowadzenia dzieci bogatych osób, były to pojedyncze przypadki – mówi policjant.
Jeśli jednak dojdzie do porwania, najważniejsze jest pokonanie strachu i szybkie powiadomienie policji. – Nie ma innej, lepiej wyspecjalizowanej grupy niż policja jeśli chodzi o walkę z uprowadzeniami dla okupu. W ostatnich latach, wszystkie uprowadzenia kończyły się pozytywnie. Osoby uprowadzone wracały do domu, a porywacze byli zatrzymywani – zaznacza mój rozmówca.
Kto może być narażony na porwanie dziecka? Jak mówi Dariusz Loranty, nie wystarczy być bogatym, ale trzeba posiadać pieniądze w gotówce. – Porywacze to zawsze profesjonalna grupa przestępcza gdzie jednym z elementów dokonania przestępstwa jest rozpoznanie. środowiska osoby uprowadzonej. Muszą mieć wiedzę, czy ta osoba posiada gotówkę. Porywcze nie będą czekali, aż pan sprzeda kamienicę w centrum Warszawy lub udziały – mówi były policjant.
Dariusz Loranty zaznacza, że pomimo rzadkości występowania porwania dla okupu, uprowadzenia się zdarzają. – Osoba, która jest zaburzona emocjonalnie, dla potrzeb seksualnych czy w ramach zemsty, zawsze może uprowadzić nasze dziecko – mówi były negocjator policyjny.
*Dane bohaterki tekstu do wiadomości redakcji.
